Jakub Pawłowski - DIAGNOZA

Kiedy się dowiedział – nie zrobiło to na nim szczególnego wrażenia. Zaśmiał się nawet krótko, jak być może wiele osób, które nie bojąc się życia, mają dzięki temu również uregulowany stosunek do śmierci. Ze spokojem, o jakim mówi się czasem, że jest to spokój wariata w przededniu burzy, przyjął swoją diagnozę i pomyślał, kiedy już śmiech przestał go bawić „cholera, znów szczęście mnie ominęło". Tyle.
Lekarz zaś, który z kolei był namiętnym, żywiołowym miłośnikiem życia i który pragnął by trwało ono, jak najdłużej, tropiąc na jego twarzy zmianę, nagłą bladość, ślady przyspieszonego pulsu, pewien fizjologiczny odzew na wiadomość o śmierci, lecz nie znalazłszy ich przy jednoczesnym braku odpowiedzi pacjenta, jego zdziwienia, hiobowych przekleństw, pomyślał tylko „cholera, odważny skurczybyk". Tyle.
Lecz pacjent ów, którego byt, tak motylo–efemeryczny w szaleńczym tańcu narodzin i śmierci wszelkiego bytu, że nie wart nawet wyróżnienia imieniem, a tylko przypisany (czy szczęśliwie czy nie?) do gatunku homo, nie był odważny. Nie był tak odważny j by kiedykolwiek w czyimś sporze zabrać głos donośnie, by go rozsądzić. Ani tak odważny, by widząc na ulicy bójkę, pomóc osobie poszkodowanej, choćby wzywając policję. I istnieje wiele jeszcze sytuacji, kiedy ów pacjent z gatunku homo, nie wykazał się żadną odwagą w obliczu tego co niektórzy nazywają naturą (ludzką i w ogóle, jeśli można je w ogóle rozróżnić), inni natomiast mówią o powstawaniu gatunków w drodze doboru naturalnego. Był on co najwyżej w większości takich przypadków obojętny. I obojętnie, z widowiskową nonszalancją przyjął wiadomość o swojej rychłej śmierci. Tyle.
Był obojętny, lecz dumny i właśnie ta duma nie pozwoliła mu na odrobinę przyzwoitości, jaką byłaby inna reakcja na słowa lekarza, a nie rzucone jakoś nieśmiało w pustą przestrzeń pomiędzy nimi „dziękuję". Bo i za co miał niby dziękować? Lekarz jednak nie poczuł się urażony, a nawet jeśli tak było istotnie, nie dał tego po sobie poznać, ponieważ śmierć daje szczególne prawa i przywileje, i przypomniał sobie tych kilka maksym z lekcji łaciny, której tak wówczas nie cierpiał: morituri te salutant, mors tua vita mea, et cetera. Tyle.

Wyszedł na ulicę, a widząc nagle nadmiar życia wokoło, musiał przystanąć i złapać się słupa sygnalizacji świetlnej, żeby nie upaść. I spojrzał ku górze, na niebo tak niebieskie i bezchmurne, aż mdłe i pomyślał „będzie trwało". I spojrzał na drzewo, a na drzewie rozróżnił pojedyncze liście, miriady liści zielonych i pomyślał „będzie trwało". I minęła go grupa dzieci wracających ze szkoły, minęła (zdało mu się) jakby już, już go nie było i pomyślał „będzie trwało". Uspokoił się i poszedł dalej. Tyle.
Wróciwszy do domu poczuł nagle wzmożoną chęć życia i chuć, aż wziął żonę za rękę i poprowadził wprost do sypialni, obsypał pocałunkami i biorąc za rękę prowadził z pokoju do pokoju, do kuchni, na podłogę, z miejsca na miejsce, jakby wszędzie chciał pozostawić ślad swojej obecności na ziemi, każde miejsce wypełnić swoją energią i żywotnością. I kiedy wiele godzin później leżeli obok siebie bez tchu, żona pomyślała nieco oszołomiona „widać usłyszał dobrą diagnozę". Chciała zapytać go właśnie o to, lecz zobaczyła, że śpi już obok niej, oddychając równo i cicho, więc pomyślała tylko „będzie żyć" i również zasnęła. Tyle.
Następne dni stały się jeszcze bardziej od poprzednich regularne, jego twarz zapełniła się błogością, jakby w obliczu końca nareszcie odnalazł swój właściwy, długo poszukiwany rytm. Pracował jak dawniej, zaczął również załatwiać pewne sprawy związane ze swoim odejściem, apetyt mu dopisywał, kochał się z żoną, odnajdując w niej to pierwsze zauroczenie, które wyparte zostało przez codzienną rutynę i konflikty będące udziałem dwóch kochających się, choć różnych osób. Jedyne co go być może jeszcze trapiło i o czym myślał przed zaśnięciem z niepokojem coś zbyt długo odkładanego: Jak jej to powiem?", zwłaszcza biorąc pod uwagę jego zmianę, skupienie, radość tych ostatnich kilku dni. Nie miał odwagi. Tyle.
W czwartek był umówiony z lekarzem, więc zdecydował, że powie jej właśnie w czwartek po wizycie. Bardziej trapiła go właśnie ta myśl, że będzie musiał powiedzieć żonie o diagnozie, niż sama wizyta u lekarza, która w obliczu jej nieuchronności była ledwie formalnością. Poszedł. Tyle.
Widząc swojego pacjenta w dosyć dobrym humorze i wciąż bez śladów śmierci w oczach żywych i błyszczących, lekarz raz jeszcze pomyślał mimowolnie „cholera, odważny skurczybyk". I ucieszył się na jego widok, bo miał mu do zakomunikowania dobrą wiadomość, więc bez zbędnych ceregieli powiedział mu o pomyłce jaka zaszła, tej, że jego karta została pomylona z kartą innego pacjenta o tym samym imieniu. Diagnoza jemu przypisana dotyczyła właściwie tamtego, któremu z kolei zostały dostarczone jego wyniki, będące nawet trochę powyżej normy. Był zdrowy, ot co. Kiedy skończył mówić, spytał tego pacjenta z gatunku homo, którego imię było identyczne z imieniem człowieka mającego za jakiś czas umrzeć, czy się cieszy. Tyle.
Kiedy pacjent usłyszał tę dobrą wiadomość powinien się był ucieszyć. Ja bym się w efekcie sam cieszył z tak szczególnej zamiany ról, pomijając nawet oczywisty błąd, w który został wprowadzony, lecz przecież zakłopotanie na miłej twarzy lekarza, który ewidentnie swoim tonem kajał się i pomyślałbym sobie, lub wręcz z pewnym roztargnieniem, normalnym w obliczu tego, że ktoś inny umrze za nas, mors tua vita mea, et cetera, wypowiedział bym nawet na głos tę myśl, która jeszcze jakiś czas temu oznaczała pogodzenie się z losem, ze złym, okrutnym losem, czyli wyrażała gotowość, że życie mianowicie „będzie trwało". Tyle.
Lecz obojętność, ta sama obojętność, którą lekarz wziął za odwagę przy pierwszej wizycie pacjenta, była w istocie tylko maską tych wszystkich głębokich urazów, krzyku z samego dołu bytu, wewnętrznego sprzeciwu wobec niesprawiedliwości, okrucieństwa życia, była maską – i niczym więcej, a pod nią zbierał się osad, trujący osad tych wszystkich maskowanych obojętnością dni, ran, spięć. I słowa lekarza zerwały tę maskę. Tyle.
Najpierw pacjent poczuł ukłucie w lewym boku, delikatne, jakby uszczypnięcie raka i kotłujący wodospad krwi, która co rusz to napływała, to odpływała mu z twarzy. Gniew jego
odebrał mu głos, siedział z twarzą na przemian czerwoną jak pieczony rak lub bladą jak pancerz rozwielitka, usta mu się trzęsły, jakby były strunami gitary potrącanymi wprawnymi
palcami, a zęby tłukły się o siebie w trupim crescendo. I czuł mocniej i mocniej, jak złość mu
zabiera wszystko co było w nim dawniej, strącając go w niebyt, odbierając resztki świadomości, czuł jak nim rzuca, jak tarmosi we wszystkie strony, co było tylko złudzeniem, bo wciąż siedział prawie bez ruchu, nie licząc twarzy wykręcanej jak kalejdoskop. Krzyk cisnął mu się na wargi, niby echo z dna tysiącletniej studni, niby zew krwi złej, jakby mu szczypce szarpały wnętrzności, jak gdyby jego własny minotaur rzucał się po labiryncie arterii, w osamotnieniu i bez wyjścia, łaknący krwi niewinnej, nie mogący się oswobodzić, nie znajdujący ujścia dla siebie i stężający się w jeden, straszliwie gęsty i niemożliwie gorący punkt pośrodku labiryntu. Aż powstał bezwiednie, nogi się pod nim zatrzęsły, upadł i legł na ziemi bez ruchu. Diagnoza pozostała bez zmian. Tyle.