• +48 52 321 33 71
  • akant24@wp.pl

    Ariana Nagórska - NISZA KOZIOROŻCA - Perygeum-blues

    Perygeum-blues

              W utworze z serii Nadrealiści, zatytułowanym właśnie Perygeum, skrzydlaty koziorożec walnął z nagła o glebę, nawet nie zorientowawszy się, że walnął! Było to tzw. perygeum punktowe. Jak już monstrum wystartuje z tego feralnego punktu, to i tak hen poleci, pokazując innym tylko ogon! Nie ma tak dobrze osobnik pogrążony w perygeum permanentnym, o czym właśnie traktować będzie niniejszy felieton. Taki nie tylko nawet na milimetr nad glebę nie wzleciał, ale w dodatku na niej spokojnie nie leżał, tylko wytrwale rył w pocie czoła, by jak najszybciej znaleźć się jak najniżej. Cechą bluesa natomiast jest niezbyt optymistyczna tonacja, niezależnie od czasu i miejsca, w którym powstał. W latach 70. studenci śpiewali tak: Zbuduję nową Polskę, zbuduję nowy świat. Zbuduję nową Polskę za pięć tysięcy lat! O, blues jest wtedy, kiedy człowiekowi jest źle! Po epokowych zmianach można by dopisać taką zwrotkę: W ostatniej pięciolatce aż  pięć tysięcy lat przemknęło w ostrej wpadce, tak nam przyspieszył świat! A blues jest wtedy, gdy nikt nie wie, w jaki czas wpadł!  Osobnicy w perygeum permanentnym nie mają się co wkurzać i zżymać, waląc zakorkowanymi głowami w mglistą fortecę tego tekstu, bo właśnie tok myślenia z lekka paranoidalno-absurdalny najlepiej obrazuje ducha naszych czasów.
              By nie lawirować dłużej Na antypodach meritum (to też tytuł serii utworów wielce odlotowych), przygotowuję sobie łopatę, cep i wolnoobrotowe, zardzewiałe wiertło, by literackie perygea (dołowania) bliźnich ofiarnie zgłębić, przewiercić i przetrzepać. Niech się jednak nikt nie spodziewa, że podam konkretne przykłady, cytaty i nazwiska, bo felieton to nie wielotomowa encyklopedia z suplementem! Tak jak obiecałam, wyjaśnię tylko, DLACZEGO miernota wytrwale w swej „twórczości" dąży w dół, choćby przebywanie na warsztatach literackich stanowiło jej życiową pasję. „Bo na tych warsztatach nie słuchają, tylko o dupie Maryni myślą" – ktoś kiedyś podsumował. Ci, którzy zupełnie nie słuchają, stanowią demokratyczną mniejszość, jednak i im parę słów poświęcę. Dzielą się oni na dwie grupy: całkowicie zajętych własnymi myślami oraz pragnących dopaść prowadzącego i gadać mu choćby przez kilka godzin, ani na chwilę nie dopuszczając go do głosu. Z „zamyślonymi" mam sympatyczny (bo pyszałki to lubią) kontakt równoległy, to znaczy aż po nieskończoność bez punktów stycznych. Wszyscy myślimy sobie a muzom, a muzy nas bezwzględnie selekcjonują, gdy już dojdzie do twórczości. Natomiast z gadającymi nie mam zbyt wielu doświadczeń, bo od razu ich wypraszam, każąc iść do psychoterapeuty, który za forsę gadającego pacjenta wysłuchać musi! Tylko raz w życiu, w urokliwej miejscowości Charzykowy, pozwoliłam pewnej dziarskiej pani mówić na warsztatach przez bite trzy godziny, zbierając materiał do satyry. Była to zdolna poetka-amatorka z niewyobrażalnym młynkiem w głowie. Młynek ten jednak nie miał nic wspólnego z poetycką szajbą. Wirowali w nim liczni kochankowie (atrakcyjna kobieta), kilkoro wnucząt, obróbka działki, kreacje, kulinaria i jak zawsze najnudniejsze dla mnie opisy zagranicznych wycieczek oraz dóbr materialnych. Przyniosła całą torbę wierszy, które wyrywała mi z ręki, pchając z powrotem do torby, bym mogła bez zakłóceń słuchać! Ciekawiło mnie, czy mi w którymś momencie nie zejdzie z orbity, co musiałoby w końcu nastąpić, gdyby nakręciła się sztucznie. Był to jednak na sto procent samograj bez potrzeby dodawania paliwa, perpetuum mobile doskonałe! Podważyła swym istnieniem wszelkie prawa biologii i fizyki, stąd też nie mogłam jej tu pominąć, choć o permanentne perygeum jej nie podejrzewam. Raczej po prostu nie usiedzi długo przy pisaniu, nie mówiąc już o tym, by się kiedykolwiek zdołała czegoś w kwestii literatury dowiedzieć.
              Ze względu na temat główny najciekawsi są jednak ci amatorzy – uczestnicy warsztatów, którzy słuchają, a nawet „dyskutują" (takim poświęcam np. cykle satyryczne: Warsztatowy zawrót głowy – prozą oraz Ratunkowe pogotowie dla mających korek w głowie – wierszem). Zbyt apodyktycznie dyskutujących też przepędzam, mówiąc im z kolei, że to nie parlament!  Demokracji w poezji nie uznaję. Albo się godzisz na dyktaturę, albo chałturz w stadzie! Dniami i nocami mogłam natomiast ślęczeć z tymi, co słuchają, robią notatki, zaznaczają sobie udane i nieudane partie utworów, nie oszukują pchając do książek to, co im wyrzuciłam, siedzą spokojnie, nie wstając co chwilę jak wariaci „dla rozprostowania kości" i podobnie jak ja nigdy nie są podczas warsztatów śpiący lub zmęczeni. Kiedyś w Płocku uczestnicy twierdzili, że musi być pomyłka w programie, bo warsztaty przewidziane są na pięć godzin non stop, a to chyba niemożliwe, bo prowadząca padnie. Jakże więc byli zaskoczeni, gdy dowiedzieli się, że ja proponowałam czas nieograniczony, tylko organizatorzy mnie czasowo ograniczyli, bo przecież kiedyś budynek trzeba zamknąć. Natomiast na kilkudniowych spotkaniach wyjazdowych, gdzie wszyscy mieszkali w jednym ośrodku, inni spali, popijali, tańczyli, śpiewali, a u mnie warsztaty szły pełną parą. Ależ mieli znajomkowie ze mnie zabawę. – Godzinami grzebiesz w czymś, na co i minuty szkoda! – Dobre mieli loty? Słusznie masz okna zamknięte, boby ci ulecieli na swych skrzydłach! – To chyba najpewniejsze zajęcie, żeby dostać świra! itp. Mój zawsze zdystansowany Mistrz Andrzej Krzysztof Waśkiewicz aż tak złośliwie się nie wyrażał, powtarzając tylko: – Naprawdę szkoda czasu i wyobraźni. TO ABSOLUTNIE NIC NIE DA!  – Już dało! – odpowiadałam jak maniak-fiksat. – Wydali tomiki lepsze, niż mogliby wydać bez mojej pomocy! – Są zupełnie nierozwojowi, zobaczysz więc, co wydadzą wkrótce. I rzeczywiście zaczęło się. Żaden z tych autorów nie dał się już namówić, by swą biegunkę wydawniczą powstrzymać. Przeczyszczali się na papier, jakby się bigosu z bitą śmietaną najedli. Warsztatów unikali jak zarazy, żebym im czasem nie radziła wyrzucić czegoś, co zamarzyli sobie ujrzeć w druku. Przypominali pewnych bohaterów z mojego utworu, którzy woleli nie patrzeć w kalendarz, bo wygodniej było jednemu mieć lipiec w styczniu, a drugiemu styczeń w lipcu. Andrzej K. Waśkiewicz przyznawał zawsze, że można jednorazowo doprowadzić miernego autora do publikacji przewyższającej jego realne możliwości pisarskie, jednak im wyżej ponad te możliwości by się wzniósł, tym mniej będzie rozumiał swoje osiągnięcie, a tym samym będzie miał mniejsze szanse, by je kontynuować! Moim zdaniem reprezentant permanentnego perygeum (czyli niereformowalna miernota dołująca) po warsztatach zawsze wybiera jedną z dwóch opcji, przy czym obie oznaczają wyłącznie regres. W pierwszym wypadku autor taki uznaje, że już wszystko potrafi, albo przynajmniej tyle, że nareszcie słuchaniem niczyich uwag nie musi się męczyć. Warto wiedzieć, że dla niemających świadomości twórczej, a przy tym  nie nazbyt lotnych, warsztaty stanowią tak piekielny (i na dodatek, jak się okazuje, bezowocny) wysiłek intelektualny, że wprost nie wyobrażają sobie, by po takim wysiłku mogli być równie „mądrzy", jak i przed nim. Wiedząc więc w swym mniemaniu wystarczająco dużo, ryją w słowach całkiem samodzielnie, uzyskując dokładnie taki efekt, jaki „talent". Druga opcja (ku memu niewyobrażalnemu zdumieniu!) jest wybierana jeszcze częściej. Sztucznie „podrasowany" na warsztatach autor mierny SAM Z UPOREM RÓWNA W DÓŁ, męcząc się srodze swym niezrozumiałym wzlotem. Owszem, jest dumny, że jego książkę chwalą, ale nie rozumie, co też w niej jest takiego dobrego. Gdy ma wcześniejsze gnioty, nie rozumie też biedak, w czym są gorsze! Jeśli jakiś mądrzejszy czytelnik zauważy, że w tej lepszej książce widać czyjąś pomoc, np. w doborze tekstów, w „podrasowanym" zaczyna cierpieć ukryty grafoman. – Bez pomocy też na pewno potrafię – rzecze ów grafoman i dodaje: – Z tą pomocą jakieś dziwne to wszystko wyszło, jakby nie moje. Drugi raz już do krytyka nie pójdę, tyko do Asi, Basi, wujka Ferdynanda…Oni chyba lepiej rozumieją moją twórczość, bo nic nie próbują w niej zmieniać.
              Mało kto jest sobie w stanie wyobrazić, co dzieje się, gdy dwie wyżej wymienione opcje regresowe połączą się w jednej miernocie (co wcale nie jest takie znów rzadkie). By to uzmysłowić, muszę posłużyć się bardzo konkretnym i obrazowym przykładem. Mam w domu taki młynek (zapewniam, że tym razem mówię o realnym sprzęcie, a nie o czymś innym w formie aluzji), który posiada wajchę stanowiącą RÓWNOCZEŚNIE coś w rodzaju gaźnika i hamulca. Działanie tego niezwykle kształcącego życiowo urządzenia jeszcze nie raz w różnych kontekstach będę analizować. Na dziś wystarczy, gdy powiem, że instrukcja mówi wyraźnie, iż młynek należy zarówno do apogeum, jak i do perygeum doprowadzać STOPNIOWO! Jak pominiesz etapy pośrednie, to albo wirnik się zatrze, albo dekiel eksploduje. Wiem to niezależnie od owego młynka i jego instrukcji obsługi, dlatego też urządzenie nigdy jeszcze nie miało u  mnie perygeum punktowego (to znaczy nie rozleciało się, ani też znienacka nie doznało chwilowej blokady). Natomiast perygeum permanentnego sama się nie obawiając, nieraz próbuję z nieszczęsnego urządzenia taki rozruch w bezruch wydobyć, by uzmysłowić sobie, jak działa miernota z jednej strony przekonana, że wie wystarczająco dużo, by pisać samodzielnie (rozruch), a z drugiej świadoma, że nie bardzo rozumie to, co ponoć nieźle napisała z moją pomocą (hamowanie). Młynek w takiej fazie turkocze, burczy, skrzypi i nagrzewa się bez celu, kawa niemrawo przewala się w pojemniku z boku na bok, lecz ani jedno ziarno nie zostaje przemielone. Po zakończeniu „obróbki" opornej materii masz dokładnie to samo co przed obróbką! Obroty były tego rodzaju, że nic z nich poza swądem rozgrzanych przewodów nie wynikło. Dłuższe wałkowanie fazy minimum groziło całkowitą utratą młynka, razem z jego wprost niewyobrażalnym (lecz niewykorzystanym na tym etapie) apogeum! Właśnie dzięki temu doświadczeniu zrozumiałam, że rację mieli ci, co twierdzili, że prowadzenie warsztatów to dla mnie tylko strata.
              Choć mechanizm literackich dołowań w pełni już rozumiem, nadal nie mogę pojąć, że nie wkurzają się malarze, których prace grafomani wykorzystali na okładki swych dzieł. Nie chodzi mi wcale o to, żeby malarz musiał oceniać, czy zawartość książki ma walory artystyczne. Gdybym była profesjonalną malarką, kubeł farby wbiłabym na łeb każdemu takiemu, co na przykład w jednej książce zamieścił na okładce  mój obraz (o który prosił i zgodę na wykorzystanie go uzyskał), w kolejnej książce ma na okładce kleksa postawionego przez kochanego wnusia, w jeszcze innej motylka w wykonaniu ciotki Klotyldy, to znów pegaza podobnego do osła, którym czknął graficznie jakiś inny krewniak. Grafoman (jak w mojej fraszce) nie widzi nic niestosownego w zastanawianiu się, czy wykorzystać dzieło Rembrandta, czy kuzynki Samanty. Żyjący malarze mają żelazne nerwy, że ich to nie wkurza, a wieczny odpoczynek zmarłych też chyba zbyt dobrze chroniony nie jest.
             Moja masochistyczna skłonność do analizowania knotów i tak ciekawiej daje o sobie znać na gruncie techniki niż literatury i sztuki. W noc sylwestrową ani szampan, ani pisanie Nadrealistów, ani fajerwerki na niebie nie interesowały mnie tak bardzo, jak ciemna, głucha rura, którą pewien facet wbił w ziemię z nadzieją, że uczyni z niej wyrzutnię petard. Nawet z wysokości dziesiątego piętra wydawała mi się ona niekompatybilna z tym, czego od niej oczekiwano. Facet zachowywał się jak ja na warsztatach. Podkręcał, przepychał, usiłował udrożnić.Coraz bardziej wkurzony marnował petardy, które nawet bez dymu (nie mówiąc już o blasku i huku) wypadały z wylotu jak kozie bobki. Wreszcie machnął ręką i poszedł do domu. Gdy kanonada zaczęła już cichnąć, nagle sypnęło gwiazdami po balkonach, słońca w zmasowanej liczbie wzeszły na niebie, a światłość nastała jak z wybuchu reaktora. Oczywiście od razu (jak nie raz na warsztatach) uwierzyłam, że spóźniony zapłon miała niewystrzałowa rura.  Tymczasem rurę zepchnięto już pod śmietnik, a jej nieskuteczny naprawiacz walił z jakiejś innej piekielnej machiny, udowadniając, że ma najlepsze fajerwerki! Hej, leciały z nieba serpentynki, młynki, sprężynki, turbinki. A do rury, z której w stanie permanentnego perygeum sączył się wciąż jakiś klajster, zaraz z Nowym Rokiem poczuli bluesa złomiarze.

    Również tego autora