Katarzyna Jeziółkowska - Co z tą pamięcią?

Wczesnym rankiem syn – student biega po domu, przewraca papiery. Wrogo wykrzykuje w kierunku moich szkolnych papierów i stert z ważnymi tematami, wycinkami i inspiracjami.
    Ponieważ właśnie rozpoczęłam ferie, więc zaoferowałam pomoc w znalezieniu tego czegoś, tak ważnego. Dowiedziałam się, że szuka cudzych notatek w foliowej koszulce.
   W środku była kartka, na której dużymi literami stało: PEDAGOGIKA. Uwierzyłam, że już swoje papiery dokładnie przeszukał i teraz trzeba szukać w moich, bo faktycznie mogłam je razem zabrać.
   Poczekałam aż wyjdzie z domu i zabrałam się za tę Stajnię Augiasza. Metodycznie, aby nie przegapić, przekładałam kolejne papiery, koperty, teczki. Świadoma celu, powstrzymywałam się od prób segregowania. Podchodziłam do tego już wiele razy. Po każdej próbie porządkowania, miałam ogromne trudności ze znalezieniem czegokolwiek. Ciągle pamiętałam, gdzie były włożone przed porządkowaniem.
   Teraz szukam wiadomych, cudzych notatek we foliowej koszulce!
Koło południa, mogłam uznać, że rzetelnie przejrzałam wszystkie swoje papiery.
   Czas zabrać się za pokój syna. Od czegoś trzeba zacząć. Po lewej stronie nad tapczanem jest półka, a na niej niezbyt groźnie wyglądająca sterta. Dobra, ona pierwsza. Trzymam w ręce dużą białą kopertę z przeźroczystym okienkiem, a w nim karteczka z napisem: PEDAGOGIKA. Jest! Wysyłam sms. Syn każe mi zajrzeć do środka, bo nie wierzy, że to właściwa  koperta.
   Mogę zdobyć się na wyrozumiałość. Ileż to razy czegoś poszukiwałam w absolutnym przekonaniu, że włożyłam w to miejsce, i że doskonale pamiętam, jak było zapakowane.
   Gdy wreszcie, najczęściej przypadkiem, owa rzecz się znajdowała, nie mogłam się nadziwić, że zupełnie inaczej zapamiętałam okoliczności chowania tego czegoś.
   To zdarzenie przypomniało mi, nadaną wiele lat temu audycję radiową na temat wiarygodności świadków naocznych. W audycji przedstawiono dwa doświadczenia.
    W pierwszym wykorzystano rzeczywistą sytuację. Pasażerów, wysiadających z kolejki wąskotorowej zapytano o transformator, który mijali na trasie. Na kilkudziesięciu zapytanych, tylko dwie osoby potwierdziły, że go widziały. Był to elektryk i mały chłopiec. Nawet gdy pozostałym pasażerom próbowano ten transformator opisać i tak twierdziły, że niczego takiego nie widziały. A przecież kolejki wąskotorowe poruszały się z prędkością kilku kilometrów na godzinę.
   Nie zakończono na tym eksperymentu. Ponieważ najczęściej po paru godzinach ludzie wracają tą samą kolejką, więc po minięciu owego transformatora znów przepytano pasażerów. Tym razem wszyscy, którzy już byli o transformator pytani, zauważyli go. Mało, nie mogli zrozumieć, jak oni mogli takiej kolubryny i tak blisko okien, nie zauważyć.
    Drugie doświadczenie wykonano podczas zjazdu prawników. Zaproszono ich na seans filmowy. Po seansie, rozdano ankiety z pytaniami o ubiór bohaterów we wskazanej scenie, czy fryzurę głównej bohaterki. Prawnicy, zgodnie ze swoją wiedzą i w absolutnym przekonaniu, że doskonale pamiętają, odpowiedzieli. Ankiety zebrano i zaproszono na ponowną emisję filmu.
    Już pierwszym scenom towarzyszyły komentarze widowni. Dawało się słyszeć śmiechy, głośne wzdychania.
    Okazało się, że mało kto pamiętał prawidłowo. Prawnicy sami nie mogli się nadziwić, że niektóre sceny zapamiętali zupełnie inaczej.
    Celem eksperymentów i audycji było pokazanie, że nie można wyroków opierać tylko na zeznaniach świadka naocznego, bo nawet jak jest on całkowicie przekonany, że dobrze pamięta, to tak naprawdę nikt nie wie, co on widział. Nasz mózg przetwarza zapamiętywane obrazy przez nasze dotychczasowe przeżycia i skojarzenia. Dlatego transformator zauważyli tylko ci, którzy potrafili go nazwać. Elektryk i mały chłopiec.
    Też nie wiem, na ile dokładnie tę audycję pamiętam.
Jakiś czas temu stacja National Geographic pokazała inny eksperyment dotyczący ludzkiego mózgu. Zajęli się problemem spostrzegawczości. Poproszono uczestników eksperymentu, aby policzyli poruszające się osoby ubrane w dwa różne kolory strojów. W tym czasie obok liczących, parokrotnie przemaszerowała małpa. Skupieni na liczeniu, nie zauważyli jej. Gotowi byli przysięgać, że tu żadnej małpy nie było.
    Od tego czasu, gdy czytam informacje o przebiegu jakiejś rozprawy, zawsze zastanawiam się, do jakiego stopnia świadek rzeczywiście pamięta. Przecież na podstawie jego zeznań zapadają często bardzo poważne wyroki.