Jan Burakowski - Anglosaskie pisanie

Opracowuję aktualnie obszerny esej o Prusach Wschodnich. Śledząc literaturę
dotyczącą tego tematu dotarłem także do książki „Europa walczy 1939–1945. Nie takie proste zwycięstwo'" Normana Daviesa wydanej przez „Znak" w 2008 r. Informacji rzeczowych tyczących interesującej mnie tematyki (losy Prus Wschodnich w latach II wojny światowej i ich agonia w 1945 r.) nie znalazłem w niej zbyt wiele, tym niemniej przewertowałem ten opasły tom z zainteresowaniem. Davies, co wiedziałem już z wcześniej poznanych jego książek jest autorem oryginalnym – i to w różnych znaczeniach terminu „oryginalny". Łączy rozległą wiedzę i umiejętność budowy celnych syntez z zadziwiającą niekiedy naiwnością niedbałością oraz powielaniem sądów i osądów potocznych nie zawsze obiektywnych. Czytelnik może więc liczyć tak na odkrywcze tezy i śmiałość spojrzenia, nie liczącą się z aktualną „poprawnością polityczną", jak i osądy i lapsusy zadziwiające u historyka dużego formatu. Wiedziałem też, że Davies jest „walijskim Super–Polakiem". – Potwierdzenie tego wszystkiego znalazłem także w „Europa walczy". Z dodatkiem jednak szeregu błędów zaiste „europejskiego formatu" – stąd mój list do Pana.
Budzi uznanie rozległość panoramy i wielostronność opracowania. Autor nie ogranicza się, jak większość badaczy II wojny światowej, do aspektów politycznych i militarnych, ale penetruje także uwarunkowania ekonomiczne i społeczne zmagań wojennych, zgłębia różnorakie aspekty życia ludności cywilnej a także naświetla procesy i zjawiska patologiczne nieuchronnie związane z każdą wojną szczególnie długotrwałą (ogólny upadek moralności, rabunki, gwałty, lekceważenie ludzkiego życia i godności człowieka). Oczywiście nie wszystkie z tych zjawisk Autor penetruje równie głęboko, ale materiał jest, ogólnie oceniając, bardzo cenny. Davies nie ulega także modnym aktualnie na Zachodzie (a w Niemczech i w Polsce w szczególności) trendom politycznej poprawności (np. pomniejszanie wkładu ZSRR w pokonanie nazistowskich Niemiec, próby oddzielenia „na siłę" nazizmu od ogółu społeczeństwa niemieckiego). Wywodzi przekonywująco, że wkład ZSRR w pokonanie Niemiec i ich sojuszników był decydujący (wg Davies'a w 80 %). Dowodzi też, że pokonanie Niemiec przez zachodnich aliantów, w przypadku upadku ZSRR, nie było by możliwe – z apokaliptycznymi skutkami dla całego świata i groźbą zagłady wielu narodów. Co więcej nie wacha się twierdzić, że Armia Czerwona była najlepszą armią II wojny – nie tylko ilościowo ale także sztuką wojenną (szczególnie w drugiej połowie wojny) a G. Żuków, K. Rokossowski i A. Wasilewski należą do grona najwybitniejszych wodzów II wojny światowej.
Niestety, książka zawiera nie tylko sprawdzone fakty i oryginalne myśli. Roi się w niej także od bałamutnych refleksji i oczywistych błędów – także w odniesieniu do wydarzeń ogólnie znanych. Braki te obciążają nie tylko Autora ale także Wydawcę.
I tak, np. Davies pisze – w nawiązaniu do mordów na Polakach na Wołyniu (s.449): „Wobec tego w latach 1943 – 1944 wściekłość UPA zwróciło się przeciw bezradnym Polakom (...). Wymordowali ich między 200 000 a 500 000". Tymczasem liczba ofiar polskich była przerażająco wielka ale na pewno nie przekroczyła 100 tys. (w latach 1943 –1947), na ogół szacuje się, że polskich ofiar na Wołyniu było 40–60 tysięcy a w Galicji Wschodniej 10–25 tys.). Na s.454 Autor pisze: „Wilhelm Gustloff (...) wypłynął 30 stycznia

0 godz. 12.30 z Gdyni, wiózł może 10 000 cywilów i 162 rannych żołnierzy (...). Mimo obecności eskorty i łodzi ratowniczych utonęło aż 8 000 osób", (po storpedowaniu przez radziecką łódź podwodną – J.B.). „Drobne" uzupełnienie i sprostowanie: „Na jego pokładzie znajdował się również znakomicie wyszkolony personel floty podwodnej (...) 918 słuchaczy
1 wykładowców U–Bootlechdivision z Gdyni oraz 373 dziewczęta ze służby pomocniczej Kriegsmarine (...). Storpedowanie Gustloffa sprawiło, że Niemcy w końcowej fazie wojny nie mieli kim obsadzić gotowych do walki okrętów podwodnych. Davies nie informuje także, że w zemście za zatopienie „Gustloffa" SS rozstrzelało na plaży w Gdyni 5 tys. więźniów obozu w Stuthoffie. Na s.455 czytamy: „Gdańsk (...) został oblężony dopiero w marcu 1945 r. W mieście było około 3 000 000 ludzi, ich liczba wzrosła ponieważ do mieszkańców dołączyło 2 500 000 uchodźców z Prus Wschodnich i wschodniej części Pomorza". A więc, wg Autora, w oblężonym przez Armię Czerwoną Gdańsku znajdowało się 5 500 000 (5,5 min) cywilów. Tymczasem, gdyby do marca 1945 r. nikt z Gdańska (1939 r. –ok. 350 tys. mieszkańców), Pomorza i Prus Wschodnich nie uciekł na Zachód liczba ludzi nie przekroczyła by 4 milionów. Tymczasem liczba uciekinierów z tych terenów osiągnęła ok. 3 miliony. Liczba ludności cywilnej w oblężonym Gdańsku nie przekroczyła prawdopodobnie 400 tys. Na s.157 czytamy: „Jeden krótki wypad (wojsk radzieckich – J.B.) do wsi Nemmersdorf we wrześniu przyniósł jako pokłosie zdjęcia niemieckich kobiet rozebranych i przybitych bagnetami do drzwi stodół. Goebels miał nadzieję wykorzystać te fotografie do zwiększenia determinacji oporu". Davies w innych miejscach jeszcze kilkakrotnie pisze o zbrodni w Nemmersdorfie bez komentarza, że była to potworna fałszywka propagandowa. Rosjanie rzeczywiście rozstrzelali 26 mieszkańców wioski (był to prawdopodobnie spontaniczny odwet za ciężki nalot lotnictwa niemieckiego), ale jak relacjonowali naoczni
świadkowie, żadna kobieta nie została zgwałcona. „Goebels wydał polecenie (...) trzeba wyolbrzymić tą zbrodnię. Ciała wyjęto z grobów i przygotowano do haniebnych zdjęć, by mogli je sfilmować przywiezieni do Nemmersdorf operatorzy Die Deutsche Wochenschau i dziennikarze" (zob. L. Adamczewski – „Łuny nad jeziorami", s.34–35). „Inscenizację" nadzorował osobiście specjalista – profesor medycyny (!), a jednocześnie Gruppenfuhrer SS –Karl Gebhardt, specjalny wysłannik H. Himmlera. W Niemczech sprawę Nemmersdorfu wyjaśniono szczegółowo już w latach 90–tych (zob. książka Bernharda Fischa „Nemmerdorf.
Oktober 1944" i film dokumentalny z 2002 r. programu telewizji ogólno niemieckiej „Die grosse Flucht – wyświetlany także w telewizji polskiej). I jeszcze jedno sprostowanie: incydent w Nemmerdorfie miał miejsce nie we wrześniu, jak podaje Davies, ale 21 października 1944 r. Tak więc Davies jest chyba ostatnim poważnym historykiem, który ożywia goebelsowską fałszywkę (a to odbiera mu chyba część naukowej powagi).
Podobnych do wyżej zasygnalizowanych błędów i niedoróbek jest w „Europa walczy" mnóstwo. Nie sposób także przejść obojętnie nad zadziwiającą w opracowaniu, mającym ambicje naukowe, manipulację związaną z polskim wydaniem książki. Autor dopisał „około stu dodatkowych akapitów (bagatelka – tym bardziej, że niektóre „akapity" mają po kilka stron – J.B.) uszczegółowiających lub poszerzających polski wymiar tematu – z myślą o polskim czytelniku" („Europa walczy", s. 11). Ten „polski wymiar tematu", gdy wtręty stanowią ciąg wywodu a walce brygady lub zgoła batalionu polskiego poświęca się tyle, albo
i więcej miejsca co opisowi batalii całych armii, a np. generałowi Władysławowi Andersowi więcej miejsca niż wielu czołowym dowódcom II wojny światowej (bez żadnych odniesień do bardzo kontrowersyjnych jego działań) – zniekształca obraz II wojny. Taki „polski wymiar" byłby chyba właściwszy, gdyby przybrał formę aneksu do głównego tekstu.
Z czego biorą się wskazane wyżej braki? Wytłumaczenia są proste. Davies posługuje się niemal wyłącznie literaturą anglosaską i pracami tłumaczonymi na angielski (brak śladów nietłumaczonych, cennych opracowań niemieckich, rosyjskich a nawet... polskich). Chętnie wykorzystuje także popularne opracowania pisane „pod publiczkę" dla masowego czytelnika które nie zawsze dbają o kontekst historyczny i weryfikację podawanych informacji i osądów. Nie potrafi także powściągać swoich prywatnych sympatii i antypatii. Brak mu też chyba czasu, z uwagi na imponującą łatwość i szybkość pisania na żmudne sprawdzanie i poprawianie własnych tekstów. Nieodparcie nasuwa się także podejrzenie, że niekiedy pisze „z pamięci" (np. dość niedbałe i nieścisłe informacje o Powstaniu Warszawskim, któremu wcześniej poświęcił wartościową choć nie bez typowych dla niego uchybień, książkę).
„Europa walczy", mimo wskazanych na wstępie walorów, spotkała się w kręgach naukowych Wielkiej Brytanii, USA i Niemiec ze wstrzemięźliwym, żeby nie rzec krytycznym, przyjęciem – i to chyba nie wyłącznie za brak „poprawności politycznej" autora.