Jan Strękowski - Szkoła dansu i lansu

Polacy należą do najbardziej roztańczonych narodów na świecie. Lista szkół tańca  w stolicy liczy około setki. Za Peerelu była jedna. A dziś: salsa, tango, cha cha, jive, walc, rock and roll, zumba, tango argentino, taniec irlandzki, latino... Można poćwiczyć sexy dance z Anią albo... taniec brzucha z Jasminą. Tylko wybierać, przebierać i... tańczyć. Tańczyć! Tańczyć!
Skąd to roztańczenie? Dlaczego ludzie walą do sal tanecznych drzwiami i oknami, psują sobie oczy oglądając kolejne odsłony telewizyjnego „Tańca z gwiazdami", czy zaczytują się w produkcji swoich idoli, Katarzyny Cichopek (przez media zwanej aktorką) i Marcina Hakiela, z TVN-owskiego „Tańca z gwiazdami", którzy w książce „Szkoła tańca" obiecują nauczyć kreślenia tanecznych figur każdą ofiarę losu i lebiegę?
    Mówiło się kiedyś o nieudacznikach życiowych, że są ni do tańca ni do różańca, o udacznikach zaś, że i do tańca i do różańca. Dziś różaniec (z przeproszeniem słuchaczy Radia Maryja) przestał być na topie, ale... taniec pozostał na swoim miejscu. Znakiem czasu byłaby tylko obcojęzyczna, ale w oswojonej fonetyce, terminologia. Zamiast taniec pisalibyśmy dans (niektórzy używają terminu bans, od salonowej odmiany zbuntowanego, jak się sądzi, rapu), ale różaniec zastąpiłby... lans, co zdaniem niektórych jest jednym i tym samym. Można z tym dyskutować albo się z tym zgodzić. Faktem jest, że taniec zawsze odgrywał wielką rolę kulturową, społeczną, czy cywilizacyjną. Podczas tanecznych imprez rozgrywały się nawet dramaty narodowe, jak w „Weselu" Wyspiańskiego, czy „Oziminie" Berenta. Przy pomocy tańca opowiadać można zarówno wielką historię, czego znakomitym dowodem jest zrealizowany w 1983r. film Ettore Scoli „Bal", w którym bez słów opowiedziano historię Francji od 1936 do 1983r., jak i historię własną. To przypadek Güntera Grassa, autora zbioru wierszy „Ostatnie tańce", opatrzonego jego rysunkami (wydanie niemieckie 2003, polskie 2005 r.). Ale taniec może być też środkiem czy też narzędziem awansu (czyli lansu), prowadzącym do wyjścia poza szary świat. Dla bohaterów, ale w jeszcze większym stopniu dla samych twórców.
Tu przywołać można choćby wspomnianego przed chwilę niemieckiego noblistę, który przy jakiejś okazji powiedział, że nauczył się tańczyć w wieku 14 lat, żeby mieć powodzenie u dziewczyn. I, o czym zaświadcza książka, zamysł się powiódł. A więc sukces! I na polu fikcyjnym i rzeczywistym.
Taniec może być dla bohaterów wręcz kołem ratunkowym rzuconym przez los. Jak w filmie  Sydneya Pollacka z 1969r. „Czyż nie dobija się koni?", dziejącym się w latach Wielkiego Kryzysu w USA. Dramatyczna opowieść o morderczym maratonie tańca, który wygranej parze (jeśli ta przeżyje nadludzki wysiłek) może przynieść tysiąc dolarów i otwarcie drogi do Fabryki Snów, była ekranizacją wydanej w 1935r. powieści Horace’a McCoya o tym samym tytule (w Polsce wyszła w 1987r.), która w swoim czasie nie zyskała wielkiego odzewu czytelniczego. Jednak film stał się sukcesem (Oscary dla aktorów i reżysera). A więc taniec nie był niepotrzebnym wierceniem dziur w parkiecie. Podobnie jak w przypadku zrealizowanej w 1977r. „Gorączki sobotniej nocy", której bohater z szarego sprzedawcy w sklepie chemicznym zmienia się w sobotnią noc w króla życia. Film wprowadził na salony muzykę disco oraz rozsławił odtwórcę głównej roli, Johny’ego Travoltę, czyli przyniósł twórcom upragniony lans.
W ostatnim dniu 2012r., jako, że Sylwester to czas tańca, telewizja przypomniała słynny melodramat „Dirty Dancing". Zrealizowany w 1987r. jako tzw. produkcja niskobudżetowa stał się jednym z najsłynniejszych wyciskaczy łez w historii kina, a występujący w nim aktorzy w jednej chwili zabłysnęli jak najjaśniejsze gwiazdy. Dość wspomnieć, że za rolę w tym filmie Patrick Swayze dostał 200 tys. dolarów, podczas gdy za epizodyczny występ w tzw. prequelu „Dirty Dancing: Havana Night" zrealizowanym prawie 20 lat później – 5 mln. Jennifer Grey, której niewinna twarzyczka dodawała wiarygodności ckliwej opowieści o Ameryce początku lat 60., tak się nie powiodło. Musiała po latach ponownie walczyć o status gwiazdy. Nie, nie rolami w mniej kasowych czy niszowych produkcjach. Wystąpiła w „Tańcu z gwiazdami", czyli zastosowała klasyczną formułę: lans przez dans.
    I tu wracamy do pytania o polskie roztańczenie. Polacy chcą tańcować (to błąd dla rymu), bo pragną się... lansować! A nie wiadomo, dlaczego (a może dobrze wiadomo?) dans Polakom kojarzy się ze słowem lans. Jakby tylko przez taniec można było zrobić karierę, pieniądze, zdobyć sławę, status gwiazdy, czy jak się mawia, zostać celebrytą. Oczywiście tak jak taniec, lans był obecny zawsze, tylko nie obnoszono się z nim, usiłując ukryć starania o to, by właśnie osoba lansera, a nie jakaś inna zaświeciła blaskiem gwiazdy. Dawniej lansowano się przy kielichu (ten lans nadal cieszy się popularnością, choćby w środowisku filmowym), w łóżku (metoda, jak mówią plotki, wciąż sprawdzająca się w telewizji), jeszcze wcześniej wystarczyło odpowiednie pochodzenie (nie matura, lecz chęć szczera, zrobi z ciebie oficera), czasem poparte indywidualnym wkładem, czyli ordynarnie to nazywając donosem na konkurencję.
Szkoła dansu i lansu. Taki napis nabazgrano na betonowym mostku na mojej uliczce, który służy miejscowej młodzieży jako miejsce spotkań towarzyskich, czyli picia piwa, palenia papierosów oraz oddawania się tzw. końskim zalotom. Obok mieści się skład węgla, a pod mostkiem płynie kanał, który kiedyś był rzeczką. Miejsce najmniej odpowiednie, i dla dansu i dla lansu.
To lans na skalę naszych możliwości. Jednak dziś, w erze tabloidów i internetu, repertuar lansera rozszerzył się i wylansować można każdą miernotę. Jak napisała pewna rozgoryczona czytelniczka, twórczość przestała być celem, a lans przestał służyć promowaniu sztuki. Tworzy się, aby zaistnieć, a twórczość przydarza się przy okazji, jest produktem ubocznym w sztuce lansowania. Czyli, przekładając to na język przypowieści, taniec służy lansowi, podczas gdy kiedyś lans miał promować dans.
Światło kamer i fleszy daje okazję lansu, dlatego lanser bywa na imprezach. Samo bywanie jednak nie wystarczy. Celebrytka chce się wylansować – pokazała piersi, krzyczą tytuły.
Co trzeba robić, aby lans był prawdziwym lansem?  Dla tych, którzy chcą, a nie wiedzą, parę rad (za wp.pl): 1. Upić się (...). 2. Przyjść na imprezę naćpanym (...). 3. Pokazać się na imprezie z nowym partnerem. 4. Zacząć flirtować z kimś nowym na tejże imprezie (czyli punkt 3 w wersji „dla odważnych") 5. Powiedzieć coś lub zrobić coś głupiego lub kontrowersyjnego. 6. Ubrać się niezwykle wyzywająco lub totalnie bez gustu. 7. Nie założyć majtek (czyli punkt nr 6 w wersji „dla odważnych" .
Trzeba też bombardować każdego doniesieniami o swoich dokonaniach. Jak pewna autorka, która niemal codziennie rozsyła drogą elektroniczną takie informacje. W czasach Gierka, i jego propagandy sukcesu, krążył dowcip: Otwieram telewizor – Gierek, otwieram gazetę – Gierek, radio – też Gierek, puszkę z rybkami boję się otworzyć... Zastąpmy Gierka Dodą (albo nazwiskiem autorki, bez której polska literatura przestałaby istnieć już o 6.00 każdego ranka) i niczego nie musimy zmieniać.
Tylko uważajmy. Pewna lekarka, a więc osoba, której można wierzyć, widziała w Afryce taniec, którego nie da się przerwać. Podobnie z lansem. Zbigniew Rybczyński, zanim zdobył Oscara, zrealizował film o znamiennym tytule „Oj, nie mogę się zatrzymać". Warto polecić go wszystkim zwolennikom, i dansu i lansu.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież