• +48 52 321 33 71
  • akant24@wp.pl

    Ariana Nagórska - NISZA KOZIOROŻCA - Zawodowiec potrafi!

    Gdybym oświadczyła (co właśnie czynię), że wszelkie utwory o tematyce warsztatów literackich oraz o różnych fazach poczynań odlotowców i pyszałków są najlepszymi tekstami satyrycznymi w moim dotychczasowym dorobku, przypuszczam, że prawie każdemu od razu nasunie się myśl: Nomen omen! Oto mamy kolejny dowód pychy. Zaczęłam jednak od takiego stwierdzenia faktu właśnie po to, by wykazać, że świadomość piszącego, czy utwór udał mu się mniej, czy bardziej – to wymóg zawodowstwa, a więc dla profesjonalisty oczywistość. Oceny takiej dokonać może niekoniecznie tylko twórca pyszny, ale również chciwy, rozpustny, zazdrosny, łakomczuch, choleryk, leń, a nawet pijak czy narkoman (o ile choć na chwilę zdoła w pełni wytrzeźwieć). By nie poprzestawać na nałogowcach i paskudnikach, świadomość, że coś szczególnie dobrze napisał może mieć też twórca skromny, serdeczny, altruistyczny, empatyczny, abstynent, zrównoważony, pracowity – a nawet święty! Jest tylko jeden warunek: musi to być pisarz-zawodowiec, a nie amator!
              O nieba! Od razu w tym momencie wali mi się na łeb piętrząca się przez dziesięciolecia lawina wrzasku! A to, że amatora od zawodowca odróżnić się nie da (da się bardzo łatwo!), a to, że niejeden amator ma od niejednego zawodowca talent znacznie większy (oczywiście, że tak, tyle że na ogół nie wie, co z nim zrobić), a to znów, że w Związku Literatów też są grafomani (są i niestety będzie ich coraz więcej, ale też ani raz w życiu nie twierdziłam, że wstąpienie do związku twórczego automatycznie owocuje profesjonalizmem). O tym, jak powinna wyglądać wartościowa literatura, najchętniej wypowiadają się wszędzie pełni kompleksów amatorzy, bredząc i o tym nie wiedząc. Amatora poznać głównie po tym, że nie jest w stanie uznać za dobrego takiego pisarza, którego twórczość mu się nie podoba. Nigdy nie lubiłam poezji Herberta, ale przecież nie twierdzę, że to grafoman. Tymczasem np. omawiany w innym moim felietonie Zbigniew Szwaja dziwuje się w świętym oburzeniu, jak można w ogóle Herberta uważać ża poetę? Po czym konkluduje jasno: „Mnie na to nie stać!" Ano właśnie, dyletanta w kwestiach literatury nie stać na bardzo wiele! Ileż to razy spotykałam amatorów mówiących z zachwytem: „Szymborska to przynajmniej pisze fajnie, bo tak prościutko (!) że człowiek od razu wszystko (!) rozumie!" Z drugiej strony jednak ciężko główkowali, czy jej się Nobel należał, bo „tak prosto to właściwie wielu umie pisać, a poza tym napisała strasznie mało!" To fakt, każdy znany mi amator już w młodym wieku miał „dorobek" literacki ilościowo stokroć większy od Szymborskiej. Gdy amatorowi coś wyda się „zbyt prościutkie" (bo żadnych wieloznaczności nie rozumie), to bardzo szybko może dojść do wniosku, że jest to dzieło „mało ambitne". Mimo to najczęstszym zarzutem amatora (zwłaszcza w odniesieniu do poezji) jest „przerost formy nad treścią". Sto lat warsztatów twórczych nie zdoła amatorowi wbić do głowy, że właśnie w poezji forma jest podstawą, bo wypowiedź poetycka to językowa esencja, ekstrakt! Co gorsza, nie znając się zupełnie na kształtowaniu formy, na dodatek niewiele ma też do powiedzenia w zakresie tak cenionej przez siebie treści. Jeśli ma szczęście trafić na doradcę, który zarówno z formą, jak i z treścią radzi sobie przynajmniej sprawnie – i tak nic z jego uwag nie skorzysta, jako osobnik nierozwojowy (potocznie zwany zakutą pałą). Gdyby był rozwojowy, to dzięki chłonności intelektualnej, pracy, pasji samodoskonalenia itp. po prostu bardzo szybko nie byłby już  amatorem!
              Niezbywalne i dystynktywne (wyróżniające) cechy amatorszczyzny literackiej opisywał mi niestrudzenie mój nieodżałowanej pamięci Mistrz, zmarły w lipcu 2012 roku krytyk, poeta i wszechstronnny intelektualista Andrzej Krzysztof Waśkiewicz. Śmiał się on przez blisko dwa dziesięciolecia z mojego naiwnego przekonania, że jeśli słuchającemu uwag, lecz niezbyt lotnemu autorowi poświęcę dlugie godziny – to będzie on pisał coraz lepiej (!). Po latach wreszcie nie zdzierżyłam i powiedziałam do Andrzeja: – Owszem, potwierdziło się to, co mówiłeś zawsze, że nikt z niezdolnego nie stanie się zdolny ani z przeciętnego nieprzeciętny! Ale dlaczego te miernoty nie potrafią utrzymać choćby tego minimalnego poziomu, który ciężką orką na ugorze wypracowaliśmy? Dlaczego np. po wydaniu tomiku wprawdzie marnego, ale i tak stanowiącego szczyt ich osiągnięć, na łeb na szyję pędzą, by się jak najszybciej skompromitować, wydając kolejne, stokroć gorsze badziewie? Zawsze zrównoważony Mistrz tylko się uśmiechnął: – A czegoś ty się spodziewała? Tyle czasu im poświęcając nie zauważyłaś, że to amatorzy? Wtedy właśnie Andrzej K. Waśkiewicz podał podstawową różnicę między amatorem i zawodowcem: AMATOR NIE MA ŚWIADOMOŚCI TWÓRCZEJ! Talent może mieć taki czy inny, ale nawet przy najlepszych chęciach nie odróżni, czy napisał utwór wybitny, bardzo dobry, dość dobry, przeciętny, kiepski, grafomański, czy też w ogóle nie jest to żaden utwór. Jeśli zacznie to odróżniać i SAM dokonywać sensownej selekcji, jeśli wie, że nawet pisarz wybitny miewa utwory nieudane, ale poniżej swych możliwości nie publikuje, jeśli potrafi gnioty bezwzględnie wyrzucać bez szału, depresji i łzawych polemik z samym sobą – wtedy na pewno przestał już być amatorem. Na wciąż powtarzane pytanie: – Jak mam odróżnić, czy napisałe(a)m udany wiersz, czy też nie? – Andrzej K. Waśkiewicz odpowiadał nieodmiennie: – Dobry poeta zawsze to odróżni!
              Wielokrotnie będę jeszcze wracać do opinii Andrzeja w różnych kwestiach. Na początku tego roku ukazał się poświęcony mu, wspomnieniowy numer gdańskiego „Autografu" (pisma, które założył i przez lata redagował). Tam właśnie obszerniej analizuję, w czym był dla mnie mistrzem i jakie fakty z mętnego życia literackiego uświadamiał mi oraz ze swą niezrównaną ironią podsumowywał. Uważam, że najbardziej skorzystałam w tym, że potrafię określić, DLACZEGO marny autor wytrwale dąży w dół i NIGDY nie utrzyma poziomu, który mu choć minimalnie na tzw. warsztatach wywindowałam w górę. Kiedyś wprost pojąć tego nie mogłam, tymczasem mechanizm funkcjonowania miernoty jest prosty jak budowa cepa! Uzmysłowię to w innym felietonie, który na pewno będzie mniej słodki od niniejszego.
              Na zakończenie przejdę do rozwalania w drzazgi stereotypu, który mówi, że amator jest raczej skromny, a profesjonalista pyszny (zwłaszcza wobec „dokonań" amatorskich). Jako ekspert od pychy zapewniam, że cały pułk klasycznych pyszałków nie przebije jednego „skromniutkiego" amatora! Prawie każdy amator piszący rozmowę ze mną prowadzi mniej więcej tak: „Jestem tylko skromnym amatorem, mój zawód (w którym naprawdę spełniam się jako wysokiej klasy specjalista) nie ma z literaturą nic wspólnego. Jednak zdumiewającą łatwość pisania miałem od dzieciństwa i zawsze pisałem bardzo dużo. Ile ma pani tomików? Pięć??? To ja mam dwadzieścia pięć! Zebrałem materiał na kolejny tomik, bo ostatni wydałem pół roku temu, więc jest już najwyższa pora! Niech tam pani rzuci okiem, wiele czasu to nie zajmie, bo tym razem mam tylko 80 stron. Nie zdążyłem więcej, bo chorowałem. Dałoby się do jutra jakiś wstęp napisać? Prosty, bo ja też piszę prosto! To co dziś wypisują, to nie jest żadna poezja! Skoro nawet ja-poeta nic nie rozumiem, to jak ma prosty czytelnik po to sięgać!  Jak już tomik wydam, to CHCĘ, aby pani na promocji powiedziała coś tam o nim. Tak, żeby kupowali, bo po co mi pisać za darmo! Ja mówię o moich wierszach, a nie o wstępie do książki! To napisanie wstępu też miałoby kosztować? A niby czemu? Przecież to dla pani reklama!"
              Nie ma też większych egoistek jak piszące od serca poetki tkliwe a wrażliwe. Po trupach pójdą, by swe smarki i szlochy gdziekolwiek do druku władować. Znałam damę, która obok żadnej niesprawiedli-
    wości, nędzy czy dramatu po prostu nie mogła przejść bez zareagowania wierszem.Gdy ujrzała niedaleko domu głodne dziecko wpatrujące się w szybę piekarni – roztrzęsioną dłonią pisała i pisała wśród westchnień, jak to dzieciaka nie stać nawet na kupno bułki, po czym od ręki zapłaciła 200 zł za umieszczenie swego wiersza w grafomańskiej antologii. Ile bułek mogłaby temu dziecku za ową forsę kupić?
              Brak świadomości twórczej ma konsekwencje nie tylko literackie. Powoduje też groteskowe zaburzenia hierarchii wartości. Nikt z większą powagą i pompą nie obchodzi wszelkich jubileuszy 10-20-30-40-lecia (itp.) tzw. pracy twórczej, jak właśnie grafomani! Nigdy nie potrafiłam takiej daty określić, osłupiałam więc, gdy pewna pani co do dnia wyliczyła mi jakiś mój jubileusz (który minął bez jakiegokolwiek zainteresowania z mej strony). Ponieważ Niebiosa i Matka Natura nie dały tej kobiecie żadnych predyspozycji do przyswajania mojej twórczości, dociekałam, co też mogła uznać za mój twórczy debiut (od debiutu grafomani swe jubileusze precyzyjnie datują). Z jej wypowiedzi wynikało, że 4 maja miałam trzydziestolecie, co od razu wydało mi się podejrzane, bo w dwa dni po hucznych urodzinach mojego ojca nawet trzydzieści lat temu nie miałabym werwy do debiutowania! Mymi wątpliwościami kobieta była niemile zaskoczona: – Jak to? Więc już nie pamiętasz, jak trzydzieści lat temu 4 maja przyszłaś do klubu na osiedlu Morena na moje spotkanie autorskie? Wtedy właśnie się poznałyśmy!  Od razu mi się rozjaśniło. Faktycznie, był to debiut „twórczy", ale jej, a nie mój.  Ja udałam się do tego klubu licząc na obfite toasty, w czym się nie przeliczyłam. Pod względem konsumpcji toastów też nie byłam debiutantką. Amatorzy najpierw upoili się poezją autorki, a potem toastami i z powodu nadmiaru wrażeń to, co tego wieczoru było najcenniejsze (czyli toasty), musieli, niestety, zwrócić. Ja zaś, jako profesjonalistka w obu dziedzinach, byłam odporna zarówno na prezentowaną poezję, jak i na moc wznoszonych toastów. Tak to już jest, drodzy amatorzy. Zawodowiec potrafi to, co was rozłoży!

    Również tego autora