Elżbieta Stankiewicz-Daleszyńska PANI EGUCKA - W galerii Szachrajów (1)

Tego południa skwar zawisł nad miastem tak szczelną opończą, iż trudno było odepchnąć ją oddechem, a język ciążył w ustach jak głaz.
   Wzdłuż spopielonej miejskiej arterii rozparły się gmachy szacownych instytucji - gmach Muzeum Narodowego i Biblioteki Raczyńskich, Akademia Sztuk Pięknych, gmach poczty, egzotyczna restauracja PEKIŃSKA odpychająca w ten upał gorąca czerwienią fasady, a może jeszcze inne, ale któżby zliczył wszystkie gmachy tak szacowanego miasta jak POZNAŃ.
   Trawa zrudziała - nawet pod nędznymi drzewkami promenady. Czasami jeszcze jakiś nędzny chwast ukrył się przed słońcem pod cembrowiną nieczynnej fontanny: posmutniałe delfiny kamienne i rzeźby strojące fontannę, nie połyskiwały kropelkami roztańczonych strumieni wodnych.
   Żaden spacerowicz ze swym pieskiem na smyczy, żaden staruszek karmiący gołębie nie pojawił się o tej okrutnej porze lata na drodze. Jedynie rozzuchwalone samochody, że szczelnie pozamykanymi oknami w swych klimatyzowanych wnętrzach, wynurzały się z bocznych uliczek i w szalonym, nerwowym rytmie przemierzały pobocza alei tam i sam.
   Aleja była długa - chyba kilometr uciekającej w liczne boczne uliczki drogi.
   Na jednym jej krańcu panowało, wyrafinowanie w swej urodzie, gmaszysko poznańskiego BAZARU kryjące się przed upałem w zacienionej uliczce Paderewskiego, wiodącej w stronę uroków Starego Miasta. Na drugim krańcu rozeźliła się nadęta, szara budowla z wielkim napisem: SĄD OKRĘGOWY.
   Miasto sprawiło wrażenie zamarłe, jedynie aluminiowe puszki po piwie wrzucone przez nocnych meneli na jezdnię, popiskiwały pod kołami samochodów.
   Rozprażoną aleją od strony BAZARU kroczyła PANI EGUCKA, raz po raz zaglądająca z niepokojem do wypchanej po brzegi papierzyskami czarnej lakierowanej torebki, jakby myślami czegoś w niej jeszcze szukała. Koronkowa chińska umbrelka rzucała tak nikłe plamki cienia, że nie mogła uchronić od słonecznego żaru delikatną - mimo upływających lat - cerę blondynki.  
   Toteż PANI EGUCKA miała policzki zaczerwienione z gorąca, a nade wszystko z wysiłku, bo w jednej ręce dźwigała ową wypchaną papierzyskami torebkę, a w drugiej przyciskała do piersi - opakowany w banalną czerwoną foliową torbę z napisem: CLOCKHOUSE C&A - bezcenny rodzinny skarb, ikonę przodków, CIWNÓW, PODKOMORZYCH ŻMUDZKICH, taką chroniącą od burz, piorunów, nieszczęść; bowiem u dołu owego malowidła, znajdowała nakreślona ramka, w której na szaro-szmaragdowym tle, owe ciemne żywioły jawiły się w formie jakieś niewyobrażalnej gmatwaniny nadprzyrodzonych mocy, której chyba żadna ludzka istota nie była w stanie rozwikłać. Trzymała je jednakże na uwięzi SYBERYJSKA MADONNA wpisana w egzotyczną urodę ESKIMOSKI.

     Do owego rozeźlonego gmachu z porażającym napisem: SĄD OKRĘGOWY było już niedaleko; mięła przecież pruskie czasy pamiętający budynek policji i PANI EGUCKA - nie bez uczucia ulgi w trochę zbyt wolno bijącym sercu sportowca - pomyślała, że być może w tak ponurym gmachu dozna nieco ochłody.
   Być może… no, bo nigdy w takich ponurych gmachach nie przebywała - to nie były miejsca w których POWINNA przebywać PANI EGUCKA. Naturalnym środowiskiem PANI EGUCKIEJ zawsze  bywały parki, pałace, szkoły, biblioteki, uczelnie, pracownie malarzy, gabinety pisarzy: miejsca, w których wolny DUCH wzlatuje na skrzydłach PEGAZA, nie miejsca które przymuszają do trwożnego zagubienia się w gmatwaninie - niepojętych dla NORMALNEGO, a więc obdarzonego inteligencją człowieka - sformułowań paragrafów sadowych.
   Tak, to również TA GMATWANINA ZŁYCH MOCY ujawniona oto na IKONIE ! - pomyślała PANI EGUCKA, dodając w myśli: - Bo sądownictwo - to współczesne też - jawi się nam oto jako wiedza tajemna dawnych alchemików, która potrafi góry papieru, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zamieniać w ZŁOTO ! - uśmiechnęła się blado do swych myśli PANI EGUCKA. Do tego wiedza ta, ma absolutną władzę nad poczciwym człowiekiem, który niebacznie się w nią wplącze.
   W sądzie - opowiadano to PANI EGUCKIEJ jeszcze w akademiku, kiedy pomieszkiwała w jednym pokoju z adeptkami owej WIEDZY TAJEMNEJ - jak w wojsku: - WSTAŃ - USIĄDŹ - PODEJDŹ - MÓW - NIE MÓW - NIE PRÓBUJ WYPOWIADAĆ OPINII choć jesteś znawcą przedmiotu, bo nie jesteś BIEGŁYM - suto przez poczciwca opłacanym, bo tylko on ma prawo opiniować w jakimś niepojętym TRYBIE !? WZORCU postępowania ? Każda sprawa przecież inna, więc o jakim ALGORYTMIE tu mówić ? O przepisie na ciasteczka ? Każde przecież z innej mąki ! - denerwowała się w duchu PANI EGUCKA, całkiem rozgorączkowana potwornym upałem.
   – A jeśli się ktoś zbuntuje przeciwko owemu trybowi ? Upokarzającemu dyktatem ? Ach tak… - przypomniała sobie - to usłyszy: PROSZĘ WYJŚĆ ! Proszę opuścić salę rozpraw ! - tak głosiły owe adeptki prawa, zacierając ręce. Nawet trenowały to na PANI EGUCKIEJ w akademiku, gdy chciały BALANGOWAĆ.
   Tak… - śmiały się - będziesz musiała całe lata tkwić w owych trybach, dopóki MY - znakomite, a więc BARDZO DOBRZE przez ciebie opłacone mecenaski łaskawie cię z nich wyrwiemy - chichotały. - Albo i nie ! - dopowiadały złośliwie.
   – Nawet twoje analizy chemiczne cię nie uratują, bo nie jesteś biegłą SĄDOWĄ ! - mawiały, śpiesznie malując paznokcie, bo MECENASKI muszą być zawsze na wysoki połysk - już samym wyglądem muszą porażać przeciwnika.
   – Jeśli wyrwiesz się z TRYBÓW, to i tak będziesz poharatana, odarta z dóbr materialnych, a czasami i moralnych ! - poczujesz się jak po bardzo ciężkiej chorobie ! - głosiły, podkreślając w jakimś kodeksie, kolejne paragrafy, mające - być może - pogrążyć PANIĄ EGUCKĄ, bo… - wszystko przed tobą - mawiały.
   – Nigdy nie przepuszczałam, że wpadnę w tak poważną chorobę; i to w drugiej połowie mojego życia - rozważała PANI EGUCKA. - Dobrze mi się było śmiać, kiedy w hamaku rozwieszonym pośród drzew parku pana von Hoff czytywałam sądowe perypetie pana PICKWICKA ! Może teraz sama znajdę się w wiezieniu za wyimaginowane długi… niestety - jest gorzej ! Teraz wszytko zabierze oszustka, jeśli nie wydobędę rodziny z TRYBÓW. Może jednak nie będzie tak źle, one mnie zawsze straszyły.
   – Sprawa sądowa dla uczciwego człowieka, to ciężka choroba, ale ja mam mocny organizm, pokonam
ją.  Z tym przekonaniem PANI EGUCKA wstąpiła w progi rozeźlonego gmaszyska.

     Gmach Sądu Okręgowego w Poznaniu był rozległy, ale mało dostojny, choć może przez ową pospolitość wnętrz jeszcze bardziej przygnębiający - bezosobowy.
   Wrażenia tego nie mogło złagodzić nawet nowoczesne patio - wręcz odwrotnie - jego obramowanie zbudowane z czarnych szklanych ścian lustrujących zimno i bezwzględnie sylwetki wchodzących, jak i cmentarne bluszcze pesymistycznie urągające wszelkiej nadziei rozłożone na gazonie - natychmiast przywodziły na pamięć słowa, które PANI EGUCKA po raz pierwszy usłyszała na pogrzebie swego ojca: PROCHEM JESTEŚ I W PROCH SIĘ OBRÓCISZ…
   – Ech - pomyślała PANI EGUCKA - przecież tam dalej jest: A JA CIĘ WSKRZESZĘ… i co ? - myślała gorączkowo… - i będziesz żył WIECZNIE! Sama to słyszała, kiedy miała pięć lat.
   – Nie tylko wiecznie, także w historii. Zachowały się bowiem w księgach sądowych wzmianki o Szlacheckich - zawsze występujących tam jako poszkodowanych w sprawie. Już w siedemnastym wieku praprapraSzlachecki - Łukasz - przetrwał w dokumentacji sądów grodzkich;  prowadził tam sprawę przekazywania chłopów pańszczyźnianych innym właścicielom ziemskim. PANI EGUCKA czytała ten tekst: otóż Łukasz Szlachecki dwukrotnie cofnął sprzedaż poddanych, gdyż nie otrzymał wynagrodzenia ! No cóż - rozważała PANI EGUCKA - historia się lubi powtarzać: co prawda Szlachecki z dwudziestego pierwszego wieku nie handlował już ludźmi, ale też nie otrzymał wynagrodzenia. Piramidalnego ! Za piec Wiessmana zamontowany w kotłowni pewnej oszustki - intrygantki oraz za dostarczone do jej wielopiętrowego domostwa, opatentowane i produkowane przez Szlacheckiego - juniora ekskluzywne grzejniki miedziano - aluminiowe.
   No i oczywiście za owo kompleksowe wykonawstwo ! Cóż za paradoks ! - oburzała się w duchu PANI EGUCKA - ten poszkodowany Szlachecki ma być teraz sądzony, bo zuchwała oszustka występuje w sprawie jako POWÓDKA ! Jej kłamliwe oskarżenie ma dowieść, że ów piec był wadliwie dobrany, instalacja niefachowo - takoż wadliwie wykonana i chyba z tysiąc różnych innych cynicznych kłamstw, wypisywanych w upiornych listach procesowych, które w ogromnych szarych kopertach kancelarii BRACI ROJEK spływały na biurko Szlacheckiego - juniora, podczas czytania których wprost włos się jeżył na głowie, a ich przeczące wszelkim zasadom techniki argumenty wprawiały w osłupienie. Cóż - KAŻDY OSIOŁ LUBI SŁUCHAĆ SWEGO RYKU - ale taki ryk bywa groźny.
   No cóż ! Tacy zuchwali oszuści przenoszą się chyba genetycznie z pokolenia na pokolenie. Cóż wyczyniali ci, za czasów Łukasza praprapraSzlacheckiego ?!   
   Tak. Łukasz też nie otrzymał wynagrodzenia: dał niejakim małżonkom Bartoszewskim dziewczynę ANASTAZJĘ, w zamian za co Bartoszewscy zobowiązali się skwitować go z dwóch sum które był im winien - 375 i 180 złp. Bartoszewscy jednak dziewczynę zabrawszy, pokwitowania takiego odmówili i dopuścili się dalszych czynów na niekorzyść Szlacheckiego. A mianowicie drugą dziewczynę - Mariannę, daną Bartoszewskiej ’’do wiernych rąk’’- a więc w rodzaj zastawu - dobrze ubraną i w sztukach wyuczoną, bez wiedzy Szlacheckiego wydali za mąż za swego poddanego. Nadto przywłaszczyli sobie siostrę Marianny - Katarzynę i matkę ich obu - Agnieszkę.  Szlachecki podniósł tu zarzut ex nullo dato et accepto, czyli transakcji bezgotówkowej.
   W związku z powyższym zażądał w sądzie unieważnienia donacji Anastazji, ponieważ w dalszym ciągu miał dług u Bartoszewskiego oraz o zwrot Marianny, która dana była tylko w zastaw.
   W drugim wypadku chodziło o zbiegłego z Lutyni do wsi Kozubca w powiecie wrzesińskim - wsi należącej do kasztelana poznańskiego Władysława Radomickiego - poddanego Piotra z żoną i dziećmi, i sprzętem domowym. Szlachecki dał zbiega Radomickiemu, który zobowiązał się słowem senatorskim i szlacheckim wynagrodzić go za to. Gdy wielokrotnie upomniany nie wywiązał się z obietnic, Szlachecki skierował sprawę na drogę sądową.
   Senator nie senator, kasztelan nie kasztelan - sądy szlacheckie były - no bo szlachcica tylko szlachcic prawo miał sądzić - Szlachecki sprawy wygrał !  
   – Teraz sądy są demokratyczne i zapewne nie szlachcic będzie sądził Szlacheckiego - pomyślała PANI EGUCKA - ale roztropny sędzia o prawdziwie chłopskim rozumie, który już na pierwszej rozprawie rozpozna krzywdę Szlacheckiego - juniora i po krzyku ! - ucieszyła się PANI EGUCKA.
   – Tak, chyba najlepszy będzie sędzia z chłopskim rozumem - ojciec zawsze cenił sobie chłopów za ich bystrość w sprawach dnia codziennego.
   Czym się tu zamartwiać ? Szlacheccy zawsze sprawiedliwi byli, a Stasia mawiała: - Błogosławieni sprawiedliwi, bo oni sprawiedliwości dostąpią. Myśl ta napełniła PANIĄ EGUCKĄ otuchą. Raz jeszcze rozejrzała się po otoczeniu sądowym: - BIAŁA BUDKA – grobowiec panów  von Hoff – ot, co ! powiedziała pogardliwie - zawsze radziłam sobie z zakusami BIAŁEJ BUDKI - już w latach czterdziestych minionego wieku, choć byłam wówczas małą dziewczynką.
   Teraz mamy rok dwutysięczny - początek dwudziestego pierwszego wieku - nadal jestem PANIĄ EGUCKĄ nadal mam TRZECIE OKO. Bez paniki - uspokajała samą siebie, a jej mocne serce nadal biło wolno - serce piechura, sportowca. Jedynie żyłki na powierzchni dłoni jeszcze bardziej zbłękitniały i bardziej uwypukliły, jak na rzeźbach dłoni Wita Stwosza.
   Ten rok DWUTYSIĘCZNY ! Zawsze ekscytował PANIĄ EGUCKĄ: zastanawiała się, jaki będzie wówczas CZŁOWIEK ? Czy lepszy - bo pamiętający czasy okrucieństw dwóch wojen dwudziestego wieku ? Tymczasem nic ciekawego w psychice ludzkiej się nie zdarzyło, a może nawet ludzkie czyny jeszcze bardziej zbrzydły ? HOMO HOMINI LUPUS ! zamiast - HOMO HOMINI AMIGO.
   Więcej uwagi, ba ! Nawet miłości kieruje się ku zwierzętom, aniżeli ludziom - rozważała PANI EGUCKA - zwłaszcza w całkowitej pogardzie jest człowiek stary ? O, nie. Już nawet starszy - ktoś u kogo białko zmieniło się z zolu z żel i nie jest SEKSOWNY !
   Wpada do czarnej dziury społecznego niebytu. Brak znamion SEKSOWNOŚCI - to śmierć cywilna dla współczesnego człowieka, więc: jak się tu stać ANIOŁEM ? Przecież one też - jak ludzie starzy - SEKSEM się nie parają. Hulaj duszo ! Piekła nie ma ? Laserem po oczach ? Ślepniemy ? Ta wyrafinowana obecnie miłość do zwierząt - określenie ich mianem: to jest CHŁOPIEC, to DZIEWCZYNKA - miast suczka, piesek- świadczy o tym, że człowiek tego zwierzaka zaczyna poszukiwać w samym w sobie - upada.
   Zamiast HOMO HOMINI AMIGO jest jak u Brigide Bardot HOMO LUPUS AMIGO.
   Stasia zawsze mawiała, że kto z kim przestaje, takim się staje: człowiek - przyjaciel wilka - sam się w tego wilka przemienia ! A czasem nawet - jak ta oto POWÓDKA, Stasinym językiem zwana ISTNĄ KANT, wspomagana przez kancelarię BRACI ROJEK - w WILKOŁAKA.
   Tak - ekscytowała się PANI EGUCKA - to w tym kierunku zmierza świat !
Uporządkujemy nasze rozważania:
                              
                                     CZŁOWIEK CZŁOWIEKOWI PRZYJACIELEM
                                     CZŁOWIEK CZŁOWIEKOWI WILKIEM
                                     CZŁOWIEK WILKOWI PRZYJACIELEM
                                     CZŁOWIEK WILKOŁAKIEM !!!

   – Znowu coś odkryłam. Niestety - złowrogiego. Nadzieja tylko w tym, że moim zdaniem, co drugie pokolenie jest lepsze - dlatego ŚWIAT nie ginie. Sinusoida. Teraz mamy dołek. Teraz TRADYCJA, PRZYZWOITOŚĆ, DOBRE MANIERY - czy tego potrzebują lub to pojmują WILKI, a tym bardziej WILKOŁAKI ? One pragną tylko MIĘCHA - jak mawiała Stasia - MIĘCHA - do rozszarpywania, KRWI - do popijania.
                                     ŻYJĄ TYLKO DZIĘKI ZBRODNIOM SWYM.
   Zaś PANI EGUCKA, która pragnie ową TRADYCJĘ, PRZYZWOITOŚĆ, DOBRE MANIERY kultywować dla następnych pokoleń, jest delikatnie mówiąc, uważana za fiksatkę.
   – No, nie taka ona FIKSATKA - przypomniała sobie z ulgą - jeżeli czytywani przez nią pisarze ostrzegają kraje cywilizowane przed ZMONGOLENIEM, czyli BYDLĄTKOWATOŚCIĄ skrajnie posuniętym lenistwem.
    W tym nowym wieku, który rozpoczął omierzanie swego czasu w dołku owej nie bez racji wymyślonej przez PANIĄ EGUCKA sinusoidy, te cechy zwyrodniałe skupiły się jak w soczewce w niby żartobliwym, ale jakże groźnym haśle: - FURA - SKÓRA - KOMÓRA - a PANI EGUCKA dodała jeszcze od siebie:
                                                                      PAZURY !
   Tak. PAZURY skrajnie rozleniwionego MONGOŁA wyciągnięte po cudzy dorobek, by trwać w owym ZMONGOLENIU, PAZURY - zaciśnięte pięści krzywdy wbijające się między oczy pracowicie budującego swój ŚWIAT z ufnością i poczciwością. Z takimi oto PAZURAMI MONGOŁÓW ma się oto zmierzyć – ona ! - PANI EGUCKA. PAZURY te STRASZNE są ! Jeśli coś tutaj wyszarpną z dorobku Szlacheckiego to pójdą na całość: będą dalsze procesy o odszkodowania, enigmatyczne straty owej firmy, nie mogącej we właściwym czasie rozpocząć w nowym budynku swej działalności. LAWINA strat ! Gra o miliony dla ISTNIEJ KANT. I w to wszystko wplątany Szlachecki - junior, jej nieszczęsny syn ! Prawdziwa bitwa po Grunwaldem - na śmierć i życie: życie Szlacheckiego - juniora, który już wpadł w ciężką depresje i już o nic w tej SPRAWIE walczyć i zabiegać nie potrafi. Ukrzywdzony taki ! No to teraz cała szlachta żmudzka w osobie PANI EGUCKA na odsiecz przybywa - przyjdzie jej samej majątek rodzinny z pazur współczesnego WILKOŁAKA wydrzeć ! Dokona tego ! - myśl ta do białości rozpaliła jej władze umysłowe, już i tak tym strasznym upałem podniecone !
   – KAMIEŃ FILOZOFICZNY KANCELARII BRACI ROJEK - mecenasów powódki w pył się rozpadnie !
- dodała triumfalnie. - NIKT go nie wskrzesi, bo wpadnie wraz hukiem swych kłamliwych tyrad w czarną dziurę niebytu: obróci się w PROCH !    
   W takim oto bojowym nastroju PANI EGUCKA pierwszy raz w życiu próg Sądu Okręgowego przekroczyła.

     Szła teraz wzdłuż zakurzonego, niskiego, męcząco długiego w ten upalny dzień, korytarza.
   Rozsiadły się tu po jednej stronie mechanizmy udręki ISTOT LUDZKICH - SALE ROZPRAW - ze szczelnie zamkniętymi drzwiami i złowieszczo wywołującymi delikwentów wokandami, po drugiej zaś drzwi były rozwarte, jak paszcze zwierzęce: z zębami laptopów, kserografów, telefonów, segregatorów kodeksów, spinaczy, taśm klejących, a może jeszcze z innymi akcesoriami potrzebnymi do ROZGRYZANIA wnętrz ISTOT LUDZKICH, by wyrwać z nich MIĘCHO FAKTÓW, bo kogóż by tutaj obchodziła owa ISTOTA - ów niestrawny SZKIELET , a przecież na owym szkielecie, wszystko się zasadza.

     Umeblowanie korytarza stanowiły twarde ławy z prostych desek; pod wpływem upału się rozeschły i teraz wydawały głuche jęki ilekroć ktoś na nich przesiadał, jakby tylko one - rozśpiewane ongiś drzewa - znały uczucie litości, dając utrudzonym chwilę wypoczynku.

     Z rozwartych paszcz, raz po raz, wyłaniały się czarno - białe roboty i w nerwowym pośpiesznym trudzie biegły z naręczami papierów lub laptopami w stronę MECHANIZMÓW UDRĘKI; czasami nawet popychały w ich stronę  ręczne wózki, zapełnione po brzegi papierzyskami - wszystko po to, by zamieniać je z ZŁOTO ? - zdumiewała się PANI EGUCKA.

     Korytarze sprawiały wrażenie PRZYCZAJONYCH, jedynie senny szmer maszynerii unosił się nad ich TRYBAMI, przekręcającymi metodycznie FAKTY tych, którzy się w nie wplątali. Spore ich grupy stały w nabożnym milczeniu, przeglądając akta swych spraw w nastroju pogrzebowym, a stojący u ich boku mecenasi przypominali w swych togach grabarzy, odprowadzających swych podopiecznych do grobów, wykopanych za pomocą owych enigmatycznych FAKTÓW.
   Naprzeciw takim FAKTOM, stukając obcasikami swych lakierowanych sandałków, zagłuszając tym stukotem szmery maszynerii sądowej, kroczyła PANI EGUCKA, nucąc - OD UROKU - jak w dzieciństwie:
                                                        
                                               LEWORĘCZNY NIE POKRAKA    
                                               WIE CO PEŁZA, WIE CO LATA
                                               CO KANTOWA UGOTUJE
                                               TEGO EGA NIE SPRÓBUJE.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora