Lidia Wąs - Elfriede

Bawią mnie „anonsy" książek Jelinek na ich obwolutach - polecam do samodzielnej kontemplacji. Ja przysłowiowymi własnymi słowami powiedziałabym, że to literatura pełna samotności, goryczy, zwalczających się zajadle płci, sterczących mimowolnie kutasów w brudnym seksie, który jest wymianą płynów fizjologicznych, zaspokajającą swędzenie między nogami, jak przy chorobie wenerycznej.
Jeśli to proza kobieca, jako kobieta czuję się bezustannie przez pisarkę osądzana, wypunktowywania  z wszelkiego złego, tkwiącego w moim rodzaju. Jednym z najcięższych grzechów głównych jest nasz rak niesamodzielności emocjonalnej. Definiujemy całe siebie poprzez innych, najczęściej przez obsługiwanego przez nas mężczyznę oraz roszczeniowo nastawione dzieci, a także obcych, którym w zjadliwych ocenach jesteśmy dokładnie obojętne, ale których opinie na nasz temat dokładnie obojętne nam nie są.  Natomiast w obliczu uczuciowych niepowodzeń, w których na trwały sukces według spojrzenia autorki, szanse są znikome, stajemy się silnie auto- i destrukcyjne.
Kobieta sprowadzona do poziomu okrwawionego mięsa, ale uprzedmiotowiona w ten sposób – przez samą siebie. Mężczyzna jawi się niemal jako ofiara żeńskiej harpii, która dopuści się wszystkiego, byle zaspokoić głód potrzeby bycia kochaną, przy czym obiekt afektu jest jak transparentny manekin, organiczny egzemplarz  w każdej chwili dający się wymienić, z którym problem polega na tym, że zamiennika brak, a uściślając - on sam też nas nie chce. Wrodzony męski egoizm stawia go    w pozycji uprzywilejowanej i nad nami nadrzędnej. Co nie znaczy, że szczęśliwszej. Nie ma faceta, którego nie da się przelecieć; przy posiadaniu odpowiedniej metryki i ‘walorów estetycznych’ to jedynie kwestia strategicznego podejścia do tematu. Najczęściej przełamania u samca lęku, co się stanie - oczywiście z nim, ponieważ nikt inny poza nim samym go nie obchodzi - jeśli się wyda; co straci, jeśli czymkolwiek ryzykuje i co za tym idzie zrobi, żeby choć na parę minut zabić jego narastające z każdym rokiem poczucie wegetacji. Świat Jelinek jest pełen zgorzkniałych, kończących się ludzi, zaś młodzi skazani są  na tą samą porażkę, gdy tylko wyrosną im brzuchy, obwisną piersi i pomarszczą twarze, o czym może jeszcze nie wiedzą, ale co już doskonale przeczuwają. Rządzi zasada zwierzęcego doboru naturalnego, eliminującego słabych i starych. Poddawane w wątpliwość istnienie uczuć wyższych w ogóle. Nie ma bohaterów, są tylko antybohaterowie. Jest wszechobecna beznadzieja, choć myśli kobiet pełne są nadziei, że uda się jeszcze złapać faceta na stałe, dusząc go ogromem swojej miłości. Głównie do siebie. Bo tak naprawdę kochać nie potrafią, a pożądany mężczyzna jest kolejnym przedmiotem w pudełku z biżuterią. Podczas gdy mężczyźni nawet nie ukrywają, że w przypadku kobiet  z okolic menopauzy chodzi im tylko o pieniądze, natomiast młode samice służą zaspokajaniu popędu.
Pisarka konstruuje narrację bardzo podstępnie. Zdania układa w gorączkowy potok myśli, wyrzucanych jakby na bezdechu, w efekcie czego czytelnik nieprzerwanie dostaje mentalnymi seriami z karabinu; lecz kule z liter są tylko następnym zimnym przedmiotem i mimo, że postaci często mówią o swoich uczuciach, myślą (wyłącznie) własnymi uczuciami, odnosi się wrażenie wysłuchiwania bezdusznego obserwatora w środku nich, gdzie już od dawna są trupami.
Literatura Elfriede Jelinek, laureatki Literackiej Nagrody Nobla, jak sądzę jest dla niewielu, i bardzo dobrze, bo książki nigdy nie były dla wszystkich; to twój problem, do których z nich dorastasz. Dlatego pozostaję pod tym większym wrażeniem reżyserki Mai Kleczewskiej, która z sadystyczną łatwością przenosła Jelinek na deski Teatru Polskiego w Bydgoszczy. Deski zalane wodą, ponieważ gdy podnosi się kurtyna w spektaklu pod wiele mówiącym tytułem: „Babilon", niczym w Styksie brodzą w niej  postaci dramatu, kołyszące się bezrozumnie jak pacjenci szpitala psychiatrycznego, pod ogromnym, przytłaczającym, betonowym murem nie do pokonania.
Potem jest tylko ciężej.
Lidia Wąs

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież