Janina Barbara Sokołowska - Realność i romantyczność

Długo by opowiadać panie Nietzsche dlaczego jestem tutaj, w tym żółtym, zimnym pokoju, który teraz należy tylko do mnie. W zasadzie pensjonat jest nieczynny, grasują tu tylko szczury, dużo szczurów. Jest woda, oczywiście, lecz chwilowo zamarzła. W tej sytuacji muszę sobie jakoś radzić. Jest też jakieś płótno, jednak zbyt cienkie i daje mało ciepła, więc nie mogę się z Panem podzielić. Najgorsza jest ta przejmująca wilgoć, która włazi w każdą szparę i ziębi do samych kości. Za to widok na ośnieżone szwajcarskie ogrody jest niepowtarzalny.
Gówno prawda, panie Nietzsche, nigdy nie chciałem się z nikim związać. To by mnie rozpraszało, przeszkadzało w skupianiu myśli, zniewalało mój umysł. Zgoda, czasem piję z samego rana, sam i na czczo, potrzebuję tego żeby nie zamarznąć w tej norze. Napije się Pan? To stara porcelana bawarska. Towarzyszyła mi przez wszystkie lata tułaczki, to znaczy odkąd opuściłem katedrę i pozbyłem wszystkiego co mnie trzymało w miejscu, usidlało. Teraz została już tylko jedna filiżanka, więc muszę uważać, żeby jej nie stłuc. Powinienem wpierw umyć, ale sam Pan widzi jakie tutaj panują warunki, nie do pozazdroszczenia. Proszę się nie wzdrygać jest trochę zabłocona.
Och, nic Pan nie rozumie. Jestem odcięty od świata, za oknem zima, więc siedzę i zapisuję te swoje myśli. Pana to dziwi? Zastanawia się jak śmiem nazywać je filozofią?! A siebie uważać za nadczłowieka? Wiem, wiem, ten mój obłęd! Muszę jednak oddzielić akty psychiczne i oddać się pojęciom obejmującym wszystko co istnieje, i co nie istnieje, bo nasze ziemskie prawdy, to doprawdy złudzenia! Zróbmy tak: ja napiszę jakieś arcydzieło, a Pan zostawi mnie w spokoju i pozwoli spokojnie umrzeć. Nie? Woli Pan zostać? Jak Pan chce, ale proszę pamiętać, że wyłączyli światło, nie działa ogrzewanie, w ogóle nic tutaj nie działa. Tak naprawdę, to zupełnie opuszczony pensjonat, zamknięty od lat. Widzę, że odstrasza Pana mój wygląd? Wiem, wiem, myślał Pan zastać mnie wyelegantowanego, bez tej długiej brody i zapewne w białych rękawiczkach. Nie dbam o szczegóły i nie obchodzi mnie, co Pan o mnie pomyślał. Mogę zrozumieć, że jest Pan trochę rozczarowany moim wyglądem i całą tą przygnębiającą scenerią. Schudłem, czy jak kto woli – trochę opadłem z ciała. W każdym razie mam dużo czasu na myślenie, którego kiedyś tak bardzo mi brakowało. Swoją drogą,  to bardzo dziwne panie Nietzsche, że muszę wciąż z Panem rozmawiać, jakbym był obłąkany. Ale przecież muszę z kimś rozmawiać, został mi tylko Pan. Rozważam te swoje teorie, zapisuję po sto razy dziennie i na tym upływa mi czas, którego – jak już powiedziałem – mam teraz bardzo dużo. Szkoda tylko, że tak tutaj zimno. Czasem muszę się napić czegoś mocniejszego na rozgrzewkę, a także dlatego, żeby nie myśleć o przetłuszczonych włosach i szarych plamkach łupieżu, tego cholernego proszku, którego trudno się pozbyć. Myśli Pan, że mnie to nie krępuje? Że chciałbym tak wyglądać? Pana zdrowie!
A kysz! Nie, to nie do Pana, panie Nietzsche. Te małe bestie chciałyby zrobić sobie ucztę. Dzisiaj i tak są spokojne. Czasem dużo bardziej wariują, biegają jak oszalałe po pokoju, jakby mnie tutaj nie było, jakby mnie nie zauważały. Ale co ja tak o tych szczurach? Wracając do tematu, podejrzewam, że chciałby Pan mnie na czymś zagiąć. Zaznaczam, że to się nie uda. No, więc o co Panu głównie chodzi, tak naprawdę? Czy interesuje Pana co ja myślę o tym wszystkim? Czy mój ogląd realnego świata jest uzasadniony? Czy świat jest chory? Pieprzony romantyzm! Potem będzie Pan rozpowiadał, że jakiś filozof namieszał Panu w głowie. Ale jeśli się Pan upiera i chce usłyszeć co o tym wszystkim myślę, to powiem krótko: życie nie jest argumentem. Ważne są ostateczne prawdy, czyli to, czego ono od nas wymaga, w jaki sposób i za pomocą jakich wybiegów trzeba je nagiąć do swoich potrzeb. Cała nasza prawda o rzeczywistości jest tylko fałszem, naszym wytworem, z którym się zżywamy i potem sami zaczynamy w nią wierzyć. Dlatego musimy tę prawdę podporządkować własnemu życiu, gdyż ma ona służyć naszym celom. Tak, tak, prawda bezwzględna istnieje tylko w naszym umyśle panie Nietzsche! Ludzie stworzyli sobie taki świat, w którym mogą żyć mimo wszystko i niezależnie od błędów, których nie można wykluczyć. Ot, cała prawda.
Muszę się teraz napić, zaschło mi w gardle. O czym to ja mówiłem? Ach tak, że życie nie jest argumentem, a nasz umysł nie odtwarza wiernie rzeczywistości. Nie mam zaufania do faktów, gdyż to tylko wiedza zmysłowa, a nie obiektywna. Czysty obłęd!
O! Znów coś się poruszyło! Chętnie by mnie zjadły te przeklęte stworzenia, ale jestem na to dość żywy. Wierzy Pan? Wszystkie one mają imiona. Ten większy to Kant, a te mniejsze to: Parmenides, Leibniz, Kartezjusz, Platon. Uzupełniają się i kontrolują wzajem. Chodzą jeden za drugim, nie spuszczają z siebie oka. Nie pozostało mi nic innego, jak zaprzyjaźnić się z nimi. Już się ich nie boję, szczury jak szczury, każde stworzenie chce żyć i tyle. Na czym to ja skończyłem? Mniejsza z tym, przecież to tylko słowa, a na słowach nie można się opierać. Tak, tak, słowa to tylko nazwy, przenośnie, kolejne wpadki. Ludzie mogą nawet nie uświadamiać sobie tego, że padają ofiarą słów. I jak tu nie zwariować? Niczemu już nie można wierzyć, bo świat to jeden wielki śmietnik, który musimy porządkować, żeby jakoś się w nim urządzić w miarę wygodnie. Nawet nasze oceny co do wartości są subiektywne. Dlatego ludzi trzeba umieszczać poza dobrem i złem, a to oznacza, że nie są ani dobrzy, ani źli. Są sobą. Źle jest mówić o człowieku ogólnie, gdyż to deformuje każdy fakt, zmienia obraz, a czym bardziej ogólnie, tym bardziej fałszywie.
Widzi Pan? Kant podsłuchuje i gapi się prosto w moje oczy, a inni go naśladują, bo jest z nich największy. Przewodnik. Uważają mnie za intruza i zupełnie jakby zawładnęły tym skromnym pokojem, który przecież należy tylko do mnie. Dwa metry na dwa metry, to chyba dość skromnie, nie uważa Pan? W ciemności błyskają im ślepia jak świętojańskie robaczki. Przyzwyczaiłem się, bo w tej ciemności to jedyne światełka, jakie są, w których coś się tli, jakaś chęć do życia. Czasem rozmawiam z nimi, zwłaszcza kiedy czuję się bardzo samotny. Wybałuszają oczy, jakby coś z tego rozumiały, a ja udaję, że im wierzę, że one wierzą mnie. Więc zadręczam ich swoją filozofią, albo opowiadam przypowiastki z biblii, którą kiedyś przeczytałem od deski do deski. I wie Pan co? Wyciągają uszy i ani drgną, jakby były zahipnotyzowane. Kiedy skończę opowiadać strzygą wąsami i pokazują krzywe zęby.
Istotnie, urodziłem się Niemcem, ale moi przodkowie byli Polakami. Po nich zostało mi pragnienie analizowania wszystkiego, rozbierania na czynniki pierwsze, jakbym rozdzierał podeszwę buta, warstwa po warstwie. Wszystko zapisuję, ale teraz – jak Pan widzi – skończył się papier. A co do mojej bezdomności panie Nietzsche, to wcale nie narzekam. Takie życie mnie nie krępuje, nie ogranicza. Najgorsze są te bóle w głowie. Przychodzą nagle, wchodzą w łeb i chcą go rozsadzić. Nie będę jednak Pana absorbował rozmową na ten temat, jakoś sobie radzę. Poświęciłem się pracy pisarskiej, ale czasem myślę, że z tego powodu jestem coraz bardziej samotny. Ludziom trudno mnie zrozumieć. Siedzę tu i gadam ze szczurami, wmawiam sobie głupią indywidualność, że niby nie jestem osobą personalną, jak chciałby tego Royce czy Bowne. No, właśnie panie Nietzsche, skoro o nich mowa, to muszę przyznać, że nie jestem przekonany do teorii o duchu zawartym w duchu powszechnym. Zaraz to Panu wyjaśnię. Czy według Pana to jest rozumienie człowieka humanistyczne, aporetyczne, egzystencjalne? Czy człowieka da się ująć w system? Przecież oddanie się wspólnocie nie gwarantuje wolności jednostce, a takie teorie opierają się na przekonaniu, że Bóg stworzył świat. Wobec czego wspólnota przetwarza go dalej, podlegając zasadom moralnym i społecznym. Ale czy to jest prawda bezwzględna? Czy może być pojęciem filozoficznym absolut? Co więcej, nie można wszystkiego wiedzieć o tym, czego nikt nie widział. A skoro nie ma w tym temacie bezwzględnej wiedzy, to jest tylko przeczucie i wiara. Krótko mówiąc – przewidywanie. Taka doktryna odpowiada religii, a co za tym idzie określeniu zasad moralnych w rozumieniu – grzech i poczucie winy. A przecież człowiek ma skomplikowaną moralność, która go usprawiedliwia przed samym sobą. Jej ocena polega na tym, że dzieje się ona w okolicznościach, na które składają się różne potrzeby psychiczne, dane indywidualnie każdemu człowiekowi. Nagrodą dla niego jest wewnętrzne poczucie szczęścia, karą – złe samopoczucie, brak zadowolenia z siebie i wyrzuty sumienia. Zatem konieczna jest idea wolności moralnej, która wymyka się twardej lojalności wobec wspólnoty. W zasadzie, panie Nietzsche, moralność nie jest potrzebna do życia czy zdrowia. Nie może być powszechnie obowiązująca, systemowa. Każdy ma taką moralność, jaka odpowiada jego naturze, jaka jest mu potrzebna dla osiągnięcia swoich celów życiowych, jaka go przed nim samym chroni. Jest więc wewnętrznym odczuwaniem jakie człowiek nosi w sobie. Zatem rozumie się ją jako wewnętrzne zadowolenie i szczęście, ale od tego, aby się czuć szczęśliwym ważniejsze jest, aby przeżyć życie w pełni. Hmm, jak to Panu wytłumaczyć? Sprawa polega na tym, że nie można podporządkować swojego życia zasadom moralnym wspólnoty, stawiać żadnych wartości duchowych ponad życie. Ono jest pierwszą i najważniejszą wartością. Och, mam wielu przeciwników tej teorii! Proszę jednak zważyć, że „platonizm dla ludu" wykorzystało właśnie chrześcijaństwo.
Widział Pan?, To chyba Platon, tam, w rogu pod drewnianym łóżkiem, drapie teraz w wezgłowie. Denerwuje się kiedy się o nim mówi, porusza nawet wąsami. Niech się pan nie boi, panie Nietzsche, nie jest groźny. Wiem, wiem, najchętniej by się na mnie rzucił słysząc tę rozmowę z Panem, ale bez obaw, nie zrobi tego póki żyję. Trochę rozumiem jego zachowanie. Nie popiera ani jednej z moich zasad, nie zgadza się z moimi teoriami. Zapewniam Pana, że on nie ma racji, dając prymat duchowi. Za omyłkę uważam twierdzenie, że elementy duchowe są pierwotne i najważniejsze. A ja panie Nietzsche wiem co mówię. Jestem w ciemnym i wilgotnym miejscu, głuchym na wszystko, z którego nie ma wyjścia. Mogę zatem powiedzieć jedno – że największym ideałem, a także szczęściem jest życie. Z niego wywodzi się wszystko co jest wielkie i twórcze. Taak, drogi Panie, to przykre, że nie można go powtórzyć. Jednak – jak sam Pan widzi – to nie człowiek zmienia świat, nie człowiek go przekształca lecz ono obala wszystkie prawa, burzy harmonie, znosi ustalone przez człowieka granice. Modyfikuje ludzi, przystosowując do swoich wymagań. Nie odwrotnie panie Nietzsche, nie odwrotnie. Innej teorii nie ma.
Często prawda bywa bardzo przyziemna, jak choćby ta oto pusta butelka, która kiedyś musiała się skończyć. Bardzo mi przykro, ale na dnie nie została ani jedna kropla. Zastanawiające jest jednak, jak bardzo ta whisky nie jest potrzebna człowiekowi do życia czy zdrowia, zupełnie jak moralność. Ale póki się żyje, wykonuje się różne czynności – złe i dobre, a to oznacza, że życie składa się z błędów. Zatem człowiek uwielbia je robić, gdyż nie znosi schematów, nie poddaje się im. Opiera się zakazom, które go krępują i nakładają kajdany jego skomplikowanej naturze.
Chyba panie Nietzsche na dzisiaj wystarczy, trzeba iść spać. Skończyła się właśnie  butelka. Zwykle nie piję tak dużo, lecz tak tutaj zimno, że marzną nawet kości. Gdyby nie to, że nie mam w butach skarpetek, poszukałbym jakiegoś sklepu. Ale o tej porze jest już zamknięty. No i strasznie pada śnieg.


                                                                             

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież