Stefan Pastuszewski - Wypisy z Czechowa

„Wiśniowy sad" Antoniego Czechowa (1860-1904) jest kongenialnym traktatem nie tyle o przemijaniu, gdyż nie ma w nim śmierci, co o ustawicznym przekształcaniu się świata. Napisany został w epoce rosyjskiej transformacji, która rozpoczęła się w 1861 roku, traktowanym jako początek kapitalizmu w tym państwie, a skończyła się nagle w 1917 roku, sztucznie, bo rewolucyjnie wprowadzającym sprzeczny z ludzką naturą i naturalnymi prawami społecznymi, komunizm. To, że kapitalizm tam się spóźnił i nie rozładował narastających napięć późnofeudalnych, spowodowało – choć nie bez udziału zachodnioeuropejskich, w tym żydowskich mafii – krwawą październikową rewoltę. Pomimo reform Piotra I i Katarzyny II, Rosja za długo tkwiła w średniowiecznym gorsecie, co najbardziej było widoczne w obszarze mentalności i obyczajów.
Autor „Trzech sióstr" jakby przewidywał ów wybuch w rosyjskim kotle, o czym świadczy klasyczna już scena odległego głuchego pomruku, słabo jednak na deskach bydgoskiego teatru wyeksponowana.
Inscenizacja „Wiśniowego sadu" dokonana przez Pawła Łysaka, dyrektora Teatru Polskiego im. H. Konieczki w Bydgoszczy, jest drugą w dorobku tego twórcy. Pierwszą, jak zeznaje, zrealizował w 1997 roku w Lublinie, skupiając się na sylwetce Jermołaja Aleksiejewicza Łopachina, młodego kapitalisty, nuworysza, pochodzącego z warstwy chłopów pańszczyźnianych, który „próbuje nadać kształt temu światu i wziąć sprawy w swoje ręce (…). Próbuje się przebić przez te wszystkie sentymenty, rzeczy i sprawy, które obumarły. On próbuje ratować to wszystko, co wiąże się oczywiście z czynieniem krzywdy i decyzjami które są trudne".
Jak widać lubelska inscenizacja tknięta została skazą hic et nunc, wiążąc się z ówczesnym klimatem transformacji ustrojowej w Polsce, jakby ową transformację nawet wspierając. Widać za mało to było reżyserowi, widać dręczył się tą doraźnością, a kto wie czy nawet nie polityczną usługowością swego lubelskiego dzieła, bo po szesnastu latach dokonał jego weryfikacji.
Rewizja poszła w kierunku pytań: Czy rzeczywiście doraźne sukcesy budują przyszłość? Czy sensu świata nie buduje jednak myślenie wyrwane z doraźności?
Odpowiedź na nie reżyser, za dramatopisarzem oczywiście, włożył w usta szlachecko-ziemiańskich utracjuszy, którzy „przechowują piękne przeżycia, wizje, czy trwałe poczucie sensu istnienia". Żyją jednak jakby w wieży z kości słoniowej, nie zdając sobie sprawy, że ich piękny świat stoi na fundamencie krzywdy. Wieczny student Pietia nie darmo im wypomina, że „z każdej gałązki i każdej wiśni w sadzie widać cierpiących ludzi, których praca została włożona w utrzymanie tego sadu".
Współwłaściciel sadu Leonid Andriejewicz Gajew rozczula się nad 100-letnim sekretarzykiem, dostrzegając w nim pewną stałość. Przedmiot ów, paralelny do starego biurka domu reżysera, staje się symbolem nieprzemijających wartości, jakby niezniszczalnego piękna życia, człowieka, kultury. Równolegle z teatrem Czechowa rozwija się więc, ale też z nim zazębia, teatr Łysaka. Ten, do którego już przywykliśmy, pełen skoków i podskoków, salt, przewrotek, bieganiny po wyżkach, gwałtownych zapaści (efektowne tąpnięcie z sceny, lubującego się w takich niespodziankach, Michała Czachora), sztuczek bez mała cyrkowych, tudzież namolnego obnażania się. Do tego dochodzą piosenki, jak w tym przypadku nostalgiczno-optymistyczna Ireny Santor o wiśniowym sadzie. Nie przypadkiem poszczególne sceny spina, ubrana w kostium sztukmistrzyni cyrkowej, Szarlota Iwanowna (Magdalena Łaska). Zatrudniono nawet Nikodema Kurzawę jako konsultanta iluzjonistycznego.
P. Łysak, zafascynowany średniowiecznym teatrem ulicznym, konsekwentnie, nawet w sztukach przez siebie nie reżyserowanych, wprowadza na bydgoską scenę mieszankę ludyczną, „dla rozbawienia zasępionego widza", jak to się w średniowiecznych kręgach artystycznych się mówiło. Nic też dziwnego, że wytrenowana już w tym publiczność, w której dominują licealiści, poszczególne gagi kwituje wybuchami śmiechu, co zazwyczaj nie przeszkadza toczyć się głównemu nurtowi dramatycznej rzeki, ale za to świeżego widza co nieco zaskakuje. Przypomina mu brutalnie, że to tylko teatr.
Teatr Łysaka staje więc w kontrze do teatru Stanisławskiego, w którym scena i aktorzy mieli jak najbardziej zbliżyć się do prawdziwego życia. Oczywiście, że jest to z gruntu niemożliwe, więc – o paradoksie! – bliższym Prawdzie jest teatr Łysaka. Także Prawdzie Dzisiejszej, gdzie za sprawą wpisania w krwiste życie życia wirtualnego, począwszy od papierowych walorów bankowych, poprzez internetowe randki, na bitwach komputerowych skończywszy, często nie wiemy, gdzie się znajdujemy i kim jesteśmy. Przesłanie takie najpełniej stało się widoczne w sztuce Mateusza Pakuły i Weroniki Szczawińskiej „Źle ma się kraj".
Drugą cechą charakterystyczną teatru Łysaka jest danie znacznej swobody aktorom. – „Dużo zależy od nich, od ich osobowości, bo praca sprowadzona jest do szczegółów, drobnych rzeczy, relacji" – mówi. Nic też dziwnego, że aktorzy fascynują się swoimi rolami, a nawet bawią się nimi, co tak zaskakiwało widzów w tak poważnym dramacie jak „Popiełuszko".
Sztuka A. Czechowa znakomicie nadaje się do tego typu teatru, bowiem oprócz ukazania dramatu określonej formacji społecznej i Rosji jako takiej, mamy w niej do czynienia z mozaiką indywidualnych dramatów. Nawet odnoszący sukces J.A. Łopachin, grany trochę nieprzekonywującego przez Piotra Stramowskiego, nie do końca wie czy dobrze zrobił, kupując na licytacji wiśniowy sad, a równocześnie zdaje sobie sprawę, że w wygnanej z dworu rodzinie znajduje się przypisana mu Waria. Właśnie jej osobisty dramat, neurotyczne oczekiwanie na miłość, a równocześnie dramat ewangelicznej Marty, której przyszło w odróżnieniu od jej bujającej w Paryżach siostry Ani (Julia Wyszyńska) spełniać szarą rolę ochmistrzyni, zwrócił moją szczególną uwagę. I to, zarówno mechaniczne, z przyzwyczajenia, sprzątanie dworu, który należy zaraz opuścić, jak i rozpaczliwa próba zaznania miłości w ostatniej chwili przez odjazdem pociągu. Ta scena z obnażaniem piersi, a kobiety od czasu do czasu lubią się tak właściwie obnażać, choć tkwi w konwencji brutalizmu teatralnego, w której od lat tkwi też teatr Łysaka, to jednak ma w sobie niesamowity ładunek dramatyzmu. Grającej gościnnie Joannie Droździe nie przyszło to łatwo, bowiem koszulka była za ciasna, ale może właściwie dzięki temu dramatyzm ów osiągnął szczyty. Zupełnie inaczej, bardziej wyszukanie i…cyrkowo wypadła z kolei scena oczekiwania na stosunek Ani (Julia Wyszyńska). Zresztą obie siostry świetnie się ze sobą skontrastowały, jako że ich doświadczenia życiowe, a tym samym sylwetki psychiczne, co u kobiet jest zazwyczaj prostą zależnością, były bardzo różne.
Dramat spętania się intelektualizmem przeżywa Pietr Siergiejewicz Trofimow, wieczny student, grany koncertowo – jak zwykle zresztą – przez Michała Czachora. Tembr głosu jakby „russkogo oficera niemnożko pijanogo", myśl skupiona na odległych krainach wielkich idei („nie interesuje mnie coś tak pospolitego jak miłość"), kwestie nasycone typowym dla rosyjskiej XIX-wiecznej inteligencji łzawym nihilizmem. No i ten rozchełstany studencki uniform…
Wspólny dramat utraty ojcowizny i…młodości związanej z wiśniowym sadem przeżywa z kolei rodzeństwo Leonid Andriejewicz Gajew (Michał Jarmicki) i Lubow Andriejewna Raniewska (Anita Sokołowska), lecz każde na swój sposób, usiłuje doszukać się w tym traumatycznym fakcie jakiegoś filozoficznego sensu. Lubow trzepocze niczym przyszpilona ćma do tablicy entomologa. Seksowna bez wątpienia, wciąż szukająca miłości. (Notabene aż cztery postaci na bydgoskiej scenie traktują miłość cielesną jako lekarstwo na stres; nowoczesne to, no nie?) Dramat utraty ojcowizny splata się z osobistym dramatem utraty konkubenta, który na dodatek ją okradł. Lubow skłania się jednak do niego niczym ćma lecąca do ognia, ale w swym neurotycznym trzepocie starzejącej się piękności szuka też przygód, choćby z Pietią, którego idealizm nie pozwala jednak pospolitować się nawet z taką damą. Wydaje się, że takie przeakcentowanie tej roli i ustawienie w niej młodej Anity Sokołowskiej nie było zbyt szczęśliwe, gdyż ona jako Matka zachowuje się równie trzpiotliwie jak jej córki, a szczególnie Ania. Niemniej aktorka ta stworzyła bardzo interesującą kreację, choć odległą od literackiego pierwowzoru.
Nie ulega wątpliwości, że bydgoskie wystawienie Wiśniowego sadu to – z racji rozciągłości tego dramatu – tylko zindywidualizowane wypisy z niego. P. Łysak, znając niecierpliwość współczesnego widza, wybrał tylko to, co istotne i efektowne zarazem. Pozwolił też aktorom osobiście podejść do swych ról, co nadało sztuce dodatkowej siły emocjonalnej. Najważniejsze, że nie zgubiono sensu dramatu, choć przy nienajlepszej artykulacji niektórych występujących (Anita Sokołowska, Joanna Drozda) widzowie z drugiej części teatralnej sali czasem nie wiedzieli o co chodzi. Niemniej można mówić o sukcesie artystycznym i to na bardzo szeroką skale. Trudno bowiem wybitnej klasyce nadać własny rys, a na dodatek wystawić ja we własnym teatrze, jaki konsekwentnie udało się w Bydgoszczy zbudować Pawłowi Łysakowi. Szkoda tylko, że teatr ten nie szanuje dobrych reguł aktorskiego warsztatu (poważna kreacja roli, dykcja, wystudiowana mimika).


Antoni Czechow, Wiśniowy sad, reżyseria Paweł Łysak, scenografia Barbara Hanicka, Teatr Polski im. H. Konieczki w Bydgoszczy, premiera 2 lutego 2013 roku.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora