Piotr Marek Stański - „Spod znaku mądrej Kaliope i bożka Pana…"

Dziesiąty tomik poetycki Arnolda Samsonowicza „Modra Kaliope" rozpięty jest pomiędzy dwoma biegunami. Pierwszy, związany jest z kręgiem apollińsko-olimpijskim, któremu patronują mistrzowie poety: śląska poetka Anna Wernerowa i skamandryta Jarosław Iwaszkiewicz. Drugim jest krąg dionizyjsko-sowizdrzalski z Panem i faunami z orszaku Bachusa. Do niego należy też zamykający zbiór wiersz o nastolatku, wskutek wypadku drogowego przykutym do łóżka – „Przy przyjacielu Zbyszku". A jego jądro stanowią niewątpliwie hauptmanniana, poświęcone pochodzącym ze Szczawna Zdroju (wówczas Ober Salzbrunn) pisarzom: Gerhartowi oraz Carlowi, później zamieszkałym w Jagniątkowie (wtedy Agnetendorf) i w Szklarskiej Porębie.
    Szkoda jednak, iż poszczególne cykle wierszy: wernerowski,  hauptmannowski i beskidzki, nie zostały wyodrębnione w formie oddzielnych rozdziałów, a tak tworzą one swoiste silva rerum, czyli las rzeczy, w którym można się do pewnego stopnia zagubić. Skądinąd motyw lasu wielokrotnie powraca w wierszach tego poety, poczynając od otwierającego tomik, a ujętego w formę skierowanej doń ody - „Annie Wernerowej. Taki Boże Las"- a następnie głównie pod postacią karkonoskich regli i składającego się na nie drzewostanu: świerków i jodeł, przy czym niekiedy krew jednych krąży w drugich. Ale także lasu, do którego chroni się zbaczający z europejskich autostrad nowoczesny człowiek Zachodu, potomek Wikingów, lasu, o który toczy się jednocześnie „piracka na morzu bitwa", a którego jednym z patronów okazuje się Budda. Arboretum Samsonowicza uzupełniają ponadto: dąb, buk, sosna a. pinia.
    Prawdziwym jego żywiołem są góry: Karkonosze oraz Beskidy, przy czym tytuł „ogrodniczki" tych ostatnich przyznaje Annie Wernerowej. Zarazem stara się ustanowić legendę Beskidu Wyspowego poprzez uznanie nazw jego szczytów za eponimiczne, czyli pochodzące od imion rzekomo kiedyś istniejących, fikcyjnych herosów: Szczebla, Ćwilina i Lubonia, na których pomstują teraz diabły. Przywołuje tez Rübezahla, ducha Riesengebirge, czyli karkonoskiego Liczyrzepę, na przewodników po jego krainie powołując z kolei wspomnianych braci Hauptmannów. Tym razem w górskim bestiarium Samsonowicza „cień babiogórskiego niedźwiedzia" pozostaje równie nieuchwytny co himalajski „yeti górnego regla", ale za to można już spotkać „na krajach zachodzącego rogacza granicznego".
    Podmiot liryczny tych wierszy przybiera postać „podróżnika" („Aus meinem Tagebuch"), gościa (krakowskiego), jednego z poddanych Lasu („Annie Wernerowej…", przybywających z Nizin i Gór („Podzwonne „Siemianówki"), „tragarza miłości w alpejskim guście" („Agnetendorf mon amour"), którego atrybutem jest peleryna, (zwłaszcza żółta), a który pojawia się w Sandomierzu, Karkonoszach, czy willi „Wiesenstein", należącej niegdyś do Gerharta Hauptmanna, a na której straży czai się śnieżna pantera.
    Dziesiąty zbiór wierszy to okazja do podsumowań. Nic dziwnego zatem, że zbiegają się w nim wątki i motywy, znane z poprzednich tomików tego twórcy: zakopiańska willa, od nazwiska jej właścicielki nazwana Siemianówką („Spektakl poetycki", „Piąte żebro Abwera, Asaela i Isboseta"), papież Jan XXIII („Ilsy"), przywołany poprzez francuskie brzmienie tytułu jego encykliki „Pacem in terris", Dania, tym razem upostaciowana w młodzianie Jacobie, „upiorze Karen Blixen"  („Duńczycy"), Sandomierz („Ósme stanowisko"). W swoich wierszach duże znaczenie przywiązuje do konkretności miejsca, nieraz bardzo dokładnie określanego: np. „Na cmentarzu świętego Jana w Kazimierzu Dolnym" („Kasztany Kuncewiczów"). Stąd też opatrywanie wierszy drobiazgowymi przypisami, choć można mieć redakcyjną pretensję o powtarzanie w nich niekiedy tej samej treści.
    Istotną rolę w jego poezji odgrywa motyw niszczycielskiego upływu czasu, któremu przeciwstawić się można jedynie poprzez utrwalanie wspomnień na kliszy obrazów poetyckich, choć, niczym memento, brzmi dwukrotnie powtórzone: „Nie dać się sztuce od narodzin-/Umrzeć!" („Modra Kaliope"), a w „sporze o umieranie" („Echa Kai") pada hasło: „trwać krótko!" („Dzięcioł pstry"). Towarzyszy temu poczucie postępującej degradacji  przyrody, w związku z czym włosy okazują się nie tyle siedliskiem mocy, co nosicielami rozkładu, spowodowanego zarówno trucizną grzybów („Annie Wernerowej…"), jak i miejskimi zanieczyszczeniami („Regle Hauptmanna").
    W swoich wierszach Samsonowicz stawia pytania eschatologicznej natury. Nie ma bowiem pewności, czy śmierć jest przejściem do innej formy bytu, czy też wyłącznie tajemnicą, którą na próżno usiłuje się przeniknąć. Między innymi za sprawą pamięci o zmarłych, mogących dostarczać przeczuć i torować drogę ku ostatecznemu poznaniu. „Proch obejmujący kosmos", tak pisze o Annie Wernerowej, w czym dopatrzyć się można reminiscencji Mickiewiczowskiego księdza Piotra z „Dziadów": „Ja proch, co z Panem będę gadał", choć pojawia się także ptasi „kurier Kosmosu", a więc przybysz z zaświatów, przekraczający granicę różnych form bytu. Oryginalna jest wizja tych ostatnich jako zdrojowej pijalni, w której kuracjusze z dzbanuszków, zamiast krynickich czy piwniczańskich wód mineralnych, sączą „podziemny sen", metaforę nieśmiertelności („Echa Kai").
    Z kolei prawdziwy Bóg daleki jest od tego zamkniętego, "zapuszkowanego" w religijnych doktrynach i dogmatach, a co za tym idzie wyziera z „wolnej Miłości", można też „dotknąć jego klamki" czy „odpuszkować dla niego czekoladki", ponieważ ma on również wymiar zmysłowy. Można skierować do niego suplikę o zachowanie od „złej pory" („Jak przychodzi taka namiętność…"), ale też dziękczynienie „za pokój tej ziemi" („Ptaszki Hauptmanna"), kiedy nachodzi refleksja „ile życia marnują/nawzajem wojny" („Bory Hauptmanna") i jak wielu pozostaje „skrwawionych/zimnymi i gorącymi wojnami" („Modra Kaliope"), do czego przyczyniają się „troski jak/w hełmach wylewnych żołnierzy" („Annie Wernerowej…") oraz „starcie z żołnierzami pajęczyn" („Ptaszki Hauptmanna"). Do towarzystwa temu Bogu, z którym można wejść w bardziej poufała komitywę, poeta przydaje zarówno dalekowschodniego Buddę, jak i bliższe bóstwa antyczne: Afrodytę, również pod postacią Wenus, oraz Apollina.
    Naprzeciw zabarwionego panteizmem odczuciu otaczającego świata wychodzi często stosowany zabieg animizacji zjawisk przyrody: „nie ma wymówki halny" („Podzwonne…), „wrzasnął pień" („I nadal zostaną sami"), „fantazjująca cisza" („Agnetendorf mon amour"), „płomyk co ćwierka" („Ptaszki Hauptmanna"), „szum, co wyprawił ucztę" („Bory Hauptmanna), „wywinął orła buk" („Regle Hauptmanna"), „śniegi w kotłach co się kulą zimnem" („Karkonosze"), niekiedy z odwołaniem się do fenomenów z pogranicza synestezji, kiedy wrażenia przeznaczone dla jednego zmysłu odbierane są przez inny („smak ciemności" z „Borów Hauptmanna"). W oryginalny sposób nawiązuje też do tradycji alegorycznego przedstawiania rzek pod ludzką postacią – w tym przypadku muz o imionach: Poprad i Dunajec („Echa Kai").
    Swoim obyczajem upamiętnia nieżyjące osoby i odchodzące w niebyt miejsca, jak wspomniana, nieistniejąca już „Siemianówka", od której zaczęło się wszystko, co dlań poetyckie. Jak żywot róży odliczany jest „pełnymi obrotami kolców", tak popadanie w ruinę tej zakopiańskiej willi wyznaczają „wschody i zachody Tatr". Jest ona azylem wspomnień z przeszłości, z czasów minionej świetności, zaludnianej przez cienie sławnych postaci – np. kompozytora Aleksandra Wielhorskiego, pisującego również sonety, z których jeden przytoczony zostaje w przypisie. Podobną rolę spełnia wspomniana willa „Wiesenstein", należąca do Hauptmanna, a mająca więcej szczęścia, albowiem w zmienionej rzeczywistości politycznej stała się muzeum niemieckiego noblisty, mającym dopomóc w określeniu wspólnej tradycji tych ziem.
    W tym kontekście mniej lub bardziej jawnie przywołuje duchy różnych osobistości: Magdaleny Samozwaniec (z którą łączyła go literacka przyjaźń) i Marii Jasnorzewskiej-Pawlikowskiej, Marii Kuncewiczowej, niekiedy całkiem pretekstowo jak w przypadku Ady Sari („wykarmione mlekiem/z piersi sopranu"). W miejsce pojawiających się poprzednio artystycznych gwiazd podstawia nowe. I tak duńskŕ wedetć teatralnŕ Ghitć N¸rby zastŕpiů filmowy wamp niemiecko-hollywoodzki – Marlena Dietrich („Oczu wamp").
    W ogóle w poezjach Samsonowicza odnaleźć można wiele odniesień do świata sztuki. „Laura i Filon" Karpińskiego przywołani zostają zwrotem „pod jaworem". Z kolei oksymoron: „muzycy zapadłej ciszy" („Echa Kai") stanowi przejrzyste odniesienie do „muzykantki ciszy" ze „Świętej", wiersza Stéphane’a Mallarme, a wezwanie, by „rozgadać krzyże" („Echa Kai") oraz porównanie kalectwa do wiszenia na krzyżu w poście („Przy przyjacielu Zbyszku") przywodzi na myśl sonet „Krzyże" Alberta Girauda, belgijskiego parnasisty i dekadenta: „Wiersze są to krzyże święte/Na nich zaś poeci krwawią/Z głową w dół i krwią na twarzy/Tkwią na krzyżach wśród motłochu" (tł. Stanisław Barańczak). Na podobieństwo hymnu „Święty Boże" ukształtowane zostają powracające często suplikacje: „od zazdrości i waśni" („Bory Hauptmanna") „od śmierci wiecznej/w górach" („Aus meinem Tagebuch"), , „od gwałtownej burzy intruzów" („Perłowy Eros"), „od smyczy tyranii" („Kom, Sokrates"),  „od spięć/starości/śmierci" („I o takie imię jak miłosny napój"). W „Perłowym Erosie" ponadto daje znać o sobie skojarzenie z obrazem Vermeera van der Delft - „Dziewczyna z perłą" (Ważąca perły) - być może za pośrednictwem poświęconego mu filmu Petera Webbera.
    Na krąg musicaliów w jego wierszach składają się: „wielkie koncerty/kwintety kwartety", „księżyce Beethovena" („Regle Hauptmanna"), w których zawiera się aluzja do Sonaty c-moll op. 27 nr 2 tego kompozytora,  „valse brillant" („Yeti regla górnego") jako określenie zarówno szopenowskiego utworu, ale także wiersza Juliana Tuwima, którego opracowanie posiadała w swoim repertuarze słynna krakowska pieśniarka, przywołana aliści w innym miejscu: „z gałązek (drzewa Baczyńskiego) wymykają się nutki Demarczyk" („Gdyby niedomówione o Wikingu Jacobie").
     Wygrywa dwuznaczność mazurków, jako określenia tyle szopenowskich miniatur, co wypieków, zwłaszcza w zestawieniu z „sernikami waniliowymi" i „lodami" („O dar…"). Przez strofy Samsonowicza przebijają ponadto tony instrumentów: „fortepian wtaszczono na granie" („Echa Kai"),  „dusza skrzypiec" („Jak przychodzi …"), „serce/mogło opaść/na flety/ do kompletu/ tonów" (I o takie imię…"), dzwonów z wież piekarskich („Modra Kaliope"), sandomierskich zegarów kościelnych. Dotyczy to także immanentnej strony samych jego wierszy. Dość często bowiem odwołuje się do aliteracji, współtworzącej stronę brzmieniową jego poezji: „wpółżywych co zużyły", „sprężyn zażyłych więzi", „na płaszczyźnie jeźdźców", „w oko jak potok" („Annie Wernerowej…"),  „pełgają jak płomyk" („Ptaszki Hauptmanna"), „za dnia wędrowania" („Bory Hauptmanna"), „więzienia uwięzionego bożka" („Jak przychodzi…").
    O wiele większą rolę, niż poprzednio, odgrywają w tym tomiku rymy,
do których odwołuje się od czasu do czasu: „naród wybrany/nie monetami opłacany", „z orientalnym herbem lotu/stylem terkotu" („Dzięcioł pstry"), „pragną pokoju/od boju", niekiedy przyjmujących postać inicjalną: „krew/…/brew" („I nadal zostaną sami"), choć nie ustrzegł się też pewnej rymowanej niezręczności, przybierającej nieco humorystyczny wydźwięk: „hormonów/demonów" („Rübezahl o świcie przywołany"), czy „misja Śnieżne/geny prężne" („Mens sana in corpore sano"), na szczęście w dalszym ciągu zastąpionej przez zgrabnie dobrane wdzięczne i dźwięczne zestawienia: „marsz/kwarc" i „zdasz/twarz". Kiedy indziej jednak prosiło się o zrymowanie Nohant z Montmatre, bez dostosowywania tego ostatniego do polskiej deklinacji („I o takie imię…"), zwłaszcza że nie zostaje zachowana w tym względzie konsekwencja i nie poddaje jej nazwiska Hauptmannów czy Friedricha Schillera.
    Jego poezję cechują gry słowne i językowe. A zatem wygrywa znaczące po niemiecku nazwisko braci Hauptmannów: „w końcu kapitanów/ kapitański mostek grań" („Mens sana…"). To także dwuznaczność jagód, które z jednej strony mogą z lekka archaicznie oznaczać policzki, którym kolorów dodaje krew, a z drugiej leśne owoce, na które polała się ona w akcie siostrobójstwa (I nadal zostaną sami").
    Pojawiają się lustrzanie symetryczne obrazy: „kuca rozkuwa plecak" („Dzięcioł pstry"), „na grochu głazów klęczący/zakuwać karkonoskie śniegi" („Agnetendorf…"), odróżniające się za sprawą odmiennych przedrostków. Z upodobaniem wprowadza paralelizmy: dokładne – „wzwyż szli wzwyż" („Regle Hauptmanna") - bądź przybliżone, odwołujące się do efektów natury kalamburowej – „bór uwalniający ból" („Bory Hauptmanna").
    Ulubionym chwytem tego autora są frazy, przedzielone kilkuwersowymi wtrąceniami, a także elipsy, czasem występujące w połączeniu: „Sandomierskie tony Zegarowe (…) w drużynach kwadransów", powracają potem w skróconej postaci: „Sandomierskie/nie słabnące/do katedry/biegły". Tego rodzaju zabiegi prowadzą czasem do zbyt daleko idącego zakwestionowania praw języka jako środka intersubiektywnej komunikacji, co utrudnia percepcję i wymaga od czytelnika nie lada wysiłku intelektualnego. Niektóre wiersze najlepiej zatem czytać asemantycznie, bez doszukiwania się sensów, ciesząc się natomiast oderwanymi poetyckimi obrazami (np. górskich, śnieżnych oceanów z „Aus meinem Tagebuch") oraz czerpiąc satysfakcję z ich walorów czysto brzmieniowych i rytmicznych, jak np. „Od milionów lat schwytanych jak z galopu konia inny świat" („Karkonosze").
        
Arnold Samsonowicz „Modra Kaliope". Wydawnictwo „Impuls", Kraków 2012.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież