Jan Burakowski - Trzy oblicza ułana

W polskiej tradycji ważne miejsce zajmuje ułan. W zbiorze popularnych piosenek Z pieśnią przez wieki, opracowanym przez Tadeusza Matulewicza (Olsztyn 2010), ułan wyprzedza zdecydowanie szarego piechura i różne rodzaje strzelców (mimo autorytetu I Brygady). Kto z nas nie śpiewał:



Tam na błoniu błyszczy kwiecie,
Stoi ułan na widecie
A dziewczyna jak malina
Niesie koszyk róż.

Przybyli ułani po okienko
Pukają, wołają puść panienko.

Ja myślałam, że to maki
Że ogniste lecą patki
A to ułani, ułani.

Hej, hej ułani! Malowane dzieci
Niejedna panienka za wami poleci...

Jeszcze jeden mazur dzisiaj, choć poranek świta
Czy pozwoli panna Krysia
Młody ułan pyta.

Strojny ułan na pięknym koniu – z błyszczącą w słońcu lancą, oficyjer podkręcający wąsa i zapraszający do tańca śliczną szlachciankę; ułan szeregowy, kradnący całusa dworskiej dziewce lub godnej grzechu wdowie – to czołowe wątki malarstwa batalistycznego oraz kostiumowych filmów historycznych.
Na honorowe miejsce w historyczno-obyczajowej pamięci Polaków ułan zasłużył. Ułani to jedyny o rodowodzie polskim rodzaj wojska, który dość szeroko rozpowszechnił się w Europie – pod nazwą lansjera. Lekkozbrojna kawaleria długo była ważnym składnikiem każdej armii europejskiej. Pierwowzorem polskich ułanów była lekkozbrojna jazda turecka, z którą Polacy wielokrotnie spotykali się w polu. Termin ułan pochodzi od nazwiska – pierwsze pułki ułańskie były dowodzone przez mężczyzn z polsko-tatarskiej rodziny Ułanów. Obowiązujący dziś wzorzec stroju ułańskiego powstał w Królestwie Kongresowym przy walnym udziale Wielkiego Księcia Konstantego Mikołajewicza.
Te kolorowe postacie to jedno. Ale bale i parady zdarzały się nieczęsto. Ułan musiał walczyć i ginąć. Już z cytowanego wyżej Ostatniego mazura dowiadujemy się, że:
O pół mili wre potyczka
Słychać pierwsze strzały
Słychać strzały, głos pobudki
Dalej na koń, hurra!

Szarży nie przeżyją wszyscy.

Jak to na wojence ładnie
Kiedy ułan z konia spadnie
Koledzy go nie żałują
Jeszcze końmi go stratują.
Rotmistrz z listy go wymaże
Wachmistrz trumnę zrobić każe.

Ale żal miesza się z dumą, że poległ za Ojczyznę, więc:

Śpij kolego w ciemnym grobie
Niech się Polska przyśni tobie!

Ale w tle tych paradnych i bojowych wizerunków było i trzecie oblicze doli ułana – ani barwne, ani bohaterskie. Dowiedziałem się o tym jako dziecko od prawdziwego ułana.

***
Nasza rodzina osiedliła się po II wojnie (lipiec 1945 roku) w Niemodlinie na Śląsku Opolskim. Jednym z najbliższych sąsiadów był pan Józef Habruk, którego powojenny los przerzucił z Podola na Ziemie Odzyskane. Habruk z rodziną przetrwał szczęśliwie banderowców UPA w dużej, dobrze ufortyfikowanej wsi pod Tarnopolem. W samoobronie tej wsi odegrał istotną rolę.
Pan Józef wspominał także swoją przedwojenną służbę wojskową w kawalerii. Dowódcą jego szwadronu był rotmistrz, doskonały jeździec, wojskowy z powołania, ze stażem sięgającym Legionów Polskich w czasie I wojny światowej. Ale rotmistrz wyróżniał się nie tylko jako jeździec i mistrz wojskowego rzemiosła. Chorobliwie dbał o porządek i czystość. Lustrując dwuszereg na porannych apelach, najdrobniejsze uchybienie – niedopięty guzik, plamkę na orzełku, niedoczyszczony but – karał waleniem w  mordę. A rękę  miał ciężką. Sprawdzał też codziennie czystość koni po porannym obrządku (czyszczenie zgrzebłem, a potem flanelą, rozczesywanie grzywy). Głaskał konie rękami w białych rękawiczkach, pranych codziennie przez ordynansa. Za każdy pyłek na rękawiczce lub splot włosów w grzywie, winowajca ponosił sprawiedliwą karę. Kilka razy dowódcy, do których dochodziły wieści o sadyzmie rotmistrza, zarządzili dochodzenie, ale do dymisji krewkiego oficera nie doszło, bo przecież znał się na służbie, pochodził z bardzo dobrej ziemiańskiej rodziny i był osobistym znajomym samego Marszałka. Jednak nie awansował, podczas gdy jego towarzysze byli już pułkownikami, a nawet generałami. To pewnie pogłębiało jego frustrację. Józef Habruk nie poniósł osobiście szwanku na uzębieniu. Trafił do wojska z małą maturą i po krótkim przeszkoleniu awansował na podoficera, tak więc miał trochę mniej ordynarną gębę niż zwykły żołnierz. A poza tym kochał konie, co go trochę zbliżyło do rotmistrza.
Pan Józef walczył ze swoim szwadronem na Pomorzu. Krótko. Trzeciego czy czwartego dnia wojny, stojąca na czatach czujka zalegającego w lesie szwadronu dostrzegła kilkunastu żołnierzy niemieckich na motocyklach z trzyosobowymi załogami, z dwoma karabinami maszynowymi na przyczepach. Zmyleni ciszą gorącego leśnego popołudnia Niemcy zeszli z motocykli, niektórzy zdjęli hełmy i ocierali pot z czoła, inni załatwiali bez ceregieli małe i większe potrzeby. Rotmistrz przesunął cicho dwie drużyny szwadronu na skraj lasu, wydał rozkaz: Na koń! Kłusem, a po chwili: Galopem! Szable w dłoń! Niemcy nie mieli żadnych szans, ledwie jeden z ckm-ów zdążył oddać krótką serię, której ofiarą padły dwa konie i jeden ułan – okazał się nim pędzący na czele rotmistrz. Łąka przyleśna została oczyszczona z wroga, ale na krótko. Po kwadransie ułani usłyszeli dolatujący zza wzgórz, narastający huk nadjeżdżających czołgów. Szwadron odbił się w głąb lasu, unosząc z sobą zabitego kolegę. Niemcy zatrzymali się przy zmasakrowanych motocyklistach, a potem kilka czołgów omiotło profilaktycznie las seriami z ckm-ów. Nie odważyli się wjechać do lasu, przeczyłoby to zresztą podstawowym zasadom użycia czołgów w walce. Ogień na oślep nie był czymś całkiem bezmyślnym, padło kilka dalszych koni oraz zginęło trzech i odniosło rany kilku dalszych ułanów. Niemcy rychło odjechali, zabierając trupy motocyklistów. Szwadron poczekał w lesie kilka godzin, pogrzebał poległych i postawił na kopcu świeżej ziemi brzozowy krzyż z deszczułką opatrzoną nazwiskami poległych. Porucznik, który przejął dowództwo po rotmistrzu, obejrzał dokładnie w towarzystwie wachmistrza zwłoki i zwrócił uwagę, że dowódca zginął od strzału nie w pierś, a w plecy. Warto by przeprowadzić śledztwo – mruknął. Ale na to nie było czasu. Radio informowało, ze Niemcy są już w centralnej Polsce, Warszawa jest bombardowana. Porucznik miał do wyboru jedną z trzech możliwości: poddać się Niemcom, przebijać się do swoich – ale gdzie oni? – lub rozpuścić oddział, by żołnierze indywidualnie szukali dróg ocalenia. Wybrał tę trzecią. Rozpierzchli się więc, zostawiając konie (należało je  zabić, ale porucznik miał miękkie serce). Józef Habruk, już po dwu tygodniach, choć trudno w  to uwierzyć, dotarł w cywilnym ubraniu do domu. W dwa czy trzy dni po zajęciu Tarnopola przez Armię Czerwoną. Po tym, co widział w ciągu tych dwu tygodni, nic go już w życiu – twierdził – nie zaskoczy. Rozbite bombami lokomotywy i wagony, rozwalone walizy z zawartością spryskane krwią, szczątki drogiego futra obok dziecięcych zabawek, drogi zapchane uciekinierami na furmankach, z wózkami ręcznymi lub  tylko tobołami na plecach, na poboczach rozdęte trupy koni, a bywało i ludzi. A potem, już za Bugiem, watahy ukraińskich wyrostków – i nie tylko wyrostków – polujących na Polaków – na razie tylko pojedynczych oficerów i żołnierzy oraz panów uciekających z dworów i dworków, zmasakrowane zwłoki kilku mężczyzn w bieliźnie, bez butów, w przydrożnym rowie – jeden z odciętym palcem (pewnie pierścień czy obrączka nie chciała zejść z palca). Pomogła mi znajomość ukraińskiego, ale najwięcej Matka Boska. Dziwne, ale ani mnie, ani mojej rodziny Rosjanie nie zesłali na Sybir. A już w połowie 1944 roku byłem w II Armii. Doszliśmy do Łaby, widziałem gruzy Drezna i niemieckie trupy w przydrożnych rowach. A potem jeszcze rok przeczesywaliśmy Bieszczady. Tak więc przynajmniej częściowo odpłaciliśmy pięknym za nadobne, i Niemcom, i Ukraińcom.
Pan Habruk wrósł w ziemię opolską (choć gdzież jej tam do Podola!). Z jego synem Frankiem, później inżynierem chemikiem, razem uzyskaliśmy matury. A rotmistrz, nieodrodne dziecię polskiej ziemi, spoczął w zimnym grobie, nawet bez trumny – zabrakło czasu na jej sporządzenie. I bez pewności, że padł od wrażej kuli... To właśnie, obok stanu uzębienia podwładnych rotmistrza, rysy trzeciego oblicza polskiego ułana. 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież