Ariana Nagórska -NISZA KOZIOROŻCA - Trzynasty z dwunastu

Skoro standardowego, porządnego obywatela uczą od dzieciństwa, że rok ma dwanaście miesięcy (i więcej ani rusz!), trzynasty numer miesięcznika musi być szczególnie miły niestandardowcom (czyli osobom odlotowym). Operując błędnym modelem czasu (tak adekwatnym do rzeczywistości jak przekonanie, że Słońce i cały wszechświat kręci się wokół Ziemi) można by dojść do wniosku, że z chwilą ukazania się drukiem trzynastego numeru „Akantu" należy on już do przeszłości, a jak uczą najgłupsi ze współczesnych „myślicieli", należy patrzeć w przyszłość, a nie w przeszłość! Przypuszczam, że młodzieniec, który zapytany o datę wybuchu powstania warszawskiego podał rok 1989, stanowił wielce obiecującą (choć jeszcze niedoskonałą) zapowiedź czasów przyszłych. Wprawdzie nie był dość nowoczesny, by w przeszłość w ogóle nie sięgać, niemniej jednak zdołał sięgnąć już tylko znacznie bliżej niż od niego oczekiwano. Aby nikt mnie nie obraził epitetem „nowoczesna" (czyli zapatrzona w przyszłość), zaznaczam, że niniejszym podziw wyrażam dla trzynastych „Akantów" minionych, a przyszłością zupełnie się nie przejmuję. To, co już się dokonało, zawsze ma u mnie priorytet!
Nie ma jednak takiej siły, która powstrzymałaby mnie od ciągłego wykazywania jednoczesnej stałości i względności różnych obliczeń, reguł, obiektów i parametrów. Mimo to moje motto życiowe brzmi: Nawet brak piątej klepki wynika z wcześniejszego istnienia czterech klepek.
Trzynasty numer z dwunastu jest takim samym cudem, jak np. dziesiąty dzień tygodnia, co najmniej dwudziesta strona świata, piąte koło u Wielkiego Wozu, „Siedem dziewcząt z Albatrosa" w jednej. Wstyd byłoby w związku z tak niezwykłym numerem gadać o polityce, pieniądzach, przyroście naturalnym, oczywistym kryzysie kapitalizmu itp. Wstyd byłoby też gadać o prozie życia, skoro trzynasty z dwunastu to czysta poezja. Tu od razu nasuwa mi się pytanie, które wyartykułował pewien pan ponoć pragnący zrobić ze mną wywiad. Słowa „ponoć" użyłam dlatego, że treść pytania wskazuje, iż pan ten bardziej z sobą chciał zrobić wywiad niż ze mną. Pytanie brzmiało: Co Pani chce wyrazić w poezji, albowiem sztuka nie może być tylko abstrakcyjna… Otóż jest to opinia wyłącznie pytającego, albowiem sztuka może być moim zdaniem abstrakcyjna, tyle że wielu „odbiorców" będzie wtedy miało z nią kłopot, jako że nie ma przyswajania abstrakcji bez określonego poziomu inteligencji. Natomiast tak lubiane przeze mnie treści zwane odlotowymi (czyli słabo wchłaniane przez demokratyczną większość) mogą bazować zarówno na abstrakcji, jak i powalającym konkrecie. Na takim konkrecie opiera się właśnie dwuwiersz, który zaraz przytoczę, na który (mimo skrajnego konkretu!) wielu reaguje mętnym wzrokiem i otwartą gębą. Jedynie pewien rolnik-gospodarz na wsi bez żadnego szoku podjął dyskusję. Siedząc z nim przy kawce (bez jakichkolwiek innych dopalaczy) z nagła zauważyłam:
Nie mogę się nadziwić, że ten kot na przyzbie,
ma tyle łap dokładnie, ile jest ścian w tej izbie!
Gospodarz w najmniejszym nawet stopniu się nie zdziwił, tylko od razu wyjaśnił: Kot już tak ma! U psa z krótką sierścią to nawet całkiem często widać coś, co wygląda jak piąta łapa, a u kota trudno zobaczyć nawet przez lupę. – Ja patrzyłabym raczej przez lunetę! – To może i dobrze, bo na odległość bezpieczniej. Z bliska taki cholernik potrafi podrapać, aż mu iskry z pazurów idą!  Muszę przyznać, że na wsi wszelkie dociekania egzystencjalne szły mi zawsze sprawniej, bo ludność miejscowa rozumowała nieszablonowo, nie usiłowała zgrywać się w dyskusji, a i zaskoczyć potrafiła niepowtarzalnymi sformułowaniami i ujęciami problemu.
Pewnego razu ludziska dyskutowali o pechu i ktoś słusznie zauważył, że od jakiegoś czasu coraz mniej osób wierzy w pechową trzynastkę. – To od czasu, gdy wychodzi trzynasty numer „Akantu" – poinformowałam, licząc na pytania CO to jest ten „Akant" i GDZIE wychodzi. Mimo całej swej wyobraźni nigdy nie wpadłabym na myśl, że można zadać takie pytanie, z jakim zwrócili się do mnie moi rozmówcy: – KTÓRĘDY wychodzi? Zatkało mnie chyba po raz pierwszy w życiu. Odruchowo odpowiedziałam, że z drukarni, dobrze zdając sobie sprawę, że nie jest to odpowiedź na pytanie którędy? (tylko na pytanie skąd?). – Sądzę, że PRZEZ DRZWI drukarni – uściśliłam w końcu. Ta odpowiedź wszystkich usatysfakcjonowała, dyskusja więc definitywnie wygasła.
Znacznie łatwiej skłonić do wypowiedzi na temat „Akantu" osoby pozostające we władzy przynajmniej jednego z siedmiu grzechów głównych. Starcie pyszałków jest zawsze krótkie jak błysk szpady. – Ten „Akant" nie może być chyba pismem zbyt wysokich lotów, bo nigdy o nim nie słyszałem! –Ależ to właśnie najlepszy dowód, że nie jest adresowany do byle kogo! Drugim grzechem w hierarchii (choć statystycznie znacznie częstszym od pychy) jest chciwość. Stąd powszechne pytanie: – Za ile tam piszesz? Z chciwymi w ogóle się nie dyskutuje, bo odpowiedź za darmo i tak zostanie uznana za bezczelne kłamstwo w żywe oczy! Nieczyste świńtuchy pytają za to, czy piszę jakieś teksty pornograficzne, czy choćby tylko obsceniczne. Przytaczam więc takie, że aż im czad i żar bucha wszystkimi naturalnymi otworami ciała. Utwory te nie nadają się do publikacji NIGDZIE, ale tego spragnionym nie mówię, wierzą więc, że takie właśnie publikuję w owym „Akancie", musi więc to być czasopismo zaj…mujące! Nie ma jednak obawy, że zechcą czytać i się rozczarują, bo ten rodzaj odchylonych zdecydowanie woli obrazki (których pełno w Internecie) od tradycyjnej lektury. Jednak nielicznym, którzy wolą czytać, a w wyobrażeniach uroków płciowych wychodzą poza macanki, lizing (czyli całowanki) oraz ruch „wte i nazad"(to z Konopielki), zawsze polecać będę Erotyk meteorologiczny, w którym babie „huknął grom zdradziecki między iskrzące, zwilgotniałe kiecki" („Akant" 2011, nr 5, s.11).
Z kolei żaden zazdrosny nigdy nie podejmie tematu czasopisma, w którym ktoś inny publikuje. Najwyżej zaznaczy, że sam też pisze i gdzieś publikował. Odpowiadam wtedy, że to zupełnie inna bajka. Zazdrosny jest z reguły tępy, syczy więc, że to nie żadna bajka tylko prawda i nie rozumie, z jakiej przyczyny nie wierzę mu, że publikował! Zapewniam, że wierzę i właśnie dlatego wydaje mi się całkiem nie z mojej bajki. Dłużej zazdrosnym we łbach nie mieszam, bo i tak mają życie najcięższe z wszystkich grzeszników.
Żarłoki i pijacy raczej nie podejmują tematu czasopisma „Akant" (ani też oczywiście żadnego innego). Na przestrzeni dziesięcioleci tylko jeden zauważył eufemistycznie: – Oj, chleba to ty z tego nie masz! – Mniejsza o chleb, ale nawet kropli wódki z tego nie mam – odrzekłam wzbudzając szczerą litość, o czym świadczył natychmiastowy poczęstunek. Gniewni natomiast (nawet gdy sami nic nie piszą) pomstują na zapas: – Już my wiemy, że w takich czasopismach każdy szajs można drukować, byle mieć te cholerne układy! A prawdziwy, wrażliwy artysta nie ma szans. Tymczasem gniewni o ambicjach literackich raz wrzeszczą, że to hańba pisać za darmo, to znów warczą, że gdyby mieli tyle forsy i czasu co ja, toby im pisanie równie dobrze wychodziło, a jeszcze inni jazgoczą, że wstydziliby się tak pisać. Z gniewu płyną tego rodzaju mądrości, że doprawdy trudno ustalić, czy zrodziły się w półkulach bliższych górnego odcinka kręgosłupa, czy też dolnego.
Pozostaje jeszcze leniuch zaatakowany znienacka tematem „Akantu". Taki od razu radzi wyluzować się i odpocząć. Trzynasty numer pisma nie skłania leniów do refleksji o pracowitości redakcji, ponieważ sami bardzo chętnie przyjmowaliby każdą pracę właśnie w trzynastym miesiącu roku, przy czym od razu upominaliby się o tzw. trzynastkę. Znani mi  patentowani lenie pisania nie uznają za pracę, mogą więc nawet często pisać do „Akantu". To, że niczego w nim nie czytają i tak jest problemem znacznie mniejszym niż fakt, że nie pamiętają nawet, co sami napisali. Gdy pewien leń-recenzent
męczył się w dowód koleżeństwa nad tomikiem niezbyt wystrzałowej autorki, próbowałam go pocieszyć, że poprzedni tomik tejże autorki był o niebo lepszy. – Co mi z tego, skoro go nawet nie widziałem!  Powiedziałam mu więc, gdzie, kiedy i w jakich okolicznościach tamten tomik otrzymał. – Przyznaję, gdzieś go pewnie mam, ale wiem na sto procent, że nie czytałem!  Na ogół nie wątpię, gdy ten znajomy mówi, że czegoś nie czytał, bo z takiego stanu rzeczy jest dumny i nie kłamie na pewno! Ponieważ jednak kiedyś czytałam w „Akancie" jego recenzję z książki, której (jak twierdził) nawet nie przeglądał,  tymczasem były tam dokładne cytaty i informacje, których bez lektury nie mógłby podać – musiałam skonstatować, że lenistwo może owocować także zanikami pamięci. Temu nieszczęśnikowi pamięć nie wróciła i konsekwentnie twierdzi, że zapewniając, iż recenzował książkę X, gadam po prostu bzdury. „Akant", w którym była ta recenzja, dawno już zgubił i tym samym pozbył się dowodów na swą niepamięć.
Niezależnie od nieczytających a piszących, niepamiętających, czy coś czytali i pisali oraz pamiętających, że na pewno nic nie czytali, ale najprawdopodobniej nie raz coś (lub ewentualnie byle co) napisali – życzę „Akantowi" co następuje:
Niech Nowy Rok przyniesie
na sto numerów szmal,
a droga RÓWNOCZEŚNIE
prowadzi wzwyż i w dal!







Również tego autora

Wydawca: Towarzystwo Inicjatyw Kulturalnych - akant.org