Remigiusz Ogonowski - Twój dzień

Jest czerwcowy poranek. Na dziedzińcu kościoła stoi mężczyzna, czyta ogłoszenia parafialne.
To Stefan Wartecki, emerytowany wojskowy. Jest to mężczyzna niskiego wzrostu, ubrany niestosownie do pory roku. Pomimo, że dzień jest ciepły, Wartecki ma na głowie czapkę, a za okrycie wierzchnie, służy mu znoszony prochowiec.
Zza zaułka kościoła wyłania się postać kobieca. W ręku trzyma gazetę.
To Maria Wartecka, żona Stefana. Podchodzi do Warteckiego i lekko ujmuje go za łokieć, Wartecki podskakuje.
– Przestraszyłam cię Stefanku?
– Nie, po prostu się zamyśliłem. Jest gazeta?
– Jest.
– No to pora na śniadanie, idziemy Maniu.
– Dobrze tatulku.
Warteccy pokonują niedaleką odległość z kościoła do bloku, w którym mieszkają. Wchodzą do bloku, sprowadzają windę, wsiadają.
– Jak by nie było windy, to trudno by było pokonać te schody, niby trzecie piętro, niedaleko, ale zawsze…
– Tak Maniu, masz rację, nie należy się forsować na czczo.
Mieszkanie Warteckich jest urządzone skromnie. W pokoju stoi stół, dwa krzesła, szafa, naprzeciw stołu stoi wersalka. Urządzenie pokoju dopełnia telewizor i radio.
Wartecki przegląda gazetę. Wartecka wnosi do pokoju tacę ze śniadaniem.
– Co tam tatulku piszą?
– Nie jest dobrze, terroryzm się szerzy. Czy te bułki na pewno z margaryną? Wiesz Maniu co na masło mówił lekarz.
– Z margaryną, z margaryną, przecież Stefanku zawsze razem robimy zakupy, to skąd by się wzięło masło?
– To dobrze. Trzeba dziś pójść do sklepu i kupić wodę, dziś przed mszą wypiłem ostatnią szklankę.
– Dobrze Stefanku, wózeczek stoi od rana w korytarzu.
– Niezmiernie istotne jest to, że w naszym wieku musimy brać dużą ilość leków. A leki…
– To toksyny, które trzeba wypłukiwać z organizmu, prawda Stefanku?
– Bezwzględnie, Maniu.
Wartecki podchodzi do szafy, wyjmuje z niej marynarkę, kładzie ją na wersalce. Podchodzi do wieszaka, wyjmuje z kieszeni płaszcza portfel, otwiera go.
– No to po drodze do sklepu, musimy wstąpić do banku. Nie jesteśmy bez pieniędzy, myślę że to co mam wystarczy, ale za trzy dni znowu trzeba kupić wodę, a dziś taka piękna pogoda, że…
– Że możemy pójść też do banku.
– Maniu, bardzo lubię, jak się ze mną zgadzasz.
– I tak Stefanku już 50 lat…
Wartecki zamyka starannie drzwi mieszkania. Wartecka z końca korytarza prowadzi wózek. Wózek jest niewielki, jego wygląd nie wzbudza zaufania, widać po jego konstrukcji, że to produkt „niedzielnego" stolarza, i to stawiającego pierwsze kroki w swoim hobby.
Warteccy kierują się do windy. Na windę oczekuje też para młodych ludzi – namiętnie się całują.
Wartecka bierze wózek pod pachę.
– Po śniadaniu można zejść pieszo, prawda Stefanku?
Przed blokiem Wartecki z kieszeni marynarki wyjmuje płócienną czapkę, nakłada ją na głowę.
– Słońce jest dziś bardzo zdradliwe.
Wartecka bez słowa ciągnie wózek.
Małżeństwo spacerowym krokiem pokonuje odległość dzielącą ich od banku.
Przed bankiem, klęcząca staruszka, doprasza się jałmużny.
– Patrz Stefanku, jaka biedna pani.
– No cóż, tak to już jest, gdzieś został popełniony błąd.
– Szkoda, że nie mam jakichś grosików…
– Maniu, wszak zapewne ta pani ma jakąś rodzinę, i do niej należy opieka, a nie do nas. O jesteśmy w banku.
W banku panuje duże poruszenie, jest w nim wielu klientów. Nie działają komputery, nie można pobrać pieniędzy.
Wartecki podchodzi do jednej z pracownic banku.
– Widzę, że dziś nic u państwa nie załatwimy.
– Tak, proszę nam to wybaczyć, nie wiemy ile potrwa awaria, czekamy na serwis.
Wartecki ze zrozumieniem kiwa głową.
– Ale proszę państwa, jest czynny bankomat.
– Tak, tak, to chodźmy Maniu.
– To co, Stefanku, obsłużysz bankomat?
Wartecki jest wyraźnie zdenerwowany.
– Może innym razem. Żądaną kwotę na zakupy mamy, a dziś taka ładna pogoda, że uznałem, że będzie warto być trochę dłużej na powietrzu, a że nie wszystko się czasem udaje… Co zrobić. No, to do sklepu, Maniu.
– Już jedziemy.
– Okropnie skrzypi ten wózek, Maniu.
– Coś tak teraz, wcześniej nie skrzypiał.
Warteccy  przechodzą przez jezdnię, naprzeciwko na przejściu mija ich spora grupa ludzi. Wartecka jest zmuszona przejechać wózkiem  przez krawężnik, na skutek podrzutu, od wózka odpada kółko, które toczy się wprost po chodniku. Warteccy nie są w stanie dogonić uciekające kółko.
Kółko kręci się kilkanaście metrów i uderza o słup z napisem Taxi. Warteccy zbliżają się do kółka i zarazem postoju taksówek.
Z ostatniej taksówki wysiada młody mężczyzna, bierze do ręki kółko, i uśmiechając się podchodzi do nadchodzących Warteckich.
– Jak nie bank, to teraz kółko.
– O, jest pan taksówkarz, zaraz nam pomoże i wózek będzie sprawny jak nowy.
– Oby tak było, Stefanku.
– Pomogę, co nie mam pomóc.
Taksówkarz podchodzi z odpadniętym kółkiem do wózka. Zakłada je. Wartecka klaszcze w dłonie.
– Powinien jeździć, ale lepiej o zakup większych zakupów poprosić mnie, drogo nie wezmę, z dostawą do domu.
– Ile jesteśmy panu winni?
– Od kombatantów nie biorę.
– To pan wie, że Stefanek walczył?
– Wie, wie, mam dobre oko na ludzi. Proszę tu moją wizytówkę, jakby wózeczek wysiadł, to wtedy do mnie proszę.
Wartecki bierze wizytówkę od taksówkarza, chowa ją do kieszeni, ściąga z głowy kaszkiet, kłania się, i wraz z żoną odchodzi.
– Martwię się o ten wózek, Stefanku.
– Przecież do sklepu już niedaleko, powoli dojedziemy, mamy to szczęście, że wszędzie mamy z domu blisko.
– Tylko do ZUS–u daleko.
Wartecki nie reaguje.
Warteccy wchodzą na parking przed sklepem. Na sklepie widnieje napis: „Korzystna cena".
Przed sklepem młoda dziewczyna stara się zaprosić kogoś do rozmowy. Dziewczyna jest ładna i modnie ubrana. Podchodzi do Warteckich.
– Przepraszam, jestem z radia FM „Twój dzień". Czy mogę zabrać państwu chwilkę?
Warteckiemu podoba się dziewczyna, uśmiecha się do niej.
– Jeśli chwilkę, to proszę.
– Przeprowadzam sondę. Chciałabym państwa zapytać, jaką rolę odgrywa w państwa życiu pieniądz – w przenośni i dosłownie.
Wartecki gestem ręki ucisza  żonę.
– W naszym wieku, droga pani, najważniejsze jest dla nas szczęście naszych dzieci i wnuków.
– No tak, ale dzięki pieniądzom możemy uszczęśliwić bliskie nam osoby. Dziś pieniądze dają duże możliwości, można dzięki nim prawie wszystko – edukacja, podróże, biznes…
– To wszystko prawda, co pani mówi, ale nie wie pani o tym, no bo skąd ma pani wiedzieć, że tak wychowaliśmy naszego Marka i Krysię, że nasze dzieci nie potrzebują od nas niczego, a wręcz – pomagają nam.
– Oj tak, tatulku, oj tak…
– Widzę, że żona ma takie samo zdanie jak i pan. Czy mogę prosić o godność tej szczęśliwej rodziny?
– Wartecki Stefan i Maria z ulicy Miodowej.
– Dobrze, zanotowałam. Rodzinne szczęście ważniejsze od pieniędzy, tylko jak to szczęście zdefiniować?
– No, jak – zdrowie, spokój, uśmiech wnuczki. No ale na nas już czas, dziękujemy pani.
Warteccy wchodzą do sklepu. Z głośników dobiega muzyka. Wartecka w kącie sklepu stawia wózek.
Wartecki bierze wózek sklepowy i rusza z nim między półki, Wartecka podąża za nim. Wartecki pokazuje palcem produkt, żona wkłada go do wózka. Wartecki wyciąga z kieszeni notes i długopis. Zapisuje ceny produktów, liczy je.
– To co, Stefanku, jeszcze woda, z gazem czy bez?
– Oczywiście, że bez, przecież lekarz nie zezwala.
Wartecka wkłada zgrzewkę wody do wózka. Wartecki przygląda się cenie wody na zgrzewce.
– To teraz tatulku, do kasy?
– Jeszcze nie.
Wartecki liczy.
– Teraz można.
Warteccy podchodzą do kasy, wykładają towar na ladę, oprócz wody mineralnej.
Kasjerka podlicza zakupy.
– No i jeszcze proszę dodać do rachunku sześć butelek wody w cenie półtora złotego za butelkę.
– A jaka to woda?
– Leszczyńska.
– To musi pan ją podać, mamy na nią nową cenę.
– Mnie nowa cena nie interesuje. Skoro na opakowaniu widnieje taka cena, to ja domagam się, aby taka została policzona.
– Czy pan nie rozumie, że ja tych cen nie ustalam. Proszę podać zgrzewkę.
– Tatulku, podaj pani zgrzewkę, już jesteś cały mokry.
Kasjerka energicznym ruchem wyciąga zgrzewkę wody na ladę i rozrywa opakowanie z folii.
– Co pani robi! Jak można tak żonglować cenami!
– To jest moja praca, proszę pana.
– Ale, ale klient jest klientem!
Wartecki nie czuje się najlepiej, podaje żonie portfel, odchodzi od kasy, siada na parapecie sklepu. Z wewnętrznej kieszeni marynarki wyjmuje butelkę z aerozolem, rozpyla jej zawartość pod język. Zamyka oczy.
Wartecka odkłada na półkę jedną wodę, płaci. Podchodzi do męża.
– Co to tatulku, serce?
– Już lepiej, Maniu.
– To dobrze, Stefanku.
Wartecka stara się ułożyć zakupy w wózku. Kółko od wózka odpada. Podchodzi do męża. Butelki pozbawione opakowania, wypadają z wózka. Wartecki po raz drugi rozpyla lekarstwo pod język.



Wartecka w żałobnym stroju je śniadanie. Na stole leży w maselniczce masło i obok bułki. Je z apetytem.
W pokoju jest włączone radio. Muzyka nadawana przez radio ucicha.
Głos lektora: Czy pamiętacie naszą ostatnią sondę? Otóż drogą losowania, państwo Warteccy z ulicy Miodowej otrzymują talon rabatowy na 20 % na zakupy w sieci sklepów „Korzystna cena", właśnie za udział we wspomnianej sondzie. I jak tu nie słuchać radia „Twój dzień"?
Maria Wartecka wstaje od stołu, podchodzi do radia i wyłącza je bezpośrednio z kontaktu.
Odwraca się, a po jej policzkach płyną łzy.


K O N I E C