Jerzy Marciniak - Połowy łez (albo sukces w Paryżu i w innych miejscach)

Pamięci Henia Naszkiewicza z Suwałk,
mojego wielkiego przyjaciela.

Konkursów literackich na opowiadania wygrałem co nieco i to mi nieraz odrobinkę pomaga, ale i wygląda na to, że NIESTETY wygrałem o co nieco za dużo i niektórzy ze środowiska literackiego nie chcą puścić mi tego płazem. Wygląda też na to, że wygrałem tych konkursów trochę za dużo, by Ministerstwo Kultury przymknęło na to oko. I NIESTETY wygrałem sporo za dużo konkursów na sztuki teatralne, by dyrektor Teatru TV mógł spać spokojnie. Dostało mi się za te nagrody w konkursach różności i rozmaitości; pochwały, wyzwiska, komplementy, rzucanie słuchawki, pogróżki od dyrektora Teatru TV i wyrazy uznania od dyrektora Teatru Radiowego.
Zadzwoniłem do Ministerstwa Kultury. Przeprosiłem ich za te moje nagrody i zapewniłem, że więcej konkursów wygrywał nie będę. Obiecałem też, że będę godził się iż bardzo mało zdolni mają pierwszeństwo przed twórcami zdolnymi. Ci z którymi rozmawiałem, ucieszyli się moimi słowami.
Oddzwonili z Ministerstwa Kultury i zaproponowali mi udział w przedsięwzięciu promującym Polską Kulturę we Francji. Lubiłem wiele rzeczy kojarzonych z Francją, więc zgodziłem się od razu.
Wszedłem do gabinetu Ministra Kultury. On podniósł się ciężko znad biurka i podał mi rękę. Wyglądał na bardzo zmęczonego. Cera blada, ciemne podkowy pod oczami, włosy przetłuszczone i opadające zlepionymi kosmykami na czoło.
–    Pracuję dzień i noc, prawie nie wychodzę z gabinetu, muszę
koniecznie obniżyć poziom Polskiej Kultury, inaczej nigdy nie dogonimy Ameryki.
Zrobiło mi się trochę głupio, bo moje nagrody w konkursach to NIESTETY nie marsz w dół, ale dokładnie odwrotnie, marsz w przeciwnym kierunku niż założył to sobie Minister Kultury.
–    Przepraszam za to wygrywanie konkursów literackich.
On popatrzył na moją skruszoną, pełną winy minę i uśmiechnął się nieśmiało. Drzwi otworzyły się cicho i miękko wślizgnął się do środka dyrektor Teatru TV. Spodziewałem się agresji z jego strony. Jednak jego postawa była dosyć życzliwa. Nie podał mi co prawda ręki i zaczął z pogróżkami, ale mogło być przecież jeszcze gorzej.
–    Przysyłasz mi sztuki nagradzane w konkurach dramaturgicznych i to
pierwszymi nagrodami, do cholery jasnej !… przecież zdecydowana większość tych, których wystawiamy to nagród żadnych nigdy nie dostała i w przyszłości będzie chyba tak samo !… ja ci odrzucam, bo po prostu nie chcę wystawiać, po co zawyżać poziom !
Mówił prawdę, więc nie bardzo mogłem coś rozsądnego powiedzieć na moją obronę. Minister Kultury, jak było do przewidzenia, zgasił ten uprzedni uśmiech kierowany w moją stronę i zaczął podzielać pogląd dyrektora Teatru TV. Mówili na zmianę.
– Powtarzam ci po raz kolejny, musimy obniżyć poziom Kultury Narodowej, bo inaczej to nigdy Ameryki nie dogonimy !… w sferze kultury przynajmniej !… w telewizji publicznej jest już dobrze w zasadzie, ale jest jeszcze wiele miejsc, gdzie poziom artystyczny jest w dalszym ciągu za wysoki !
–    Zobacz na seriale, te same osoby robią to na chybcika, żadnej
nagrody nikt z nich oczywiście nie dostał i nam to odpowiada.
–    Wiele konkursów prozatorskich wygrałeś, „O inny głos" w Warszawie,
gdzie Piotr Kuncewicz był jurorem, „Rubinową Hortensję", im. Reymonta w Płocku, kilka w Szczecinie, parę w Zduńskiej Woli, w Iłży, w Kutnie, w Siedlcach, w Krakowie kilka, w Łodzi, Rzeszowie… i na jaką cholerę !
–    Precedens jest ważny, raz wystawimy dobrą sztukę i widz będzie
chciał więcej dobrych !
–    Najwyższy czas, żebyś to zrozumiał !
Wszystko co mówili było NIESTETY prawdą, więc zaprzeczać nie wypadało. Jedno co w praktyce mogłem robić, to stać pokornie z opuszczoną głową i przyznawać się do własnych błędów.
W sumie obaj okazali się uczciwymi ludzmi, którym dobro Polskiej Kultury leży głęboko w sercu, bo po jeszcze paru minutach pokrzykiwań i pogróżek zakończyli temat i przeszliśmy do omawiania promocji naszej literatury we Francji.
Weszła sekretarka. Podała ministrowi kilka dokumentów i podsunęła w naszą stronę tacę z kawą. Minister załatwiał sprawy niemalże od ręki. Przebiegł wzrokiem po dokumentach, zmarszczył czoło, przygryzł dolną wargę, poprawił krawat, wypchnął językiem górną wargę, zaciągnął się mocno powietrzem, potrzymał je chwilę w płucach a później mocno i głośno odetchnął, coś pod nosem powiedział sam do siebie, pokręcił z dezaprobatą głową, jeszcze raz przygryzł dolną wargę, jeszcze raz wypchnął językiem górnę wargę i oddał dokumenty sekretarce:
–    Jak obniżą poziom artystyczny, to chętnie dofinansujemy te
przedsięwzięcia.
Sekretarka skinęła głową i lekko, zalotnie zniknęła za drzwiami.
Minister Kultury przysiadł obok nas. Wyjął kostkę cukru z cukiernicy, przełamał ją w palcach na trzy równe części i wrzucił do szklanek z kawą.
–    Musimy oszczędzać.
Dyrektor Teatru TV zaczął grzebać w kieszeniach i wyglądało to trochę tak, jakby on miał gdzieś swój cukier. Jednak to był wyraźnie zły kierunek mojego myślenia, gdyż on wyciągnął długopis i zapisał kilka wyrazów w leżącym przed nim kalendarzyku. Kilka słów było... nie za bardzo cenzuralnych. Minister Kultury pił kawę szybko, łapczywie i widać było, że nawet gasząc pragnienie nie przestawał intensywnie myśleć, bo pomiędzy łyknięciami rzucał urywki swoich przemyśleń:
–    … sukces, albo nie ma po co jechać do Paryża… protekcję dobrą
otrzymamy, bo mam tam wpływową osobę… legenda paryskich kabaretów… powinien być sukces, bo teksty są słabe, typowy niski poziom… Jan Lechoń i Jarosław Iwaszkiewicz oklaskiwali ją kiedyś… jechać na darmo, to szkoda pieniędzy… po wojnie oklaskiwał ją ambasador Jerzy Putrament… jak odniesiemy sukces słabszą literaturą to w przyszłości…
My skupiliśmy się głównie na odbiorze jego słów. Co najwyżej przytakiwaliśmy mu głowami, szczególnie, gdy w jego spostrzeżeniach było mniej lub więcej racji.
Po kilku godzinach narady zaczął zbliżać się wieczór, więc pożegnaliśmy się z gospodarzem gabinetu i cicho wyszliśmy. On został, gdyż chciał kontynuować pracę nad obniżeniem poziomu Kultury Narodowej.
Jechaliśmy samochodem drogą okrężną, gdyż Minister Kultury miał wziąć udział w uroczystościach odsłonięcia pomnika. Atmosfera była przyjemna i wyglądało na to, że oni nie żywili do mnie dłużej urazu za moje nagrody. Minister Kultury cały czas trzymał teczkę z maszynopisami kilku powieści na kolanach i nieustannie patrzył na nią uważnym, skupionym wzrokiem, tak jakby czytał poprzez skórę teczki.
Pomnik wyglądał okazale. Stał dokładnie na środku polskiego cmentarza wojennego. Ludzi była mniej okazała ilość, ale jednak kilkanaście osób było. Kręciła się jakaś ekipa telewizyjna z Irlandii. Anglicy podobno odmówili. Dyrektor Teatru TV wyciągnął „Rozmówki polsko – angielskie", odszedł trochę na bok, coś tam przeczytał, to co przeczytał powtórzył cicho kilka razy pod nosem i wesoło zagadał do Irlandczyków.
–    How are you ?
–    Fine. And you ?
–    Dobrze.
Poklepał jednego z Irlandczyków po plecach i wrócił do nas.
Przecięto wstęgi ogradzające pomnik, rozległy się brawa, zabrzmiał hymn państwowy i wystrzeliły salwy honorowe. Kilku kombatantów otarło łzy z oczu a w górze przeleciał wojskowy samolot z czasów II–giej Wojny światowej. Ciągnął za sobą napis: Zwycięstwo i Przyjaźń. Napis na pomniku brzmiał: PRZECHODNIU POWIEDZ OJCZYźNIE żE POLEGLIśMY NA DARMO, OSZUKANI PRZEZ POLITYKóW I SOJUSZNIKóW. Pod napisem był płonący żywym ogniem znicz a z tyłu kamienne, płaczące polskie wierzby. Płaczące kamiennymi łzami.
Minister Kultury zachwalał ideę pomnika i napis, ale mówiąc zagranicznej telewizji o swoich odczuciach, jakby zaprzeczał sam sobie.
Jeden z kombatantów płakał ze wzruszenia a ten drugi co nie płakał, to narzekał:
– Tutaj alianci to trochę tak jak pod Lenino, puścili nas na śmierć… po wojnie nasze koło żołnierzy z tej bitwy poleciało do Ameryki, ale na lotnisku nas cofnęli, czyli deportacja, mi wzięli odciski palców i analizę moczu, dostałem kubek i powiedzieli, zgodnie z prawem deportacyjnym idź do ubikacji i napełnij moczem do połowy, przez to wygrałem bo tam był kran i napiłem się wody, ci od których nie brano analizy moczu to przegrali, bo w drodze powrotnej, w samolocie przez dziewięć godzin, nic nie dostali do picia, jako deportowani to…
Ten drugi co cały czas płakał, to chyba podzielał opinię tego pierwszego, bo zachowywał się tak, jakby miał zamiar powstrzymać łzy. A później powiedzieć to samo co pierwszy i być może nawet z większą goryczą, bo przecież on należał do tych bardziej przegranych, do tych, których deportowano bez pobierania analizy moczu.
Trzeci z kombatantów był artystą i zgodnie z programem uroczystości miał wykonać piosenkę „Milczenie". Wykonał ją w sposób prosty i oczywisty. To znaczy położył pomiędzy płonącymi zniczami wojskową rogatywkę, przestrzeloną tuż nad daszkiem i oddał salut wojskowy. Potem podszedł do mikrofonu, ukłonił się i przemilczał czas trwania utworu. Następnie podniósł czapkę, ukłonił się i przeszedł za kulisy. Odchodząc powiedział w stronę czapki:
–    Nigdy cię nie zapomnę Władziu.
Ministrowi Kultury bądź podobało się to, bądź też i nie podobało. Bił brawa, ale tak się ustawiał, żeby ci trzej kombatanci widzieli jego brawa a ci z telewizji zagranicznej nie widzieli. Dyrektor Teatru TV kalkował to zachowanie. Ten pierwszy kombatant dał brawo a ten drugi nie dał nic bo płakał, ale jakby nie płakał, to na pewno nie pozostałby bierny. Dyrektor Teatru TV niespodziewanie zakończył swoją misję. Dostał wiadomość, że jego bliski kolega napisał słabą sztukę teatralną, więc postanowił wrócić do Warszawy, by włączyć ją szybko do repertuaru.   Pożegnał się z nami. Potem zrobił to samo w stosunku do ekipy zagranicznej:
–    Good bye, good bye.
Oni coś do niego zagadali, coś co on musiał zrozumieć bo płynnie odpowiedział:
–    Dziękuję, wracam do kraju.
Uśmiechnął się i odszedł.
Ten trzeci kombatant i częściowo ten pierwszy, narzekali:
–    … już w kilka lat po wojnie to Niemcy jeździli do Ameryki bez wiz a my
sojusznicy co przelewaliśmy krew za Amerykanów i Anglików to… niektórych cofali z lotnisk i analizy moczu nie brali, to oni nawet wody w ubikacji nie mogli się napić.
Ten co płakał, to nic nie mówił, ale gdyby nie ronił łez, to by na pewno też coś dodał. I to z pewnością coś gorzkiego, bo on podczas deportacji odwodnił mocno organizm. I mimo, że to było wiele lat temu i on później pił dużo wody, to i tak na skutek odwodnienia z jednego oka płakał tylko połówkami łez.
Nisko nad ziemią przeleciały dwa odrzutowce amerykańskie, piękne, nowoczesne maszyny do zabijania. Ciągnęły za sobą transparenty z napisami: POZDRAWIAMY POLSKICH ŻOŁNIERZY, NASZYCH WIELKICH PRZYJACIóŁ.
Minister Kultury kiwnął na mnie. Wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy w stronę Paryża, by odnieść tam sukces w promowaniu maszynopisów, które on miał w teczce.
–    Politycy to często jak niewierna kochanka, już nad ranem zapominają
partnera.
Chciałem w pierwszym odruchu przytaknąć głową Ministrowi Kultury, ale…
On przysnął, więc pomyślałem, czy ze mną było tak samo, czy zapomniała mnie moja pierwsza dziewczyna Wiesława P, czy zapomniała mnie druga, ta blondynka z krzaków nad rzeką, i ta z drogi wysadzanej brzozami, i ta z domku na Jacka działce, i Mirka z ulicy Puławskiego, i Ola z ulicy Jabłkowskiego, i Janina W, i Ala z Krotoszyna, i Krysia z Ostrowa, i blondynka z Karpacza, i ta obok SPATiF–u, i ta z Sądu, i ta z Łodzi, i ta wysoka z fermą kurczaków, i ta z Warszawy, i Grażyna z Ciechanowa, i Jadzia z ulicy Wrocławskiej, i ta ze związków zawodowych, i ta ze skłonnościami do alkoholu, i Małgosia z którą wywijaliśmy w tańcu jak szaleni, i ta której mąż pracował na kolei, i ta z Gniezna, i Pierwsza Dama z Gorzowa, i ta druga z Gorzowa, i ta lekarka z Gorzowa, i ta trzecia z Gorzowa, i ta z Ostrowa co przychodziła do mnie po porady prawne, i ta siedemnastolatka z Człuchowa, i ta z teatru w Kaliszu, i ta druga z teatru w Kaliszu, i sędzia z poznańskiego Sądu, i ta z Delikatesów, i Irka Białowłosa, i ta z Hotelu Lech w Poznaniu, i ta młoda z wąsikami, i ta z zabójczym warkoczem, i Wiesia z ogromną klatką piersiową, i siostra aktorki z Teatru Nowego, i ta u której był Józef Szajna, i…
Ciekawe, gdybym zapukał do drzwi moich dziewczyn i poprosił o gościnę w… Przyjęłyby mnie ? Czy tak jak z polskimi kombatantami, odciski palców, analiza moczu i deportacja za drzwi.
Do Paryża wjeżdżaliśmy od strony Brukseli. Minister Kultury wyciągnął „Rozmówki polsko – francuskie" i zaczął je wertować. Pod nosem szeptał jakieś pojedyńcze słowa. Niektóre po kilka razy.
Szliśmy w stronę Muzeum Luwru. Przed nami szli jacyś Marokańczycy z boku Portugalczycy a z drugiego boku Polacy. Słyszeliśmy polski język:
–    … dziadzia dostawał emeryturę co miesiąc i trzymał zawsze pieniądze
w dłoni i to tak mocno zaciśnięte, że za każdym razem trzeba mu było wyłamywać palce… a później jeszcze płakał, że nic w rękach nie może utrzymać… albo, że zaprosił rodzinę a teraz mu dokuczamy.
Minister Kultury zniewalająco spojrzał na mnie i uniósł brwi do góry, jakby chciał powiedzieć, że nie wszystkim rodakom powodzi się dobrze na Zachodzie.
Myślałem, że idziemy do muzeum, ale on minął główne wejście i skręciliśmy w wąską uliczkę z małymi kawiarenkami po ubu stronach. Po chwili byliśmy na miejscu. Na drzwiach wejściowych wyrysowana była postać kobiety.
–    Ona to legenda, wielka legenda kabaretów.
Po szerokich, marmurowych schodach doszliśmy do jej mieszkania. Zamiast wizytówki na drzwiach widniała mosiężna tabliczka, też z wygrawerowaną postacią kobiety. Minister Kultury zapukał lekko kilka razy i po chwili otworzyły się drzwi.
Przedpokój był urządzony w kolorze czerwono – bordowym. Gosposia, która nas wpuściła, przypuszczała prawdopodobnie, że Minister Kultury będzie miał trudności z językiem francuskim, więc grzecznie milczała. Po kilku minutach weszła… legenda francuskich kabaretów, była striptizerka, którą oklaskiwało wielu, wielu sławnych Polaków. Ciężko opierała się na lasce. Wiedziałem, że z czasem zmieniła formę obnażania się nadal pozostając striptizerką. Później już nie zdejmowała ubrania, pozostawała zawsze w sukni, ale obnażała swoją duszę i swoje myśli, za co dostawała największe brawa. Ja patrząc teraz na jej elegancko ubraną figurę widziałem czystą formę nagości.
Minister Kultury wyjął maszynopisy i wskazał je wzrokiem, ona zerknęła na nie i wskazała palcem, by położył je na barokowej komodzie. Coś mnie zakorciło i wbrew z wcześniejszymi uzgodnieniami, wypaliłem w stronę legendy kabaretów francuskich:
– I have won many literature competitions and have got many prices for my art !
Minister Kultury trochę chyba z tego zrozumiał, bo pobladł i groźnie spojrzał na mnie. W myślach na pewno dodając, na jaką cholerę wyskoczyłeś po raz kolejny z tymi nagrodami i psujesz mi robotę. A ona spojrzała łagodnie, życzliwie na mnie i po prostu powiedziała:
–    Congratulations !
A więc… Ja o nagrodach a ona grzeczna i życzliwa. A w Polsce ? Dlaczego tutaj ceni się twórców nagradzanych a u nas odwrotnie ? Czy oni nie chcą dogonić Ameryki ?
Legenda paryskich kabaretów podała nam rękę i wyszliśmy z jej mieszkania.
Na ulicy Minister Kultury zawołał:
–    Wielki sukces ! Udało się !
Minister Kultury jakby się zakrztusił, głos mu zadrgał z wzruszenia i po policzkach popłynęły mu grube, autentyczne łzy szczęścia. Płakał jednak w pełni szczęścia krótko, bo spojrzał na mnie i… Przypomniał sobie chyba ten mój przykry wybryk z nagrodami. Zobaczyłem jednak, że z łez szczęścia płynących mu z lewego oka, co druga była zaledwie połówką łzy. A z drugim okiem było jeszcze gorzej, gdyż często zdarzały się jedynie ćwiartki łez. Postanowiłem go pocieszyć.
–    Zapraszam na dobrą kolację.
On otarł twarz z pełnych łez, potem z połówek łez i na koniec z ćwiartek i dał mi do zrozumienia iż przyjmuje zaproszenie. Z wzruszenia nadal nie wydobywał głosu.
Głupio mi trochę było. Skoro on wkładał tyle pracy i serca w lansowanie słabych twórców, by dogonić Amerykę, to nie powinno się stawać mu w poprzek drogi. Kiedyś mieliśmy realny program polityczny, który popierał bardzo mój dziadek: Polska od morza do morza. Później równie realny, który też popierał mój dziadek: nie oddamy ani guzika. Te dwa realne programy tak w pełni, to się nie sprawdziły, ale do trzech razy sztuka. Może ziści się trzeci realny program: lansując twórców mało zdolnych dogonimy Amerykę !
Weszliśmy do lokalu w którym kiedyś zbierała brawa legenda paryskich kabaretów, gdy obnażała swoje ciało a później, gdy obnażała swoje myśli. Dzisiaj była tu restauracja niższej kategorii. Na scenie stało parę stolików. Przy jednym siedzieli jacyś Hiszpanie czy Portugalczycy i jedli hiszpańską czy portugalską zupę. Siorbali głośno. I to wszyscy bez wyjątku.
Przez otwarte drzwi do kuchni napływał zapach za zapachem a chwilami to kilka zapachów jednocześnie. Powietrze było mieszane. W jednej dziurce nosa czułem średniość, w drugiej mierność, później średniość zmieniła się w mierność a mierność zeszła kilka kroków w dół.
Gdzieś tam za siedemnastą dzielnicą kryło się słońce. Na tle czerwonego nieba czerniała sylwetka żelaznej wieży… no jak jej tam na imię. Minister Kultury miał już płacz poza sobą i normalnym głosem zaproponował:
–    Zjemy w Brukseli, odnieśliśmy prawdziwy sukces z odsłonięciem
pomnika i z promocją literatury, pieniądze przeznaczone na ten cel nie poszły na marne, to należy nam się lepsza restauracja.
Szybko wyszedł z tego słynnego kiedyś lokalu i stanął na ulicy. Omiotłem wzrokiem scenę. Później to miejsce pod oknem, gdzie siadywali Iwaszkiewicz z Lechoniem i też wyszedłem.
Minister Kultury wskazał palcem w kierunku północnym, czyli w stronę Brukseli i zaczął szybko iść przed siebie. Ruszyłem żwawo za nim.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież