Janusz Orlikowski - Mój daimonion

Leżała obok mnie, gdzieś w odległości jednego metra, na boku z głową wspartą na dłoni.  Postać jakby z biało - siwej porcelany, taka niby figurka lecz rozmiarów – połowa dorosłego człowieka. Była żywa, jej spokojne, opiekuńcze spojrzenie wskazywało na to. Nieruchoma, jakby ruch do życia nie był jej całkowicie potrzebny, milcząca. Patrzyła też na mnie tak, jak się patrzy na dopiero co zakończone własne dzieło. Poeta zna ten stan gdy napisze wiersz i ma przekonanie, że jest on dobry. To porównanie, sadzę, jest tu właściwe. Nie wiem czy była kobietą, czy mężczyzną, zresztą nie miało to żadnego znaczenia. Po prostu była, leżała w miejscu gdzie znajdowała się metalowa, szpitalna szafka mojego sąsiada z pokoju 39A kliniki chirurgii onkologicznej. Wyciągnięty na łóżku, wpatrzony w biały sufit nie chciałem z nią podjąć walki. Niech pozostanie – pomyślałem i nie zwróciłem ku niej wzroku. Chciałem, aby była. Poza tym to nie mógł być przypadek, że zjawiła się nie przed moimi oczami, a z prawego boku tak że musiałbym przekręcić głowę aby rozpocząć bitwę o jej pozbycie się. Zupełnie inaczej niż w przypadkach innych zdarzeń z którymi toczyłem wojnę przez kilka dni. Zdarzeń, nie wizji bo były one tak rzeczywiste, że całkowicie niemal zastępowały świat, który zna nasza świadomość. Siedmiogodzinna operacja i podawana morfina  znalazła swe odbicie. Wtedy zamykałem i otwierałem oczy do skutku aż pojawiające się postaci, przedmioty, dziejące się epizody znikały. By po czasie ponownie się pojawić tak jak ta szpitalna ściana, która zawsze po krótkim śnie zjawiała się tuż przed oczami, aby po paru zamknięciach i otwarciach powiek odjechać na swoje miejsce, a po tym działy się rzeczy inne o których nie będę tu pisał, lecz nie ze względu na ich ewentualną makabryczność, bo tak nie było, ile z uwagi że nie jest to tematem eseju.
Dlaczego więc nie pozwoliłem tym zdarzeniom dziać się? Czy nie byłem ciekawy co będzie dalej? Co się pojawi? Nie. Choć pamiętam raz jeden przez moment zjawiła się taka myśl, gdy mniej bolało. Wtedy pomyślałem o pięknie. A tak ból, cierpienie nakazywały mi walkę, w końcu zwycięską. Ta postać, która leżała na boku w odległości jednego metra ode mnie z głową wspartą na dłoni była jedyną, która po czasie obecności ze mną, sama odeszła. Gdy byliśmy razem szpitalny pokój stał już na swoim miejscu. Świadomość powróciła na dobre. Postać jakby z biało – siwej porcelany pojawiła się wtedy i tylko raz, i była ostatnią z Krainy Nadprzyrodzonej.
W jaki sposób jednak mogłem widzieć opisaną tu, w miarę możliwości rzetelnie, postać skoro  leżąc na szpitalnym łóżku nie przekręciłem głowy, nie spojrzałem na nią? Nie wiem, tym niemniej kojarzy mi się taka oto sytuacja, która ten stan może nieco przybliżyć. Stoimy patrząc gdzieś bezrefleksyjnie w dal. Ktoś z boku, z niedalekiej odległości patrzy na nas i wiemy o tym, i kto to. Celowo nie odwracamy ku niemu głowy uśmiechając się do siebie. Nie, nie uśmiechałem się. Obydwu nam nie było do śmiechu. Skąd jednak pewność, że nie był to również wynik przeżyć po operacyjnych, wynik działania morfiny? Ależ był, tym niemniej tylko w sytuacjach granicznych jesteśmy w stanie zbliżyć się do tego co Nieodgadnione, do tego co „znane" było człowiekowi  w zasadzie od jego zarania, a ujawnione już w poglądach Sokratesa. O czym piszę?
On to, czyli Sokrates, uważany za twórcę etyki w napisanej przez Platona Obronie wyjawia, że w swoim życiu starał się kierować maksymą znajdująca się na jednej z bram świątyni w Delfach, na którą powoływał się już Heraklit, czyli: „poznaj samego siebie". Oznaczało to dla niego poszukiwanie  odpowiedzi na pytanie o dobro właściwe dla ludzi. A w jego przekonaniu najwyższym dobrem jest cnota, przez co Grecy pierwotnie rozumieli sprawność fizyczną i dzielność, natomiast on przez  arete widział to, co w sensie moralnym dobre i przynależne rodzajowi ludzkiemu z jego istoty.  Przy czym człowiek nie rodzi się z cnotą, ale uczy się jej w ciągu swojego życia. Stąd dobro jest wiedzą, a zło niewiedzą. Filozofia zatem jest dziedziną poznania dostarczającą wiedzy etycznej. A zatem pojawia się tu przekonanie, że kształtowanie  odpowiedniej postawy moralnej jest możliwe dzięki wiedzy uzyskiwanej na drodze rozumowej. Przy czym, i tutaj to co nas interesuje najbardziej, docieranie do prawd dotyczących ludzkiego postępowania jest możliwe dlatego, że każdego człowieka wspiera w tym  jakiś głos kierujący jego duszą, czyli daimonion. Z greckiego istota boska, duch opiekuńczy.
Obecność tego  co nie istnieje w świadomym życiu, przez co pojmuję życie stricte rozumowe, a jest; jest obecne w każdym człowieku i niezależne od jego poglądów na sprawy wiary, religii. To zaprzeczenie własnego „ja", które karmi się wyłącznie pragnieniem, pożądaniem, własnym obrazem rzeczywistości, a nie rzeczywistością jako taką. Ego, które patrzy tylko na to co wewnątrz i jest stymulatorem duchowego cierpienia, bowiem jego priorytety są sprzeczne z tym co oferuje nam świat zewnętrzny. Im bardziej jesteśmy rozumowi tym to co transcendentalne jest odległe, a wszelkie znaki niewytłumaczalne zbywane są poprzez naszą niefrasobliwość, odsyłane do lamusa,  bądź przemilczane jako niewłaściwe naszemu sposobowi widzenia świata. Z czasem przestają być w ogóle zauważane, gdyż rozum dąży zawsze do uogólnienia zatracając tym samym zdolność postrzegania szczegółu. Pisz wymaluj nam współczesny świat. Spadkobiercy Oświecenia, epoki dominacji rozumu, jest nam trudno się pogodzić z tym, zwłaszcza po zabójstwie Boga o którym pisał Nietzsche, że może istnieć coś, co wymyka się powszechnemu doświadczeniu i jest nieodgadnione.
Immanuel Kant, który chciał wydobyć ludzkość z czasów niemowlęctwa i zabobonnego traktowania życia, chcąc nie chcąc, danego przez Średniowiecze, wracając jej postawę rozumową czyni jednak Krytykę czystego rozumu, gdzie imperatyw kategoryczny miał stać się zasadą bezwyjątkową na wszystkie aspekty życia. Kant bowiem pomimo że twierdził, iż metafizyka (psychologia, kosmologia i teologia) jest daleka od ideału nauki, pełna sprzeczności, pozornych dowodów i nielogiczności, to jednak nie negował jej możliwości, bowiem przyjął istnienie rzeczy  „samych w sobie". Konsekwencją była niemożliwość zbudowania metafizyki jako wiedzy i w rezultacie słynne: „Postępuj wedle takiej zasady, co do której mógłbyś jednocześnie chcieć, aby stała się prawem powszechnym". Tym sposobem filozofia Kanta stała się próbą osiągnięcia spokoju w istnieniu, tym niemniej próbą ujawniającą zagrożenia i kruchość bytu człowieka. Jarosław Iwaszkiewicz, który jeden z wierszy cyklu Lato 1932 poświęcił Kantowi pisze bowiem tak:

Widzę co nocy bezdeń czarniawą
W górze nad nami,
Niebo ogromne z mgławic kurzawą,
Drżące gwiazdami.

Lecz przerażenie większe porywa
Gdy spojrzę w siebie -
Bezprawnych orbit spieniona grzywa
Jaźń mą kolebie.

Tym niemniej zdaje mi się, że imperatyw kategoryczny, który tak strasznie został ogołocony z moralności w zacytowanym wierszu ma w praźródle swego powstania coś co było również wynikiem działań daimoniona, tyle że w konsekwencji zaprzeczył temu rozum.
Ale czyżby, co wynika z wiersza, opisana przeze mnie postać mogła nie być duchem opiekuńczym, a tylko radością szatana, pisząc kolokwialnie? Być może to możliwe. Rodzi się jednak i pytanie następne: na ile wtedy byłem autentycznie świadomy? Wprawdzie szpitalna sala była już mi taką jaka jest znana świadomości, lecz nie było we mnie poczucia czasu, a tylko wzajemna współobecność leżącej obok mnie postaci  i moja. Według religii chrześcijańskiej Bóg jest wiecznie trwającą aktualnością, gdzie czas przeszły, teraźniejszy i przyszły nie istnieją. To zdarzenie było poza czasem, podobnie jak znak który pojawił się z zewnątrz (gdzie nie istnieje czas), gdy dzień przed operacją stałem przed budynkiem Instytutu Onkologii w Gliwicach, jeszcze w cywilnym ubraniu paląc papierosa. Mogłem wziąć torbę z piżamą, ręcznikiem i innymi akcesoriami potrzebnymi do pobytu i wrócić do domu. Według, by tak powiedzieć głównego lekarza który mnie operował (bo było ich trzech)  jeszcze dwa, trzy miesiące czekać na śmierć, w co nie uwierzyłem. Zatem stojąc przed instytutem - nagle poczułem dotyk na obydwu ramionach, który jakby mi powiedział: idź... I poszedłem. Widać dobrze zrobiłem.
Na obecność daimoniona wskazują zwłaszcza poeci, których twórczość jest głęboko zakorzeniona w naturze, w samym istnieniu, którzy wciąż w doczesnym życiu poszukują arkadii, pragną nadać chaosowi życia sens i poprzez to– by tak powiedzieć - widzą drugą stronę bytu, tę metafizyczną. Czesław Miłosz w sławnym wierszu Ars poetica? mówi wręcz o pewnej nieprzystojności poezji w samej jej istocie, co akcentuje znakiem zapytania w tytule, gdyż: „powstaje z nas rzecz o której nie wiedzieliśmy że w nas jest,/ więc mrugamy oczami, jakby wyskoczył z nas tygrys/ i stał w świetle, ogonem bijąc się po bokach."

Dlatego słusznie się mówi, że dyktuje poezję dajmonion,
choć przesadza się utrzymując, że jest na pewno aniołem.
Trudno pojąć skąd się bierze ta duma poetów
jeżeli wstyd im nieraz, że widać ich słabość.

A zatem według Noblisty daimonion niekoniecznie musi być aniołem z czym, biorąc pod uwagę przedstawione w utworze argumenty można ostrożnie się zgodzić. Wiek XX, będący konsekwencją wcześniejszych, dawał wystarczające powody na to, by dostrzegać w nim rękę demona, „Ponieważ co chorobliwe jest dzisiaj cenione". Ale czytamy dalej: „Był czas, kiedy czytano tylko mądre książki/ pomagające znosić ból oraz nieszczęście./ To jednak nie to samo co zaglądać w tysiąc/ dzieł pochodzących prosto z psychiatrycznej kliniki." Już natomiast w Wierszach ostatnich w utworze Bez dajmoniona z demonem z pewnością do czynienia nie mamy: „Dajmonionie, od dwóch tygodni nie nawiedzasz mnie/ I staję się kim byłbym zawsze bez twojej pomocy. Ten tekst, modlitwę, skargę kończą słowa: „Chciałbym ostrzec czytelników, prosić wybaczenia./ Cóż kiedy nie umiem nawet tej skargi ułożyć." Czy prosiłby tak poeta demona?
Zupełnie inaczej wygląda ten problem u Zbigniewa Herberta. Autor głęboko zakorzeniony w historii, traktujący ją z pełnym przekonaniem jako nauczycielkę życia raczej nie dostrzega daimoniona jako istoty z zewnątrz. Pisze Głos wewnętrzny, który „niczego nie doradza/ niczego nie odradza". I chociaż stara się rozmawiać z nim „- no więc sądzisz/ że dobrze zrobiłem", ten jest jak niemowlę i odpowiada mu gaworzeniem. „ -ga  -go  -gi// dobrze że się zgadzamy" dodaje więc twórca Pana Cogito z ironią i uśmiechem, a także – można uważać - pewnego rodzaju czułością, tkliwością, która często towarzyszy twórczości autora i ma za zadanie współodczuwanie niedoskonałości człowieka, jego błędów, czy nawet złych postępków. Lecz nie o tym tutaj. Zatem, brak możliwości „porozumienia z daimonionem" wynika z cech tej poezji, której atrybutami są historiografia i historiozofia. Poeta wierzy w uczącą  siłę przykładów z czasów dawnych, czego odzwierciedleń w jego wierszach możemy znaleźć mnóstwo. Jego bohaterami są częstokroć postaci mitologiczne i biblijne, które poddaje ocenie krytycznej i daje pytania do przemyśleń. Odpowiedzi zatem są milczeniem. To poezja głęboko etyczna i intelektualna.
Jako wytrawnemu poecie nie obce są mu istnienia rzeczy „samych w sobie", ale widziane na swój sposób. Wystarczy przypomnieć jego Studium przedmiotu, gdzie „najpiękniejszy jest przedmiot/ którego nie ma" i które to wersy radzi czytać Jarosław Marek Rymkiewicz w znakomitym eseju – studium bez pierwszego słowa, a zatem: „(...) jest przedmiot/ którego nie ma" co znakomicie przedstawia charakter jego ars poetica. Tam też są słowa: „słuchaj rad/ wewnętrznego oka".
A zatem o ile u Czesława Miłosza mamy do czynienia z daimonionem, którego istnienie poeta nam ujawnia jako „postać" z zewnątrz, „(...) od dwóch tygodni nie nawiedzasz mnie", to Herbert pisze o wewnętrznym oku, „postaci" z wewnątrz.
To ma swoje konsekwencje w jakże odmiennym u nich postrzeganiu problemu raju. „Jak powinno być w niebie" Noblisty ma wymiar bardziej eschatologiczny i biorący się z umiłowania natury jako takiej. Z umiejętności, którą przez całe swe twórcze, długie życie nabywał, przedostania się na zewnątrz i czystej afirmacji istnienia. Był tym sposobem częstokroć na granicy pomiędzy „ja", tym pysznym, pożądającym, a bezinteresowną kontemplacją. Stąd jego „Jak powinno być w niebie wiem, bo tam bywałem", z roztoczeniem pięknego, tak głęboko związanego z naturą, przyrodą, obrazu nieświadomego dzieciństwa, który w raju powinien być „(...) dalej triumfalnym ruchem/ Wyższego, że tak powiem, stopnia". Z czego wnioskuje, „(...). Że zapach lewkonii/ I nasturcja i pszczoła i buczący trzmiel,/ Czy sama ich esencja, mocniejsza niż tutaj,/ muszą tak samo wzywać do sedna, w sam środek/ Za labiryntem rzeczy.(...)" A dlaczego?

(…) Bo jakżeby umysł
Mógł zaprzestać pogoni, od Nieskończonego
Biorąc oczarowanie, dziwność, obietnicę?

Tylko gdzie wtedy byłaby śmierć? Gdzie byłby czas? Stąd z kolei dochodzi do konstatacji: „(...) Pokój wieczny/ Nie mógłby mieć poranków i wieczorów./ A to już dostatecznie mówi przeciw niemu./ I zęby sobie na tym połamie teolog."
Natomiast Herbert zupełnie inaczej. Nie daje żadnej naturalnej, wynikającej z istnienia próby opisu raju ( daje inny i w innym znaczeniowo kontekście – o tym za chwilę), lecz opierając się li tylko na swym intelekcie, wewnętrznym oku pisze:

Na początku miało być inaczej -
świetliste kręgi chóry i stopnie abstrakcji
ale nie udało się oddzielić dokładnie
ciała od duszy i przychodziła tutaj
z kroplą sadła nitką mięśni
trzeba było wyciągnąć wnioski
zmieszać ziarno absolutu z ziarnem gliny
jeszcze jedno odstępstwo od doktryny ostatnie odstępstwo
tylko Jan to przewidział: zmartwychwstaniecie ciałem

Jest więc tu przedmiot, którego nie ma. Odczytany za sprawą historii, biblii i ewangelii, wynikający z rozważań intelektualnych, rozumu i poetyckiej intuicji, by jeszcze ewentualnie można dodać. Z kolei jako próbę opisu - mamy do czynienia z dość dobrze trafiającym do świadomości ludzkiej sprawozdaniem: „W raju tydzień pracy trwa trzydzieści godzin/ pensje są wyższe ceny stale zniżkują/ praca fizyczna nie męczy (wskutek mniejszego przyciągania), itd., itp., bowiem „Boga oglądają nieliczni/ jest tylko dla tych z czystej pneumy/ reszta słucha komunikatów o cudach i potopach".
Przekonanie o istnieniu daimoniona zdaje się więc być wynikiem indywidualnych rozstrzygnięć. Bardziej powszechna jest, wynikająca z tradycji, wiara w Boga. To „reszta słucha komunikatów o cudach i potopach". Jak jednak nabrać takiego przekonania skoro nigdy nie miałem do czynienia z sytuacją graniczną, gdzie by rozstrzygał się problem życia lub śmierci? - można zapytać. Nie dostąpiłem tej łaski, bo tak w tym kontekście należy to nazwać. Poza tym wiara to coś innego niż przekonanie. Tak, z pewnością wiara to katechizm, dekalog i przykazania, nauka kościoła, przekonanie z kolei jest odczuciem, świadomością istnienia daimoniona, uczuciem jego obecności, w sensie słownym jego gniazdem jest wrażenie. Rzecz ma się nie tyle w tym co nas spotyka, chociaż pełni niebagatelną rolę, ile w otwarciu na zdarzenia metafizyczne, na pozwoleniu naszego „ja", które rządzi się pragnieniem, pożądaniem, marzeniami i wspomnieniami oraz pychą, które jest głęboko zakorzenione w czasie, by odstąpiło od siebie i możliwa była swego rodzaju bezinteresowna kontemplacja. Ego będące naszą realnością, naszą bytnością w tym co przeszłe, teraźniejsze i przyszłe, kreatorem naszych myśli; ordynator psychicznego cierpienia, jeżeli tylko nie poruszamy się po powierzchni bytu, bo wtedy wydaje nam się, że go w nas nie ma, (a wówczas i  autentyczna radość, jakby jej nie było) musi więc nieco przysnąć. Chodzi o to, by nieco „czas potknął się i upadł" jak w wierszu Ludzie na moście Wisławy Szymborskiej, aby otwarcie na to co wykracza poza codzienne doświadczenie było możliwe.
Odczucie istnienia daimoniona nie jest u mnie wynikiem przeżyć szpitalnych, choć z pewnością moje przekonanie utwierdziło. Już w pierwszych książkach poetyckich pojawiają się wiersze, gdzie występują „znaki", a w Piękno, droga i czas:

moi aniołowie mają dobre myśli
chodzą nade mną cicho po podłodze nieba
szeptem wymieniają uwagi

zawsze słucham ich głosów
i tak się zdarza że nie tak  jak na Ziemi
gdzie
ktoś ma głos mocniejszy

coś
szturcha mnie w ramię
kreśli dobrą drogę
ułaskawia
w sprawie wyboru

Można się zastanowić, czy owi aniołowie nie są przypadkiem diabłami z piekła rodem, że powrócę do interpretacji daimoniona zapisaną przez Miłosza w cytowanym wierszu Ars poetica? . Wszak przebiegłość szatana jest nadzwyczaj wyrafinowana i to co dobrem się wydaje w konsekwencji do zła może prowadzić. Ostrzegał przecież Noblista w owym tekście: „Trudno pojąć skąd się bierze ta duma poetów/ jeżeli wstyd im nieraz, że widać ich słabość". Mój wiersz Jest we mnie kończą takie dwie strofki:

jest we mnie zwykły raj
w którym wiemy jak się zachować
by nie speszyć aniołów

jest we mnie zwykł dzień
nikomu nie obiecany
że będzie dobry

Wspomniane zawirowanie jakie pojawia się przy, by tak powiedzieć - ocenie moralnej postaci daimoniona w istocie nie ma znaczenia, gdyż nie jesteśmy w mocy takiej oceny dokonywać. Daimonion  jest istotą z zewnątrz, jest spoza czasu, my w nim usankcjonowani. Kimkolwiek więc On by nie był – nie mamy takiej możliwości. Poza tym jedynie możemy tylko powiedzieć: to co złem się wydaje, nim jest. Oczywiście dotyczy to tylko własnej osoby oceny.
Skoro pokusiłem się wcześniej o przywołanie tak różnych sposobów widzenia raju przez Czesława Miłosza i Zbigniewa Herberta w ich wierszach, w kontekście opisywanych w tym eseju spraw dotyczących odniesień metafizycznych, a konkretnie tytułowego daimoniona pozwolę sobie go zakończyć moim, Raj, który widziałem:

nie widziałem raju poza tym
gdy byłem w szpitalnym ogrodzie
dotykałem liści pni drzew i krzewów
dłoń kiedy wzniosłem ku górze
dotknąłbym chmur gdyby była dłuższa
czas – pustelnik życia nie był mi znajomy

tylko samo jest, obecność
tych liści pni drzew i krzewów
kwiatu nenufaru błyszczącego w wodzie
powietrze i słońce
zaciągałem do płuc ale bez pragnienia
a tylko dlatego – że są

byli tam też ludzie
ubrani, cywilni
nie z mojego raju
tylko niektórzy – jak ta łysa kobieta
w koniecznym turbanie na głowie
czy ten mężczyzna z przypaloną czerwienią
klatki piersiowej

nie widziałem raju poza tym
gdy wyszedłem pierwszy raz
do szpitalnego ogrodu
















Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora