Wojciech Czaplewski - Z CZEGO TA KLATKA I CO W NIEJ MIESZKA?

W siódmym i ósmym numerze tegorocznego „Akantu” znalazł się dwuczęściowy artykuł Anny Kokot, zatytułowany W klatce z potworami. Autorka zawarła w nim przemyślenia na temat życia i twórczości Zbigniewa Herberta. Wypracowanie napisane z pewnym językowym polotem (chociaż ta kolejna owieczka wypełniona siarką prawdy czy ciało fizyczne poety, co poddało się hegemonii ziejących nienawiścią potworów; ten niewidzialny guziczek na tablicy rozdzielczej osobowości, czy uroczy oksymoron: szarpał się bezwładnie...), czyta się dość lekko, jakichś głęboko odkrywczych tez nie zawiera, więc z czym tu polemizować. A jednak nie mogłem się powstrzymać, przede wszystkim dlatego, że od wielu lat zajmując się na kilka sposobów poezją Herberta, nerwowo reaguję na dotyczące go teksty, wtedy gdy zawierają myśl banalną i koncept płaski.

Jeszcze żeby Autorka postawiła jakąś wyraźną tezę... Tytuł sugeruje, że Zbigniew Herbert był w jakiś sposób uwięziony (bo klatka), że otaczało go jakieś zło (bo potwory). A tekst – wbrew tytułowi – wyraża myśl, że to Herbert był klatką potwory mieszczącą bądź że sam był potworem, choć i w tej sprawie mamy niejasność. Na dwoje babka wróżyła: Był Zbigniew Herbert kimś w rodzaju potwora czy nie? Odpowiedź jest dwoista, jak słowa pochodzące z jego wiersza „Kołatka”: „tak – tak, nie – nie”. Dodajmy, że odwołanie do Kołatki to w tym przypadku interpretacyjne nadużycie, bo ten akurat wiersz, nawiązując do piątej zwrotki Mojej piosnki II Norwida i do Kazania górze (Mt 5,37), domaga się nie żadnej dwoistości, lecz etycznej i epistemologicznej jednoznaczności, wyrazistości bez światłocienia... Z pewnością za tezę nie może być uznana tautologia typu: jeżeli przyjmiemy, że rozum potrafi być prawdziwym potworem – to owszem, rozum Zbigniewa Herberta na miano potwora zasługuje z całą pewnością (typowy błąd logiczny polegający na dowodzeniu własnych założeń). A w miejscach, gdzie Anna Kokot zdaje się nabierać stanowczości, mamy do czynienia ze zdaniami puchnącymi od banalnych acz nielogicznych przenośni: ...kąsał własny ogon. Zagubił się nagle na własnej karuzeli aksjomatów. Pokazywano go sobie w gabinecie krzywych luster... Sens tej językowej erupcji (i innych jej podobnych) pozostaje chyba tajemnicą Autorki, którą najwyraźniej, jak to mówią, poniosło. Co niby ma znaczyć, że Herbert swojego wewnętrznego demona kopał w przyrodzenie? I skąd ten protekcjonalny ton (żywi się biedaczek zardzewiałymi puszkami ubitej cnoty; nie dzierżył nad głową złocistej aureolki)?

Rozumiem, że tytułowa klatka z potworami to metafora. Herbert nie jest Godzillą, Hitlerem, Kubą Rozpruwaczem ani nawet Stawroginem. Owszem, miewał sny o krwi i doświadczał niedającej się zwalczyć pogardy, lecz jeśli tej wagi doznania czynią nas potworami, to pewnie wszyscy nimi jesteśmy. Nawet jednak metafora kupy się trzymać powinna. A tu? Czy Herbert jest kimś umieszczonym w klatce z potworami, czy też sam jest potworem? A jeżeli jest w klatce, to czym jest ta klatka? Czy to poezja, Polska, świat, czy może tak zwana własna osoba (ale jeżeli osoba to klatka, to kim jest ten ktoś wewnątrz?)?

Pewnie że można pisać o „potworach” Herberta. Czytając pomyślałem: można by napisać tekst pod tytułem „Różewicz w klatce z potworami”. Miłosz w klatce z potworami, Grochowiak, Mickiewicz, Kochanowski... Da się? Da! Z drugiej strony da się też zrobić artykuł o Herbercie (Różewiczu, Miłoszu, Mickiewiczu...) w klatce z aniołami, z żywiołami, snami, słowami, ideami... Czyli pomysł – a dalej łatwizna. I takich łatwizn pełen jest tekst Anny Kokot.

Zasadniczą jego część stanowią serie lichych interpretacyjnie omówień co bardziej znanych wierszy Herberta, zapamiętanych przez Autorkę z nudnych lekcji języka polskiego, prowadzonych przez wypalone zawodowo, stare nauczycielki. Pogratulować wypada Annie Kokot, że mimo tak bolesnych doświadczeń, w dorosłym życiu ma jeszcze ochotę zajmować się literaturą. A czytelników „Akantu” zapewniam, że przeciętny absolwent polskich szkół „przerobił” w swym uczniowskim życiu dużo mniej wierszy Herberta, niż to wynika z jej tekstu. Ważniejsze jest jednak coś innego: skoro owe omówienia to bezbarwna polonistyczna papka, to czemu aż w takiej ilości nam ją Autorka serwuje? Bo nie widzę w jej artykule miejsca, w którym przykłady owej polonistycznej papki ustępują miejsca omówieniom własnym, soczystym, pieczystym, dobrze przyprawionym.

Sąsiadują tu zdania celne (że w „Apollo i Marsjaszu” od nieludzkiego ideału estetycznej harmonii większą wartość ma ludzkie cierpienie) z banałami zwykłymi („Raport z oblężonego Miasta” stał się apelem o zachowanie godnej postawy), banałami horrendalnymi (każde słowo w wierszu miało dla niego bardzo duże znaczenie), sprzecznościami (najpierw, że jego poezja staje się odbiciem zmiennych nastrojów, a w następnym akapicie:  Jedynie w kilku wierszach (…) choć trochę zbliżył się do spraw osobistych) i bzdurami (rozważania o zodiaku, o wierszu Studium przedmiotu czy Przepaść Pana Cogito, porównywanie Herberta do Julii Roberts, pogląd, że Herbert uznał panowanie wszechmocnej metafizyki codzienności, że nie potrafił się pogodzić z tym, że jest już za stary, że Baczyński stwierdzał zanik zapotrzebowania na uniwersalne wartości moralne...). Uwagi o rymach, interpunkcji i wielkich literach oraz „spostrzeżenia” w rodzaju: wokoło skaczą wysoko jak pchły epitety, metafory czy przemykają szczupakiem przerzutnie, doprawdy można było sobie darować.

 

To prawda, że Zbigniew Herbert nie miał łatwego charakteru. Który z poetów, zwłaszcza wielkich, go miał? Podobno biskup Krasicki, ale nie chce mi się w to wierzyć. W ogóle ludzie o łatwym charakterze stanowią mikroskopijną mniejszość gatunku. Czy to znaczy, że reszta to potwory?

Herbert budził emocje, zwłaszcza polityczne. Wobec tych których zdradzono o świcie nawet jego najbliżsi zdają się stać na barykadzie po przeciwnych jej stronach. Wspomniane przez Autorkę oskarżenia tygodnika „Wprost” okazały się podłą manipulacją. Niekryjący się z sympatią do Herberta Czesław Miłosz pożegnał go wierszem, w którym szacunek do poezji połączył z mówieniem o majakach psychozy i poecie zamienionym w rzecz. Od czasu wywiadu, do jakiego namówił go Jacek Trznadel, zamieszczonego w książce Hańba domowa, resortowe dzieci masowo ujadają przeciwko poecie. Ale trudno to nazwać zmaganiem z potworami – raczej z arcyludzką małością. To wszystko nieuchronnie gaśnie (mimo głosów, które, jak tekst Anny Kokot, próbują na nowo rozdmuchać te ledwo żarzące się drwa), Książę Poetów nieuchronnie mości się na skale pięknej Kalijopy, na najwyższej półce, przeznaczonej dla poetów ponadczasowych i uniwersalnych.

Pisze Autorka: Świat polityki zaczął nadużywać jego naiwnego, wewnętrznego potwora i przy użyciu ideologicznej inżynierii genetycznej stworzył go samego potworem doskonałym. Pomijając już składniową i stylistyczną wartość tego zdania, chciałbym od Anny Kokot usłyszeć, o co w nim chodzi. Bo jeżeli na myśli ma to, że poglądy Herberta są wykorzystywane przez niecnych polityków do ich niecnych celów, to cóż – ich sprawa. Zawsze tak robili – angażowali Kochanowskiego, Mickiewicza, Tuwima, Miłosza – za ich zgodą lub wbrew niej, przy ich współudziale lub nie. Może to i brzydko, ale czy „potwornie”? No nie przesadzajmy. A ten naiwny wewnętrzny potwór? Cóż naiwnego albo potwornego jest w słowach Herberta? No proszę się opanować.

Herbertowska publicystyka, te jego zajadłe felietony zamieszczane w „Tygodniku Solidarność”, często uważane za dowód upadku poety, wcale nie są owocem cynizmu manipulujących Herbertem polityków i wcale nie są czymś sprzecznym z jego poezją. Spór z Miłoszem czy listy do Wałęsy w sprawie Kuklińskiego są prostym przekładem sensów moralnych jego wierszy (choćby takich jak Raport z oblężonego Miasta albo Ręce moich przodków) na język politycznego konkretu. Jeżeli ktoś zachwyca się Przesłaniem Pana Cogito, a nie zgadza z postawą Herberta w kwestiach politycznych, to albo jednego, albo drugiego nie rozumie. Naprawdę nie ma sprzeczności między eseistycznymi rozważaniami o Etruskach z tomu Barbarzyńca w ogrodzie a listem otwartym do George'a Busha w sprawie Czeczenii. Nie ma jej między tym, co mówi w wywiadzie Wypluć z siebie wszystko w tomie Hańba domowa Jacka Trznadla, a tym, co znajdziemy w pisanych wtedy (w latach 80-tych) wierszach. Nie tylko nie ma sprzeczności, jest wyraźne ideowe i etyczne pokrewieństwo. Dostrzeganie i „czucie” związku politycznej czy obyczajowej codzienności z mitem, historią i wielkimi procesami kulturowymi sprawia, że poeci bywają, najczęściej niechcący, prorokami, jak Słowacki w wierszu o słowiańskim papieżu, jak Herbert w Przemianach Liwiusza.

 

Platon i święty Augustyn uważali, że człowiek to dusza uwięziona w jaskini, w klatce z ciała, materii, zmysłowości. Pierwiastek boski osaczony przez potwory cielesności, rozkładu i grzechu. Z drugiej strony Arystoteles i święty Tomasz głosili jedność duszy i ciała. U Zbigniewa Herberta sumienie ma chrząstki, czysta pneuma jest nieludzka, z duszą nierozerwalnie związane są włókna mięśni, krople sadła... Jest więc Książę Poetów bliższy tomistycznej harmonii niż dramatycznego zmagania augustyńskiego. Jak w każdej twórczości artystycznego geniuszu, odbiorca jego poezji ma szansę dotknąć oszałamiającej jedności, gdzie to, co biologiczne, materialne, zwierzęce, styka się z tym, co międzyludzkie, polityczne, społeczne, ale także z tym, co człowieczeństwo w obu tych wymiarach przekracza: z tym, co duchowe, absolutne, nadprzyrodzone. Wyraźny dla wrażliwego czytelnika wymiar osobisty jego twórczości doskonale harmonizuje z powściągliwością i uogólnieniem. „Ja” spotyka się ze światem, Bogiem i drugim człowiekiem. Pełna tajemnic poezja Herberta uchyla drzwi do piękna i dobra. Życie i świat są naznaczone bólem, ale Zbigniew Herbert nie mieszka w klatce. Bezdomny i wykorzeniony – uratował wolność. I nie zgubił się, nie stracił rozeznania. Jego choroby, cyklofreniczne zmiany nastroju, depresje, gniewy i konflikty ani na chwilę nie pozbawiły go godności i człowieczeństwa. Owszem stracił paru przyjaciół. Ze stoicką powściągliwością opisał to w jednym z wierszy: zanik trwałych uczuć / surowa historia / konieczność jasnych wyborów / decydowały / o rozwodach przyjaźni. W czasie gdy obłożnie chorego atakował „salon warszawski”, oskarżając o obłęd, kilka miesięcy przed śmiercią, dorobił się odleżyn na łokciu, szykując znakomity pożegnalny Epilog burzy i nagrywając dla Radia Kraków swoje wiersze i recytowane z pamięci wiersze swoich mistrzów.

A potwory? Owszem są – w jego obcowaniu z krzywdą i nicością, w jego mikrologach ze śmiercią. Znamy je z nocnych koszmarów i pierwszych stron gazet. Powalają okrutnym bezwładem, bełkotliwą rozpaczą, apokaliptyczną grozą – ale Anna Kokot, bawiąc się własnym konceptem, szuka ich nie tam, gdzie one się naprawdę objawiają.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież