Marek Jastrząb - Henryk Sienkiewicz (2)

Ze zgrozą czytam o tym, jak współcześni postrzegają pana Stanisława na tle Laluni Łęckiej. Jak widzą i oceniają faceta uwikłanego w miłosne i dorobkiewiczowskie perypetie. Mężczyznę żyjącego na pograniczu dwóch epok. Epoki odchodzącej, zwanej – romantyczną, i nadciągającej, pozytywistycznej: w połowie tu, w połowie tam. Wśród czasu, w którym przyszło mu borykać się z chłodem codzienności. Z jej sprzecznymi dezyderatami. Tragiczne jest to, że za arbitralne wypowiadanie się o Wokulskim, zabierają się ci, którzy „Lalkę” znają tylko z przelotnego słyszenia, albo zaczerpnęli o niej wiedzę z filmu lub – nonszalanckiego streszczenia szkolnej lektury zawartego w jednym z bryków.

Dzisiaj nie ma w tych zdaniach nic dziwnego: przecież znajdujemy się w świecie sceptycznych sądów, buntowników i obalaczy, wśród bliźnich wietrzących szwindle, popychanych przez marne przedsięwzięcia. Pośród osób chorobliwie niezdolnych wierzyć w normalne uczucia, cudzą wrażliwość i niewyrachowane zamiary; tak za Prusa, jak i teraz mamy do czynienia z dwulicowością.

Być może doczekam chwili, gdy za banalne parę lat wykluje się z obecnych buntowników następca Prusa. Lecz kiedy dzisiaj słucham niektórych wypowiedzi na temat znajomości lektur (choćby w matura, to bzdura. pl), to myślę sobie, że przy aktualnym, bezstresowym systemie kształcenia nawet pół wieku nie starczy. A gdy czytam artykuł o „Lalce!” i autor reklamujący się jako PISARZ twierdzi z powagą, że Wokulski był rosyjskim szpiegiem, a pod jego tekstem znajduję mrowie zachwyconych komentarzy, to nie sądzę, by mnożenie portali z intelektualnymi zmazami miało pomóc czytelnikom. Wprowadza tylko niepotrzebny mętlik w niedouczone głowy. A takie tworzenie nie ma nic wspólnego z rzetelnym pisarstwem. Co się tyczy duchowej młodości, to racja. W tym miejscu posłużę się cytatem: „młodym być, to mając pod setkę, strzelić z procy w łysą czachę luminarza…”

Kisiel: jedyny taki weredyk

Pisać o pisarzu, to syzyfowe zadanie. Z reguły niewdzięczne, bo – stronnicze. Tym bardziej o nim. O człowieku, który przez długie okresy życia był odsunięty od publikowania swoich utworów literackich i kompozycji muzycznych, nad którym ciążyła klątwa wzmożonej cenzury. Truizmem jest powiedzenie, że co pisarz, to osobowość; niekiedy silna, niekiedy nie. Są niezłomni, dysponujący odwagą cywilną, mający ugruntowane zapatrywania i są ugodowcy, zamulacze, wsteczniacy posiadający paskudne przekonania, poglądy uzależnione od wiaterków historii. Stefan Kisielewski należał do nieugiętych i płacił za to wysoką cenę.

Jakiś czas temu radiowa Dwójka zaprezentowała jedną z jego pięciu powieści (Widziane z góry). Nadano ją w wyśmienitej interpretacji Jerzego Stuhra. Podzielona na 49 odcinków, stanowiła ucztę dla znękanych uszu. Jednak słuchając jej, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że została stworzona w innym rytmie niż dzienniki, w odcieniach nie tak nerwowych i radykalnych, a bardziej kontemplacyjnych. Autor zdawał sobie sprawę: powieścią nie rządzi pośpiech.

Co innego dziennik, emocjonalny, skrótowy zapis faktów i spostrzeżeń sporządzonych pod presją chwili, na gorąco, podczas codziennego użerania się z partyjnymi matołami, w trakcie przymusowych randek z cenzurą, a co innego powieść, gdzie można pozwolić sobie na szerszy oddech, głębsze zastanowienie, opisowy malunek pejzażu, psychologiczny portret, rozbudowę atmosfery; publicystyka, to streszczenie, a romans, to rozwinięcie.

Ale woli uprawiać publicystykę. W niej, a zwłaszcza w politycznych felietonach dopatruje się dobrych stron swojego pisania. W nich dostrzega sens. Jednak wie, że sens uprawiania publicystyki jest wtedy, gdy ma ona odbiorcę i autor może liczyć na rezonans. A od czasu nazwania gomułkowskiej ekipy dyktaturą ciemniaków, niszczono go prasowym milczeniem. Początkowo cenzurowały go partyjne myszołowy, w późniejszym okresie dołączyli do stada gnębicieli bojaźliwi obrońcy praworządności z Tygodnika Powszechnego.

Pisze zatem poza PRL, omijając polityczny parnas bęcwałów w walonkach, drukuje u Giedrojcia, w zaciszu paryskiej Kultury, po zaściankowej prasie, w małonakładowych, emigracyjnych gazetkach wydezynfekowanej z rzeczywistości PRL. Jest mało słyszalny, a jeszcze mniej – rozumiany. Z kim by nie gadał, wszędzie jest sam: traktowany z lekceważeniem przez przyjaciół z opozycji, a przez wrogów z aparatu – jak niebezpieczny awanturnik na furiackich papierach; obcy z powodu swojej przenikliwości, wypowiada i o jednych i drugich sądy ostre, bezwzględne, budzące namiętny sprzeciw. I nie tylko o ludziach jest złego zdania, bo i na temat państw wyraża się krytycznie: z uporem przechodzącym w manię twierdzi, że Zachód jak zwykle nie rozumie Wschodu i jest wobec niego nieustraszenie uległy.

Jego teksty nie są letnie, a zawsze kontrowersyjne. Przepojone polemicznym żarem, pisane z ogniem, nie odnosiły spodziewanego skutku. Choć niekiedy jest to ogień przygaszony nazbyt przedłużającym się stresem, rosnącym poczuciem klęski, bezskutecznym mówieniem do głuchych, pisaniem w kagańcu, tłumaczeniem ażurowym umysłom tej prawdy, że są zniewolone, trawione korozją pamięci. Dlatego ma przygnębiające wrażenie daremności pisania, adresowania ich do ludzi ogarniętych przez samonakręcające się psychozy, żyjących pośród obłudy, przeinaczeń i zakłamanej historii, kreatur pogodzonych ze swoim egoizmem, wegetujących z nawyku do śniętego spokoju, zadowalających się złudzeniami, minimalną stabilizacją i kluczeniem pomiędzy świeczką, a ogarkiem.

Wtedy z Dzienników przebija gorycz, smutek niespełnienia. A także towarzyszy im zwiększająca się świadomość przemijania lat spędzonych na daremnym OCZEKIWANIU. Na co? Choćby na społeczne refleksje i normalne życie, na swobodę wypowiedzi, brak paszportowych dylematów czy zaspokojenie głodu nieskrępowanych podróży.

Wtłoczony w duszną izolację, zmęczony szarpaniną z karłowatymi ludźmi, od których zależał los jego publikacji, wieczny frustrat, sceptyk, cynik, ironista i pesymista w jednej osobie, boleśnie odczuwa zmarnowany czas. Jako niespokojny, polemiczny, niesforny duch i moralizator z powołania, stale popada w twórcze rozterki: broni się przed krasomówczym hamletyzmem i jałowym pustosłowiem, a dostrzegając śmieszność swojej sytuacji, kpinkuje z siebie, bo ma uczucie, iż jest jak skryba bez pióra, inkaustu i kałamarza, muzyk bez słuchu i weny, krótko mówiąc: gaduła ukarany milczeniem.

Ratuje się więc ucieczką w zjadliwy chichot ze wszystkich, którzy wrobili go w ten pasztet. Chroni za parawanem szyderstwa. Opędza przed napadami wściekłości, dostrzega absurd pisania do szuflady, chodzenia na kompromisy, tworzenia pod pseudonimem, nonsens poruszania tematów zabronionych, ponieważ wie, że i tak nie będzie mógł opublikować tego, co mu w duszy gra.

Na kartach Dzienników porusza temat własnej jesieni życia. Powraca do tego wątku bardzo często, wręcz natrętnie, co jest w miarę zabawne, zważywszy, że o swojej rychłej śmierci i starczej demencji mówi w wieku pięćdziesięciu siedmiu lat, a czeka go jeszcze dwadzieścia wiosenek z dużym hakiem.

Dziennik jest dla czytelników niewyczerpaną kopalnią wiedzy o postaciach, z którymi się spotyka. O ludziach reprezentujących różne dziedziny kultury. Muzykę, prozę, poezję, filozofię, publicystykę. Mówi w nim o znanych i nieznanych wydarzeniach przytaczając fakty z przemijającej epoki. Starczy wymienić kilku: Bacewicz, Penderecki, Lutosławski, Miłosz, Kołakowski, Słonimski, Iwaszkiewicz, Putrament, Gombrowicz, Bartoszewski, Gołubiew, Eile.

Jak umie, tak pisze, a że umie doskonale, to pisze z werwą, przekornie i błyskotliwie, z miażdżącą inteligencją, nie patyczkując się doborem słów, nie stroniąc od kolokwializmów, cytatów i przysłów, unikając ekwilibrystyki znaczeń; prosto z mostu. Dzienniki powstają w ukryciu, w zeszytach, z myślą o późniejszej książce, o druku w sprzyjających warunkach. I myśl ta jest motorem, siłą napędową tworzenia zapisu. Jest też jedyną sposobnością pozostawienia po sobie świadectwa pełniejszego niż doraźna, mocno ocenzurowana bazgranina w reżimowych gazetach, gdzie musi się powściągać, ważyć słowa, mówić szyfrem.

Nie dlatego, by kogoś nie urazić, ale dlatego, by nie zamknąć sobie drogi do dalszych wypowiedzi. Natomiast w dziennikach nazywanych przez niego żółciowymi, pozwala sobie na swobodę ciętych sformułowań, puszcza się na hazard politycznych spekulacji, intymność zwierzeń i nieskrępowane osądy. Częstokroć brutalne, niezasłużone, szczere do przesady, sprawiające przykrość ludziom z którymi ma na co dzień do czynienia.

Nie oszczędza w nich nawet przyjaciół i, pomimo przykrych doświadczeń, wciąż nie potrafi powstrzymać się przed wyrażaniem swojego zdania. Wynikają z niecierpliwości, rozczarowań i rozgoryczeń. Są więc dla niego zastępczą formą istnienia, ucieczką przed postępującymi, fizycznymi deklasacjami wieku, odtrutką na życie z cenzurą, artystyczną rekompensatą za osobiste niepowodzenia i zachodzące w nim, biologiczne procesy; w nich jest oswobodzony od tombakowych i zezowatych myśli.

A jednocześnie te niesprawiedliwe opinie o przyjaciołach zdają się sprawiać mu radość, bo jako waleczna istota lubi się przekomarzać. Lubi czytać ich rozjuszone repliki. Na przykład zaczepiony przez niego Tyrmand odpowiada zgryźliwym opisem jego postaci i charakteryzuje go jako zapijaczonego niechluja z fryzjerskim wąsikiem. Na co, dokumentnie uszczęśliwiony Kisiel, wyraża się o Tyrmandzie z wielką czułością. Z czego płynie wniosek, że kruk krukowi nie nasobaczy pod ogon.

Ryszard Kapuściński

Czytanie książek pana Ryszarda zacząłem wcześnie. Na długo przed „Szachinszachem”, „Imperium” czy „Wojną futbolową”. Zanim do Polski dotarła międzynarodowa sława jego utworów. W prasie znajdowałem artykuły pisane przez niego z odległych stron. Korespondencje z Indii, Chin, Ameryki Łacińskiej, Afryki, informacje i depesze z miejsc nasiąkniętych krzywdą, nędzą i niesprawiedliwością. Teksty relacjonujące, komentujące, przedstawiające wielobarwną, egzotyczną rzeczywistość kraju, z którego je wysyłał. A także liczne jego wywiady i zapiski rozmów z kandydatami na przyszłych reportażystów.

Ryszard Kapuściński nieprzypadkowo powołuje się na starogreckiego historyka Herodota i na jego prekursorską metodę zbierania wiadomości „u źródeł”: nazywa go pierwszym reportażystą. Herodot stwierdza: „aby lepiej poznać siebie, trzeba poznać Innych, bo to Oni właśnie są tym zwierciadłem, w którym się przeglądamy”. Ta uwaga jest kluczem do zrozumienia twórczości Kapuścińskiego: pisma Herodota są jego brewiarzem. Przy czym nie urządza sobie wypraw turystycznych, a przeciwnie, stara się wniknąć w atmosferę miejsca pobytu. Przesiąknąć jego klimatem. Utożsamić z nim po to, by móc go odtwarzać. W dziełach Kapuścińskiego fakty i daty nie są tak ważne, jak aura wytworzona wokół nich. Interesuje go sedno problemu, istota rzeczy, synteza sprawy, reminiscencje i zbitki przeżyć zapamiętanych z różnych kontynentów. Tworzy z nich kolaże, mozaiki złożone z przenikających się zagadnień. Tym samym buduje własny świat „ogólnych” uczuć; za nic ma drobiazgowe przedstawianie szczegółów; przesadny weryzm – zamula wyobraźnię.

W odróżnieniu od innych korespondentów zagranicznych, nie lubi przebywać w komfortowych warunkach hotelowych państwa, którego jest gościem. Woli być blisko opisywanych wydarzeń. Wśród autochtonów. Uczestniczyć w ich życiu. Ciekawy nieznanego świata, pragnie zaznajomić się z nim gruntownie, ponieważ zdaje sobie sprawę, że inaczej nie będzie uczciwy w tym, co pragnie opowiedzieć. Pragnie – choć w części – zbliżyć się do opisywanej rzeczywistości. Zwraca uwagę na mnogość kultur. Nie pisze jednak o tym, że dzieli je na wyższe i niższe, lepsze lub gorsze, prymitywne i rozwinięte. Nie dokonuje ich klasyfikacji z punktu widzenia Europejczyka. Nie pogardza żadną z nich, a przeciwnie: traktuje ich odmienność z szacunkiem i stawia pomiędzy nimi znak równości czy wręcz – równorzędności; według niego każda z nich ma swój rytm i przebiega zgodnie z własnym scenariuszem zdarzeń. Skoro zaś są równoprawne i rządzą się indywidualnymi zasadami, człowiek o innej kulturze nie powinien narzucać im swoich wzorów.

Jest pasjonatem. Nie tylko pisania, bo i podróży, bo i peregrynacji po bezdrożach Historii. Maniakalnym zwolennikiem społecznych ruchów: uwielbia obserwować początkowe wybuchy i końcowe akordy dogasających rabacji. Podpatrywać narodziny odwiecznych rozczarowań: eksplozje ulicznych zamieszek i przejściowe fajerwerki pałacowych przewrotów. Polityczne i socjalne rozgardiasze warte skomentowania.

Pisze nie zawsze zgodnie z konkretnym zdarzeniami i ich dosłowną lokalizacją. Natomiast wiernie z emocjonalnego punktu widzenia. Lecz ten jego konfabulacyjny styl ma uzasadnienie w specyfice formy przekazu: pojawia się tylko w książkach. Zaś w konwencji depesz i serwisów informacyjnych kierowanych do PAP, pan Ryszard ściśle trzyma się zdarzeń.

Dlatego należy oddzielać lakoniczne raporty przesyłane do kraju, od literackiej twórczości. W niej mógł sobie pozwolić na rozmach i głębię przemyśleń. Natomiast teksty płodzone na zlecenie PAP, z konieczności niedługie, kłócą się z jego niepokornym i żywiołowym temperamentem epika; niejednokrotnie chciałby pogalopować po zawiłościach tematu, poszerzyć go i wzbogacić, ale redakcyjne wymogi krótkich depesz ograniczają mu wypowiedzi do niepokaźnych rozmiarów.

Nad czym ubolewa. Narzeka, że zamiast pisać książki, rozmienia się na drobne pisząc komunikaty, sprawozdania, mało istotne, politykierskie meldunki nie mówiące o przyczynach wydarzeń, ale przedstawiające ich skutki. Tęskni więc za spokojem, za chwilami, gdy będzie mógł bez reszty oddać się prawdziwej pracy. Zanim to jednak nastąpi, męczy się i przycina swoje teksty.

Zmusza go to do bezustannego dokonywania wyboru, do miotania pomiędzy tym, co może, a tym, co powinien umieścić w artykule; galernicza praca nad słowem przynosi efekt w postaci stworzenia unikalnego stylu. Kapuściński, mistrz celnych sformułowań i lekkiego pióra, fanatyczny podróżnik po meandrach literatury, chodząca encyklopedia i doskonały znawca pisarskich technik, w trakcie tworzenia kieruje się empatią.

Nikt przed nim nie pisał w ten sposób: nie wchodził w skórę rozmówcy. Nie starał się przeniknąć przez najgłębsze warstwy jego psychiki. Nie usiłował zrozumieć drugiego człowieka, jego myślenia, lokalnych tradycji, zwłaszcza zaś – tylu istotnych różnic pomiędzy europejskim pojmowaniem kultury, a kulturami pozostałych kontynentów. Kulturami lekceważonymi i umniejszanymi przez naszą, bezpodstawnie zadufaną w sobie i swoich dokonaniach.

Podobnie, jak Malcolm Lowry, autor powieści „Pod Wulkanem”, jest chorobliwym cyzelatorem słów: konstruuje swoją prozę z fragmentów wielu wersji jednego zdania, rozdziału czy akapitu, ze ścinków zanotowanych myśli i spostrzeżeń, w rezultacie czego powstają dzieła najeżone impulsywnością i rozedrganiem. To, co stworzył, nazwać można prekursorskim reportażem opartym o reminiscencje. Osobistą relacją z odniesionego wrażenia. Relacją z atmosfery opisywanego miejsca. Co budzi bezpodstawne opory i nieporozumienia w środowisku dziennikarzy hołdujących tradycyjnym definicjom tego literackiego gatunku.

Edward Stachura

Urodził się 18 sierpnia 1937 we Francji, w rodzinie polskich emigrantów. Razem z rodziną wraca do Polski w listopadzie 1948r. Maturę zdaje w Szkole Ogólnokształcącej Stopnia Podstawowego i Licealnego. Kończy studia w 1965 r. Ma dwadzieścia osiem lat, gdy zostaje magistrem filologii romańskiej. Popełnia samobójstwo w 1979 r. Tyle biografia pisarza. Pisarza – legendy, niekomunikatywnego, skłóconego ze sobą, a zwłaszcza ze swoim ojcem, prozaika żyjącego nadwrażliwością i od wrażliwości tej – ginącego codziennie.

Przede wszystkim – oryginalnego poety, nałogowego buntownika, niebanalnego reformatora i mistrza potocznej mowy, barda nazywanego polskim Jamesem Deanem, wzorem dla młodych pokoleń, a Stedem dla znajomych i „przyjaciół z nazwy”.

Wieczny podróżnik, wagabunda, śpiewak, a zarazem Londonowski tramp z gitarą, czyni ze swojej egzystencji wybuchową mieszankę, rodzaj językowego amalgamatu, mozaikę, splot nietuzinkowych myśli, w rezultacie czego dysponuje darem tworzenia niepowtarzalnych słów. Strojne brawurowym zapisem, tętnią wewnętrznym blaskiem i do czerwoności rozpalają wyobraźnię czytelnika i odbiorcy jego poetyckich, bezpretensjonalnych piosenek; erudycja Stachury i kolorystycznie własna plastyka wypowiedzi – zamieniając je w tęczę, obrazują „zwykłą”, szarą scenerię odczuć.

Nieprzypadkowo nazywano go „świętym Franciszkiem w dżinsach”: kochał człowieka, kochał przyrodę, a zwłaszcza – swobodne wędrowanie po bezdrożach. Nie znosił hipokryzji, napuszonych rozmów, zakłamanych grymasów, cenił natomiast wolność wypowiedzi, ich nie udawaną siłę wyrazu, zwłaszcza zaś lubił swoje filozoficzne obserwowanie świata; opisywane przez niego postacie zamieszkują w prostych, niekomfortowych miejscach i takie też są ich dusze.

W utworach Stachury nie ma agresji, nie ma też pogardy. Jest za to wyrozumiałe spojrzenie na bliźniego. Odczucia, jakie ma każdy z nas, ale nie każdy z nas potrafi je przelać na papier, stanowią dla niego pokarm dla tworzenia, materiał wyjściowy do życio–pisania. A ponieważ nie ma istotnej różnicy między nazwami wiersz lub proza, autor ten mówi: „wszystko jest poezja”.