• +48 52 321 33 71
  • akant24@wp.pl

    Wiesława Barbara Jendrzejewska - Kobieta

    Jeszcze jest dzieckiem co lubi co chce

    i kaprysi jak niesforny dźwięk

    a już woła w niej dziewczyna krzyczy

    kobieta o włosach cyklonu zaplątana pomiędzy

    lustrem nocy a spełnieniem obietnicy świtu

    (w jego słusznie wytartych dżinsach)

    Mogła być Wenus z Milo albo jego muzą

    (pomiędzy setką a dwudziestym papierosem)

     

    Mogła. Tylko czas pomylił dłuta

    i jej talia przepadła jak ognista lawa

    Wciąż jest dzieckiem choć niepospiesznie

    zrywa kartki z dni zawieruszonych

    nie potrafi rozplątać łańcucha pamięci

    poukładać klocków wzruszeń

    Jeszcze jest dzieckiem choć nie funduje

    sobie Chrystusa co niedzielę

    Znów jest dzieckiem a coraz częściej

    potyka się o karawan czasu

    Z archiwum

    Patryk Chrzan- Kobieta - rzeka

    Okładka drugiej książki Magdaleny Gałkowskiej jest dość tajemnicza. Żeńska noga w obuwiu a obok czarny stwór lub czworonożny przedmiot podobny do bezgłowego psa, wszystko utopione w zimnym i wielkim błękicie. Tytułowa „Toca" była wodną torturą stosowaną przez inkwizycję, w odróżnieniu od tortury chińskiej, bardziej bolesną fizycznie niż psychicznie. Połykanie wody wraz z kawałkiem materiału doprowadzało na koniec do silnego bólu, zadawanego przez kata jednym ruchem ręki.
    Tom również wypełniony jest wodą – motywami rzeki, oceanem a także cierpieniem i rozczarowaniem. Klimat tych tekstów jest dość niepokojący a chwilami mroczny, nie przytłacza jednak czytelnika, gdyż pulsuje stałym, choć chłodnym tętnem. W wierszach tych nieprzerwanie pojawia się kobieta, którą pomimo wspólnych cech, nie można jednoznacznie określić i zakwalifikować. To kobieta – rzeka, która jest zmienna i płynna, a przez to przemyka przez palce. Już pierwszy wiersz z cytatem z Lady Lazarus Sylvii Plath, pt „kobieta ocean" wydaje się dobrym mottem dla całości:

    Zdzisław Antolski - Ciemna strona ulicy

    Ewa mieszkała w bloku po drugiej, ciemnej stronie mojej ulicy, nazwanej imieniem jakiegoś niemieckiego komunisty; podobnie jak ja, przy rodzicach. Osiedle było nowe, gierkowskie, tylko beton, z małymi wysepkami starych sadów. Rosły w nich zdziczałe, karłowate jabłonie, rodzące małe pomarszczone owoce. Budowlańcy nie zdążyli jeszcze ich wyciąć albo rozjechać buldożerami, aby potem zalać oczyszczony teren asfaltem. A takich placów bez śladu zieleni było na naszym osiedlu coraz więcej.