Elżbieta Stankiewicz-Daleszyńska DWORZYSKO CZARNEGO HRABIEGO (3)

W tym siedlisku stale wzrastającej entropii, ta oaza czystości, szlachetnej aparycji ukazanej tam KORONKOWEJ DAMY – tak ją PANI EGUCKA w myślach nazwała – zastanawiała!

Nawet zapach tego pomieszczenia – jakże odmienny, od fetoru na dole – zadziwiał: był to zapach jakichś niezwykłych ziół, z którego wyłaniała się głównie woń lawendy; wionęła teraz w stronę PANI EGUCKIEJ z taką intensywnością, naturalną świeżością, bo może spotęgowana jeszcze wilgotnością powietrza, że wytworna perfuma – tak mawiała Cécili PUCHE – zakupiona przez Szlacheckiego w najwytworniejszej perfumerii przy ulicy Paderewskiego – ulicy najdroższych sklepów w Poznaniu – gdzie sprzedawano ręcznie wyrabiane francuskie pachnidła – owo Martine Micallet Parfum Couture – którym przesycona była chusteczka PANI EGUCKIEJ – straciła cała swoją wyrazistość.

Zaskoczona takim widokiem PANI EGUCKA przystanęła w progu i zmiąwszy w dłoni tą chusteczkę, tę, z koronkową, ręcznie dzierganą koroneczką… tę… Cécili PUCHE… z której wionął zapach Wielkiego Świata… bo ta perfuma… trochę z tego zaskoczenia przyciągając wyrazy, powiedziała:

- Salve, szlachetna DAMO KORONKOWA, kimkolwiek jesteś, to na pewno jesteś wyjątkowa w tym wnętrzu kulturą wieków naznaczonym i czystością twego Ducha mroki tego domu rozjaśniającą, bo oblicze twe zacnością i dobrocią naszych starodawnych polskich – sarmackich rodów znaczone – zapisane. Wołałaś mnie? Ja nazywam się PANI EGUCKA – PANI…

- A ja – rzekome Wilczysko się nazywam – odpowiedziała tubalnym wielkopańskim, bo nawykłym do rozporządzania głosem, powodowanym też nieco już przytępionym ze starości słuchem, ta osobliwa osoba – ale jakimś to sposobem – ciągnęła – zrządzeniem chyba Boskim, krew moja – jak słusznie zauważyłaś PANI?... acha, przypominam sobie, EGUCKA! – ta krew staropolskich rodów naszych, krwią wampira z UROCZYSKA zagłuszona nie została, duszy mi nie odebrała.

PANI EGUCKA, tak w tym progu stojąc, z pełnym uprzejmości uśmiechem tych wynurzeń, wiedzą, co było dawniej przesyconych – niczym wówczas, w Grodziszczu tych niesamowitych rodzinnych opowieści CIOTKI HELENY – vel KNIAGINI JELENY ROMANÓW – wysłuchiwać zapragnęła, bo naraz się jej zdało, TRZECIE OKO jej to podpowiadało, że te wynurzenia KORONKOWEJ , będą się w przerażający jakiś sposób nakładały – czuła to! Uzupełniały!!! Bo ta łyżeczka carska srebrna, rzadkość przecież wielka na tej Wielkopolskiej ziemi, w tych zrujnowanych stajniach, co to za oknem je teraz widać było, znaleziona, w Grodziszczu też ją zadziwiała – bo ciotka taką samą miała.

- Po co tak stać w tych drzwiach; człowiek drogą poprzez ten jar zawsze tak wyczerpany, że z nóg pada, a ty PANI do tego, tego mojego brata – Psubrata musiałaś poskromić… widziałam… okna stąd, jak z baszty, na cztery strony świata, łoże na podwyższeniu… wywyższone, to ja wiele widzę… i wiem wiele, a tobie PANI, w tej twojej walce ze Złem…

- Tym ISTNYM – nie wolno go nazywać po imieniu, mawiała Stasia od św. ZYTY – przerwała PANI EGUCKA.

- Jak go zwał, tak go zwał, ale w UROCZYSKU swoje robi, to wiedza o nim ci potrzebna, PANI… nie tam… nie… bo ten fotel ma złamaną nogę; jedyny cały ZIMLER to ten, który tu… obok.

Zamilkła na chwilkę, ale się zaraz ożywiła:

- Już dawno mi się śniłaś PANI po nocach , że tu do mnie zawitasz, wiedziałam, że te chwasty złego ziela przez Czarnego Hrabiego zasiane, wyrywać – powyrywać zapragniesz… Słyszałam… słyszałam… Janowa się uskarżała… z tym bratem – Psubratem uradzała, jak cię PANI stąd przegonić… - zamruczała, bo naraz dreszcz jakby zimny nią wstrząsnął, toteż w te koronki obleczoną kołdrę aż pod nos naciągnęła – podciągnęła.

Znów zaszeptała:

- Nowe porządki? Tej nowej pani PEDAGOG porządkowanie, w ten tu Świat Zła – w sam jego środek – wkraczanie? Za małaś PANI, na – jak tu u nas mówią: ŁÓÓNEGO… za małaś…- zajęczała.

- A czyż ja tego nie wiem, że aureoli nie mam, że tu Świętej jakowejś trzeba – potrzeba; no, ale może chociaż spróbuję, może chociaż spróbuję, może chociaż jedno dziecko uratuję – rzuciła cicho PANI EGUCKA.

- Bo kto ratuje jednego człowieka, jakby cały świat ratował – TALMUD?

- Coś w ten deseń – powiedziałaby Stasia od św. ZYTY; zarządzała naszym domem w przedwojennej OWIE – w TALMUDZIE to było chyba: Kto ratuje życie… ale ratując duszę czyjąś, ratujemy jego życie wieczne… - z tym samym uprzejmym uśmiechem odpowiedziała KORONKOWEJ – PANI EGUCKA.

- Tej tu naszej … - zamruczała KORONKOWA.

- RÓŻOWIASTEJ? – zażartowała PANI EGUCKA – ale zaraz spoważniała. – Widziałam ten jej brzuszek, chyba niewiele się da pomóc, bo ten DZIAD – bo przecie nie dziadek…

- Wywiózł ją do Babki, bo może i sam przerażony… własnej córce przecież RÓŻOWIASTĄ, zrobił, a teraz z córką córki, kolejnego dzieciaka spłodził: podwójnym mężem się niejako stawszy – swej żony, która to, na jej szczęście chyba, przy połogu zmarła; swej córki – której się to samo przydarzyło, a teraz, ze swoją wnuczką… zaraz! Swego prawnuka? Spłodził? Wszystko mi się pokręciło! Ale: swej – Czarnego Hrabiego to syn przecież – plugawej krwi pilnuje, by się przez pomieszanie z dobrą, taka może rozcieńczona – rozmydlona, już swego diabelskiego pomiotu nie płodziła więcej… bo RÓŻOWIASTA, na pewno nowego potwora urodzi, od którego to, już nikt – a na pewno… proszę wybaczyć… ale żadna tam pani PEDAGOG UROCZYSKA nie oswobodzi.

- Horror kazirodczy to… Horror! – wykrzyknęła PANI EGUCKA, ale zaraz dodała – TRZECIE OKO chyba jej podpowiedziało: - Pan Bóg nierychliwy, ale sprawiedliwy – niezbadane są wyroki Boskie – DOBRO zawsze musi zwyciężyć!

- Coś w tym musi być, że niezbadane te wyroki bo weźmy chociaż mnie – ciągnęła KORONKOWA – choć przez Czarnego Hrabiego spłodzona, chociaż bliźniaczą siostrą tego brata – Psubrata jestem, to przecież widać cała plugawa krew jemu się dostała, bo ta moja, chyba po linii matki te geny… delikatna była… rozumu mi nie odebrało, rozeznanie, co dobre, a co złe pozostało, a widząc upadek mego brata, postanowiłem w dziewiczym stanie trwać – starą panną pozostać, by – kto to tam wie, no, jak te… teraz to się wszystko tymi genami nazywa – się dziedziczą, któż to wie jak? Jakiegoś Embriona Zła nie począć… wystarczy… wystarczy, że ten mój Psubrat – jak widzisz PANI, coraz bardziej tę krew przeklętą – kazirodczą, zagęszczał, bo być może, jakieś nowe piekielne monstrum chcąc stworzyć… ale hm… jak do Babki, to i on się czegoś wystraszył? Może wyczuł, że ktoś ważniejszy tu PANIĄ, na to obserwowanie go przysyła, bo może nawet ŁÓÓN już takiej mocy piekielnej, by go dalej wspierać, nie ma… W każdym razie, ja tak myślę, że zło zawsze w końcu musi się wyczerpać…

- Właśnie! – wykrzyknęła PANI EGUCKA – To ciekawe, że mimo tego grasowania Zła na świecie, Dobro jest niezniszczalne… jakimż ciekawym tego przykładem może być nam postawa pani, wobec otaczającej rzeczywistości. Stąd wniosek, że trzeba Dobro wnosić, właśnie w takie miejsca najbardziej przez Zło dewastowane – zagarniane… Dobro… energia pozytywna, ze swymi dobrami myślami… kto wie… kto wie… - teraz i PANI EGUCKA ostatnie słowa wyszeptała, bo i ją naraz siły opuścić były jakby coś z niej w jednym momencie te siły wyssało, jej sił potrzebowało… ku ratunkowi… tak się PANI EGUCKIEJ naraz zdało…

Pobladła i tak naraz osłabła opuściła się na wskazany jej, wyblakłym jedwabiem obity fotelik, stojący przy łożu – posłaniu KORONKOWEJ.

- Stąd ten Czarny Hrabia – ten wasz upiorny ojciec się tu znalazł – jęknęła.

- Tajemnica to, wielka tajemnica, ale ja coś o niej wiem, myślę, że te jego ciemne sprawy – sprawki przejrzałam, toteż z jakimiż to potworami i ich potężnymi potomkami się chcesz zmierzyć, lepiej wiem od ciebie – PANI… to nie na siły człowiecze.

KORONKOWA się ponownie – niby to z zimna – wzdrygnęła i zza walensjanką obszytego dekoltu koszuli, duży srebrny krzyż wyciągnęła, na swej piersi ułożyła.

W PANIĄ EGUCKĄ jakby nowa jakaś energia wstąpiła, toteż zaprotestowała: grzecznie, ale stanowczo.

- Zmierzyć nie zmierzyć? Próbować zawsze można – przejrzeć? Choć ustalić, jakimi drogami chadzają, na tych ich drogach zasadzki, nawet sidła, bo to POTWOROMONSTRA, ustawić, nogę im podstawić, klopsikami… ooo… zadławić, tego się akurat w dzieciństwie od takich sprytnych chłopaków – Płonków, nauczyłam – zapaliła się do tej walki PANI EGUCKA. – Przecież tego, jak go KORONKOWA PANI nazywasz bratem – Psubratem, w worek poznańskich pyrów – językiem Stasi mówiąc – zamieniłam!

- Działałaś PANI, przez zaskoczenie, wtedy przeciwnik mniej groźny…

- No właśnie! Najlepszą obroną jest atak! Zło zatem zaatakować, a najlepiej zniszczyć w zarodku, ot co! – uruchomiła teraz całe swoje pozytywne myślenie PANI EGUCKA. – Zawsze trzeba liczyć tylko na siebie jak jest trudno; Stasia to mówiła, że i Święty Boże nie pomoże, jak chłop nie zaorze!

- PANIĄ EGUCKĄ poniosła jej wyobraźnia: już widziała siebie, jak biega po rozległym UROCZYSKU, rzucając w powtory monstrualne zamrożonymi klopsikami PANI EGUCKA święcie wierzyła w to, że jak sobie COŚ wyobrazi, to to zawsze w realu się sprawdzi! Nooo… może będzie jeszcze ciekawiej, bo nieco inaczej, ale PANI EGUCKA zawsze górą, na Siódmym Pagórze, a nie w jego cieniu… O, nie!!! Na pewno ta KORONOWA będzie teraz na PANIĄ EGUCKĄ te pełne deszczówki misy wylewała, by oprzytomniała, ale PANI EGUCKA, tak jak i STASIA od św. ZYTY, swoje wiedziała! No tak… ta KORONKOWA to wylewnie właśnie zaczynała…

- Zniszczyć w zarodku ZŁO? – zajęczała – na to już za późno – już się tu rozlazło, jak wszy po kożuchu; bo taką pierwszą wszę podrzucił tutaj Mikołaj I…

- Pałkin!!!? Tu też? – trochę się jednak przeraziła PANI EGUCKA – tutaj też mnie będzie ścigał, by za mojego przodka Mikołaja ICZA herbu MOGIŁA a nawet TRZY, co to w latach trzydziestych dziewiętnastego wieku w Moskwie młodzież arystokratyczną rosyjską, ideami Die schöne seele epatował, wolność ludzkiego Ducha nade wszystko wynosił, a to miłe Pałkinowi nie było, oj! nie! Nawet ponoć brata – nie brata? Krewnego najbliższego Pałkinowi, propolskimi ideami zaraził, potem – ciotka mi to w Grodziszczu przed śmiercią opowiadała, bo to jej dziad był ponoć z Galicji – ciotka Helena mi o tym opowiadała… przed śmiercią się spowiadała i mnie tej spowiedzi wysłucha nakazała; była przerażająca! Ciotka bała się o swoje życie, na które to miał nastawać jakiś ŁÓÓN, SZALONYM KNIAZIEM przez ciotkę zwany, miał to być lekarz, który ją leczył, a właściwie systematycznie podtruwał ją jakimiś lekami, nawet nie tylko dlatego, by jej majątkiem, który mu zapisała, zawładnąć, ale głównie z zemsty; mścił się na całej rodzinie, bo rzekomo, pozbawiła go czapki monomacha, czyli carskiego tronu.

- Ciekawe, ciekawe! – nawet pani, nie zdajesz sobie sprawy z tego, żeś poruszyła sprawy mi bardzo bliskie! Bardzo! Bo to zdumiewające, co PANI mówisz… zamieniam się w słuch, bo potem i ja wyjawię sekrety, których się PANI nie spodziewasz… wszystko się naraz łączy! Wszystko to nie przypadkiem się nam przytrafia… to nasze spotkanie… To też zdumiewająca zagadka! – usiadła wygodnie i by nie męczyć szyi siedzącą pozycją, podłożyła z tyłu głowy maleńki jasieczek, omotany jakąś niezwykłą siecią delikatnej, szlachetnie pożółkłej koronki.

Wszystko zaczęło się od tego, że w czas mej wizyty u ciotki Szlacheckiego… tak nazywam mojego męża… ciotka, też bardzo już chora, ze wstrętem patrzyła – wskazała mi sąsiadujące z jej posłaniem, jeszcze jedno… no, bo to było takie małżeńskie, podwójne łoże, po jej rodzicach… i powiedziała do mnie:

- Widzisz to łóżko? Zdziwiło mnie to pytanie i odpowiedziałam: takie samo jak ciocine. Wówczas to, ciotka zrywając się z poduszek, zupełnie tak samo jak pani – KORONKOWA DAMO – wykrzyknęła:

- TAKIE SAMO!? – i zaraz dodała: - To jest łóżko przeklęte! Bo na tym łóżku, na którym ja śpię, moi rodzice – Świeć Panie nad ich duszą – mnie spłodzili, a na tamtym obok, moja siostra poczęła diabła!

Odpowiedziałam – zdumiona – że ciotka Stefa dzieci nie miała – była panną! Wówczas to ciotka Helena mi powiedziała, że jej syn… nazwała go nawet SZALONYM KNIAZIEM… Szalonym Lekarzem… żyje, że otruł Ciotkę Stefę, że ona w tym łóżku nie zasnęła snem wiecznym, ale umarła od trucizny, którą to SZALONY KNIAŹ jej podał i że ona przedtem te resztki ich majątku mu zapisała. Że teraz na jej życie dybie. Zaraz też dodała, że czuję się coraz to gorzej, ale życzy sobie, abym tymi jej sprawami związanymi z zakusami SZALONEGO KNIAZIA się nie zajmowała… jakieś przysięgi, czy coś, ją obligowały do zachowania danego słowa, ciotce Stefie, dodając, że takie osobistości jak ona, przysiąg dochowują. Wszystko, co mogę dla niej zrobić, to sprowadzić do niej Księdza: będzie się bowiem spowiadała, a ja tej spowiedzi mam wysłuchać, bo w innych okolicznościach, nie dam wiary temu, co powie. Zaraz też dodała: poznasz teraz największą tajemnicę naszego carskiego rodu – będziesz ją znała… poznasz dumę i szaleństwo jakie nawiedza niektórych z naszej dynastii, ot choćby SZALONEGO KNIAZIA, przed którym strzec się trzeba! Usłyszysz – choć wszelkie ślady zatarte – zatarte nasze istnienie w świecie – przemienienie w cień.

Sprowadziłam księdza, wysłuchałam jej niezwykłej spowiedzi, którą pozwoliła mi ujawniać… by nie przemieniła się w cień… a wyznała rzeczy frapujące do tego stopnia, że aż niebezpieczne… może i lepiej, by w CIEŃ odeszły…

- Z dynastii ROMANOWÓW pochodzę – powiedziała nadspodziewanie mocnym głosem, bo przecież już od dawna słabowała. Przeżegnawszy się, dodała:

- Carewna – KNIGINI JELENU jestem – dodała z wielkim bólem w głosie.

- Choć ślady mego pochodzenia starannie przez mego pradziada zatarte – ciągnęła – byśmy żyć mogli, to sprawy się tak miały: mój pradziad w Sankt Petersburgu, bratem? Bratem z nieprawego łoża? Kuzynem? Samego Cara był! W każdym razie: ROMANOW był, w pałacach w Sankt Petersburgu, a może w Pawłowsku, a może w balszoj ekaterińskoj dwarce – powiedziała naraz po rosyjsku wtedy ciotka – mieszkał. Z jakiegoż to powodu polskość popierał – ponoć z tym słynnym, w tym czasie tam żyjącym w latach trzydziestych dziewiętnastego wieku w Moskwie – tak od ojca ciotka słyszała – Polakiem Mikołajem ICZEM herbu MOGIŁA a nawet TRZY się zadawał, w jakichś jego kółkach, według ojca mego działał, które to Carowi Mikołajowi I się podejrzane wydawały, wolność ducha ludzkiego głosiły ; no a nadzór policyjny za tego Pałkina (tak go zwali), straszny był, bunt tych Dekabrystów dopiero co tak zdławiony krwawo – tajemnica!

Toż ta jego polskość Carowi się wredną stała i za NIEBŁAGONADIOŻNOŚĆ wraz ze swymi policyjnymi siepaczami życia pozbawić go zapragnął. Było już uradzone: wróci z polowania do pałacu, to go tam zadźgają.

Ręka Opatrzności jednak inaczej zrządziła: jego wierny koniuch carewski, zarządzający jego stajniami i stadami bydła, podsłuchał tę rozmowę i natychmiast pradziada naszego o wszystkim uwiadomił, do pałacu już wracać z polowania nie radził, do Zaboru Pruskiego ucieczką się retować – takiego to wyrazu ciotka używała – umyślił, uprzednio wszystkie stada bydła i konia przez granicę przepędził, by zmylić trop i długiej mściwej ręki swego carowego brata – nie brata uniknąć, pradziad nasz – nazwisko owego wiernego koniucha przejął – znaczny Carewskiego; że to niby Carowi służył – stada bydła sprzedał, ogromnym majątkiem wyposażony od Niemców ziemię wykupywać rozpoczął i…

Jeszcze PANI EGUCKA nie dokończyła, gdy KORONKOWA wykrzyknęła:

- I w 1863 roku…

- Ależ tak! W tym właśnie roku, w czas styczniowego powstania, zginął za Polskę… ręka PAŁKINA go nie dosięgnęła.

- Jakie tam: nie dosięgnęła – mruknęła KORONKOWA – przecież aż tu, do Wielkopolski przysłał za nim tajnego egzekutora – KNIAZIA Upiornego – z okrucieństwa znanego na carskim dworze, później ojca Czarnego Hrabiego, a dziada mojego; w czas tego Styczniowego Powstania go przecież ubił…

- Przecież w bitwie zginął?! – ciotka o tym wiedziała – opowiadała, ale skąd pani – KORONKOWA DAMO, tak dokładnie te sprawy zna? Czyżby ten Upiorny KNIAŹ, się swą morderczą działalnością przechwalał? – zdumiała się, a może i przeraziła PANI EGUCKA.

- Bo znałam tę Stefę… Wiem… te jej siostry… było ich chyba ze cztery – część z nich powychodziła za mąż – za niskich stanem, jedynie chociaż najstarsza – Katarzyna – za polskiego szlachcica SZLACHECKIEGO…

- Mojego teścia… Skąd? – zdumiewała się nadal PANI EGUCKA.

- Mówiłam już – znałam Stefani… bardzo dobrze ją znałam – poznałam. Opowiadała o tej – jak ją pani zwie: ciotce Helenie – KNIAGINI JELENU, a swej siostrze, co to panna pozostała, bo żadnego chama nie zaakceptowała, bo to jej wysokie pochodzenie – jak mawiała – na to nie pozwalało. Swój honor miała – pozostała dziewicą. Zaś Stefani… cóż… się zakochała, inne życie wiodła… pani o tym nie słyszałaś?

- Ciotka Helenka się o niej bardzo oględnie wypowiadała – na tej spowiedzi też… pamiętam: mówiła tak:

- O siostrze, która tak jak ja, panną pozostała, mówić nie będę, cudze grzechy nie mnie osądzać, bom nie ksiądz – tak mówiła – ale jakież to grzechy – to pozostało zagadką – jakąś wielką tajemnicą.

- Dobrze tę zagadkę znam – westchnęła KORONKOWA – bo z tą nasza rodziną, od tego Upiornego KNIAZIA się wywodzącą, o jego syna Czarnego Hrabiego zahaczająca, związana…

- KNIAGINI ROMANOW?! Z rodziną kata swego dziada – pradziada związana?! Nie może to był – jęknęła PANI EGUCKA.

- Niestety – zło rodzi zło… ludzki rozum nie zrozumie, ale było tak – zamruczała znów jakby siebie, jakby trudno jej było zdania, okrutną prawdę ujawniające, z jakichś to głębi przepastnych jej serca formułować , toteż ślinę przełknąwszy odkaszlnęła, przechylając – nachylając głowę, na której ten koronkowy, muzealny wręcz, czepiec się przekrzywiwszy, siwe kosmyki włosów ukazał, wobec tego, zewsząd tu zaczajonego ISTNEGO, jakby bezbronną ją czyniąc, tak ni to opowiadała, ni to zawodziła…

- Upiorny KNIAŹ jednak zgładził tego ROMANOWA tu przybyłego, choć to niby Carewskiego – ukrytego pod nazwiskiem swego pastucha, by swej bytności na ziemiach ZABORU PRUSKIEGO nie zdradzić…

Stało się to w tym nieszczęsnym 1863 roku… w kwietniu to było… taki czarny dzień… niby to zwycięski, bo strzelcy i kosynierzy dowodzeni przez Edmunda TACZANOWSKIEGO pod Pyzdrami; koło Wrześni to było… 1200 chłopa pokonało liczniejsze siły rosyjskie. Niestety – tego samego dnia doszło do strasznej klęski pod Brdowem, gdzie to utworzony przez Prądzyńskiego oddział – jakiś francuski, nie pamiętam, pułkownik nim dowodził – uległy liczniejszemu oddziałowi carskiemu… było dużo zabitych, dużo rannych, ten Francuz też zginął: wtedy to Rosjanie zamordowali część rannych, wśród nich syna słynnego filozofa poznańskiego – Karola Libelta… tajny wysłannik Cara zaś.., ten mój protoplasta Upiorny KNIAŹ… wiem o tym z jego tajnych zapisków, przechowywanych w skrytce tej oto sekretery z czeczotowego drewna… tajny raport – jakiś odpis jego, w którym to donosi Carowi, że ten ROMANOW vel CAREWSKI nareszcie pod tym Brdowem zgładzony, tym dawnym wyrokiem carskim dopadnięty – dobity – zgładzony… - szeptała KORONKOWA, zroszone naraz potem czoło falbanką – też koronkową – z tego czepca muzealnego ocierając, bo z tego przekrzywienia na to zafrasowane złym wspomnieniem czoło opadła.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora