Barbara Tylman - KLUCHA

           Po przypadkowym natknięciu się na Drągala powróciły wspomnienia i potęgująca się chęć zorganizowania spotkania całej piątki. To, co powiedziałam, iż z resztą naszej paczki widuję się sporadycznie, nie było prawdą. Tak mi się wtedy po prostu wymsknęło. Kiedyś, raz czy dwa razy minęłam przelotnie Alę. Piotrasa i Zygi nie widziałam już dawno. Czy jednak to moje niezawinione kłamstewko miało jakieś wielkie znaczenie? Zapamiętana rozmowa z Drągalem zaczynała mnie bardzo naciskać. Ponieważ dysponowałam wolnym czasem, zamarzyło mi się doprowadzić do spotkania. Wystarczy przecież odwiedzić stare kąty w dawnym miejscu zamieszkania i rozpytać ludzi. Można też poszperać w Internecie. Z całą pewnością jakieś ślady po nich są. Zastanawiałam się jednak, czy kiedy już ich odnajdę, zechcą się spotkać. Drągal jest pewny na sto procent, ja także. A reszta?

         Pewnego popołudnia, zaparzyłam sobie szatańsko mocnej kawy, zdjęłam z pawlacza karton ze starymi fotografiami i zaczęłam w nim grzebać. Pomiędzy różnymi rodzinnymi, znalazłam trzy zdjęcia. Na jednym był Karol, Zyga, Piotras i Ala, na drugim chłopaki i ja. Trzecie zdjęcie przedstawiało Karola, Zygę, Alę i mnie.

         – O, kurcze, mam to, o co mi chodziło – powiedziałam na tyle głośno, że do pokoju zajrzał mój mąż.

         – Zobacz – wskazałam palcem – to jest ten, którego nazywaliśmy Drągalem. Nadal jest chudy i wysoki jak tyczka. Spotkałam go wtedy, kiedy się spóźniłam, a ty mnie zbeształeś, że obiad nie był o tej porze co zwykle. I właśnie Drągal przypomniał mi o całej paczce. Teraz, gdy mam przed sobą to zdjęcie, coś mi w głowie zaświtało.

         – Ciekawe, w jaki sposób chcesz ich odszukać. Z pewnością wszyscy się pozmieniali, może nie mieszkają już na osiedlu – powiedział powątpiewając w pomyślną realizację mojego planu.

       – Jak zwykle, pesymista – mruknęłam, ale już głośno dodałam – jeśli się bardzo chce, to wszystko jest do osiągnięcia.

         Wzruszając ramionami, poszedł do drugiego pokoju oglądać telewizję.

         – No to Baśka, do roboty. Trzeba zakasać rękawy, spiąć się i może się uda – postanowiłam.

         Przyglądając się starej fotografii, przypomniałam sobie, co przyczyniło się do tego, że na jakiś czas, nie było Karola, Zygi, Piotrasa i Ali, lecz był Drągal, Klucha, Nygus, Gwiazda i ja – Mikrus. Karol – Drągal, bo wysoki chudy. Kiedy zaczęliśmy tak na niego mówić, wcale się nie zdenerwował. Na widok grubaska z pucołowatą twarzą, roześmiałam się. Przecież to Zyga – Klucha. Wciąż skarżył się, że babcia codziennie na obiad gotuje makaron i pierogi i pewnie dlatego jest taki gruby. Trzeci z kolegów Piotras – Nygus, był naprawdę nygusem. Z każdej roboty potrafił się albo wykręcić, albo skombinować zastępstwo. Wkurzał się, kiedy mówiliśmy do niego – „Nygus, zabierz się wreszcie do roboty” – i udawał, że nie słyszy. I jeszcze Ala. Ta zawsze zgrywała się na wielką artystkę. Trzeba jej oddać – ładnie śpiewała, stroiła różne teatralne miny i poruszała się jak modelka, ale też przy okazji miała wszystkich w nosie. Po bliższym jednak poznaniu okazywała się całkiem równą kumpelą. Taką do tańca i do różańca. A że do tego była urodna, została naszą Gwiazdą. Ostatnią z fotografii byłam ja, czyli Mikrus. Nazwanie mnie przyszło w związku z dość popularnym wtedy małym zwrotnym samochodem, który udawało się zaparkować na niewielkiej przestrzeni. Najniższa, trochę chuderlawa, ale... błyskawiczna w działaniu. Najszybsza w biegach, sprytna w załatwianiu wszelkich spraw. Potrafiłam się wszędzie wkręcić i wykręcić. Taka byłam? Aż nieprawdopodobne. Co też czas potrafi z człowiekiem zrobić...

         Patrząc na te zdjęcia, coraz bardziej nabierałam przekonania, że muszę działać. Mając w pamięci słowa Drągala, że „nic się nie zmieniłam”, postanowiłam wyruszyć na osiedle mojej młodości w poszukiwaniu śladów przyjaciół.

         Pewien listopadowy dzień obudził mnie mżawką. Brr... nie dość, że szaro, to na dodatek mokro i chłodno. Szkoda, że skończyła się piękna jesień. Na rok odeszły spacery, w czasie których dzieciaki biegały po parku szurając liśćmi. Od czasów dzieciństwa lubiłam zbierać takie najbardziej kolorowe. Układałam z nich bukiet, a potem niespodziewanie wpadałam do matki, obdarowując ją nim. Często ją odwiedzałam, bo starość jakby przywiązała do krzesła czy tapczanu jej wątłe ciało. Zazwyczaj odległość do rodzinnego domu przemierzałam samotnie. Obok przejeżdżały tramwaje, przemykały samochody, a ja szłam rytmicznie licząc kroki. Podczas takiego przemarszu dużo myślałam. Cofałam się w przeszłość, lecz również wybiegałam marzeniami daleko przed siebie. Wychodząc z domu, w sklepiku mieszczącym się w bloku kupowałam sobie sznekę z kruszonką i idąc dziubałam ją kawałek po kawałku. Po drodze mijałam postój taksówek. Licząc odruchowo oczekujące na pasażerów taksówki, przypatrywałam się siedzącym za kółkiem mężczyznom. Czasem się uśmiałam, widząc czym są zajęci. Jeden przeglądał prasę, inny drzemał z otwartymi ustami, a zdarzało się, że któryś dłubał w nosie, nie zwracając uwagi na moje spojrzenie. Ale w ten ponury dzionek jeden z taksówkarzy wydał mi się znajomy. Samochód także wyglądał na dosyć zadbany, a że nie chciało mi się iść na piechotę, otworzyłam z rozmachem drzwi i klapnąłam na tylnie siedzenie trzaskając nimi. Kierowca aż prawie podskoczył i odwrócił się.

         – Czy nie może pani normalnie zamykać drzwi? – warknął – w domu też pani tak trzaska? Cholera, co za ludzie.

         – Ależ pan jest wrażliwy. Nie wyspał się pan, czy co? – również odburknęłam. Podałam adres i czekałam aż ruszy.

         Przez moment panowała cisza, jakby się wahał, czy warto jechać. Nagle machnął ręką, a z mruczenia pod nosem jakie dochodziło zza kierownicy, wyłapałam, że czeka mnie coś jeszcze. No i stało się. Ujechaliśmy kawałek i auto odmówiło posłuszeństwa.

         – Cholera jasna. Jeszcze to... no, to się może przydarzyć tylko wtedy, jak wściekła baba wsiądzie w pierwszym kursie – wydusił bez skrępowania.

         – Dla pana pech, ale i dla mnie także. To chyba dlatego, że trafiłam na takiego gbura. I co teraz? – odpaliłam od razu.

Odpowiedział krótko – kicha. Albo pani wysiada, albo czeka, aż wymienię koło.

         Nie miałam zamiaru reszty drogi odbyć piechotką, powiedziałam więc:

         – Ja mam czas. Poczekam. A długo to będzie trwało?

Zmieniając nieco ton odpowiedział:

         – Dziesięć, może piętnaście minut...

         – OK. Poczekam. Ale może mi pan włączy jakąś muzykę, żebym się nie zanudziła. Może pan to zrobić? – próbowałam jakoś przejść do normalności.

         Poszukał jakąś stację nadającą muzykę i poranne wiadomości. Podczas gdy on wymieniał koło, ja przyglądałam się temu gderającemu facetowi. Coś mi mówiło, że gdzieś go widziałam. Ale gdzie i kiedy, za nic w świecie nie mogłam sobie przypomnieć.

         Moja dalsza podróż upłynęła bez niespodzianek. Widocznie limit się wyczerpał, ale... Kierowca od czasu do czasu zerkał w lusterko, jakby sobie coś przypominał. Ja także patrzyłam coraz przychylniejszym wzrokiem, aż w pewnym momencie zaryzykowałam rozmowę.

         – Wie pan co? – zapytałam – miałam kiedyś kolegę szkolnego, bardzo do pana podobnego. Tylko że był... nie taki nerwowy. Przyjemniejszy w obyciu i bardziej otyły. Tworzyliśmy paczkę kumpli – dwie dziewczyny i trzech chłopaków. Jeden z nich był wysoki chudy i nazywaliśmy go „Drągalem”. Był jeszcze Piotras, Ala i Zyga. Fajna paczka. Ciekawe, co się z nimi stało.

Zdziwiłam się ogromnie, gdy samochód nagle zjechał na pobocze drogi i się zatrzymał.

         – No, teraz to mnie wysadzi – pomyślałam.

         – O, jasny gwint! – przecież Zyga, to ja. We własnej osobie. A pani, to która jesteś? Ala czy Baśka? Obydwie były fajne, chociaż dwie przeciwności, jak dzień i noc... Ale wiem, ty jesteś Baśka, bo taka wygadana i bezpośrednia. Mam rację?

Nie pozwoliłam aby się rozgadał.

         – Tak, oczywiście, w samej rzeczy – jestem Mikrus. Ale ty, Klucha? Zmieniłeś się, nie ma co. Kiedyś, gdy pracowałeś w państwowej firmie, widywałam cię czasami. Byłeś wtedy jeszcze mocno przy kości, ale teraz?

         – O, to dawne czasy. Grubasem byłem długo, za długo. Wszystkiemu winna jest babcia. A z tych klusek oprócz przezwiska i tuszy przyplątała mi się cukrzyca i wiele innych chorób.   Jeszcze jak pracowałem na państwowej posadzie, to miałem możliwość, żeby wyjechać do sanatorium i podleczyć te swoje dolegliwości. Wszystko wiązało się z nadmiarem wagi. Kręgosłup, zwyrodnienia i serce. Nie ożeniłem się, bo która by chciała takiego grubasa. Mieszkam w tej samej chacie co zawsze, bo rodzice pomarli, a za życia przepisali dom mnie i bratu. Udało mi się brata spłacić i teraz sam mieszkam w tej ruderze. Mam od kilku lat taką jedną dochodzącą babkę. Robotna jest dosyć. Posprząta, ugotuje, dba prawie jak o swój dom. Kobieta po przejściach, ale nie chce zalegalizować związku. Wie, że jestem chorowity i może boi się czegoś. Jest taka sobie, ale czego ja mam wymagać. Widzisz, jaki sam jestem. Spisaliśmy jednak umowę, że jakby coś się ze mną stało, to dom będzie jej – taka darowizna za darowane mi lata. Brat wyraził zgodę i nie będzie miał żadnych pretensji do spadku po mnie. Teraz trzeba by robić remont, ale wiesz, jak jest z forsą. Leki drogie i nawet nieraz nie wykupuję tego, co mi przepisują lekarze. Przeszedłem na rentę, kupiłem auto i teraz jestem panem u siebie. Jak mi się chce – wyjeżdżam, jak nie – dłubię coś w domu albo w ogródku. No i zdarza mi się wozić takie zołzy jak ty.

         – No, no – przerwałam mu wreszcie – tylko bez porównań. Sam mnie wkurzyłeś tymi swoimi uwagami. Ale już od samego początku jak wsiadłam do twojej taksówki, wydawało mi się, jakbym cię znała.

         – Ja ciebie nie poznałem. Też inaczej wyglądałaś. – Zyga zmienił nagle temat – ale słuchaj, dobrze byłoby spotkać się z resztą. Z Karolem, Piotrasem i Alą.

         – No, właśnie. Próbuję was odnaleźć. Inicjatorem tego, aby się spotkać był Karol. Z tego względu, że mieszka w jakimś małym mieście, wzięłam to na siebie. Nie wiesz może czegoś o Ali i Nygusie? – zapytałam.

Klucha zamyślił się przez moment. Po chwili zaczął pogwizdywać.

         – Wiem, że Ala była jakiś czas za granicą. Bliżej nic mi nie wiadomo, ale widuję nieraz jej bratową. Postaram się czegoś dowiedzieć. Co do Nygusa, to pojeżdżę trochę i popytam. Dam ci jakoś znać. A dzisiaj, dokąd właściwie jedziesz? – odwrócił się, aby na mnie spojrzeć.

         – Jadę do mamy. Tak co drugi dzień muszę u niej być. Mieszka sama i trzeba jej zrobić zakupy, z piwnicy przynieść węgla, napalić w piecu – odpowiedziałam prędko, spoglądając na zegarek.

         – Ale przecież masz rodzeństwo. Nikt się nią nie zajmuje? – nie odpuszczał.

         – Widzę, że pamiętasz o mojej rodzinie. I wiesz, jak to jest. Zawsze musi znaleźć się ktoś, kto się poświęci. Reszta pomaga w inny sposób. Ja nie mogę pomóc finansowo, więc chociaż w ten sposób odpłacam się za dobre wychowanie. Ale teraz jedźmy już, bo będzie się denerwowała.

         Musiałam w jakiś sposób zakończyć rozmowę, bo można by tak gadać nawet i do wieczora. Kiedy zatrzymał się przed domem, wysiadł z auta i żegnając się powiedział:

         – Daj mi swój numer. Jak się czegoś dowiem, zaraz ci zadzwonię. Musimy się spotkać. Już zaczynam się cieszyć.

         – Nie ciesz się na zapas, bo zapeszysz. Nie wiadomo, czy do tego dojdzie. Jeśli wszyscy będą chcieli – będzie fajnie. Okaże się – rzuciłam na odchodne.

         Gdy wysiadłam, Zyga delikatnie zamknął drzwi swojej taksówki i pożegnał mnie zabawnym klaksonem. Otwierając furtkę posesji, w której mieszkała moja mama, jeszcze raz spojrzałam za odjeżdżającym samochodem i stwierdziłam, że z tego Kluchy, to nawet fajny facet. Całkiem inny człowiek niż kiedyś.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież