Janusz Rulka - Weteran

Sierpień, 1980

 

            Gdy się jest w czteroosobowej sali, biorąc codziennie po kilkadziesiąt milionów jednostek penicyliny z kroplówki, nie licząc innych antybiotyków wbijanych igłą w tyłek, trudno się zajmować tylko czytaniem prasy, lekturą książek i roztkliwianiem nad sobą.

Chociaż to nie prawda. Właśnie czytam w Trybunie Ludu, że I sekretarz tow. E. Gierek udał się na wypoczynek do Jałty. A przedtem odbył długą rozmowę z tow. Breżniewem. W Wolnej Europie mówią, że gadali o nadmiernym zadłużeniu Polski. Niby taki troskliwy ten Breżniew. A kto na Gierku wymógł, by budował na nasz koszt rurociąg z Syberii kupując rury na zachodzie, czy tamże wyposażenie statków, które za bezcen sprzedajemy potem ruskim.

Właściwie to cały naród żyje gestem Kozakiewicza pokazanym na Olimpiadzie w Moskwie. Z resztą, co to za olimpiada, gdy kilkanaście liczących się państw nie przysłało ekip, w związku z krwawą wojnę ZSSR w Afganistanie. Czyli coś do nas dociera, mimo że najważniejsze sprawy dzieją się tu, w szpitalu Jurasza.

Ja mam swoje zmartwienie: zapalenie wsierdzia. Na sali, a raczej w pokoju jest ciągły ,,ruch personalny”. Jednego wypiszą, drugiego przyjmą, trzeci jedzie na OIOM lub z niego wraca, czwartego wywożą niewiadomo kiedy ,,nogami do przodu”.

Właśnie na miejsce tego co ,,trafił do wieczności”, przyszedł taki koło pięćdziesiątki, wesoły, trochę kuleje, razem z nim, z pakunkami pojawia się z dziesięć lat młodsza od niego żona, z sympatycznym kilkunastoletnim synem. Pięćdziesięciolatek radośnie wita się z trzema ,,starymi”, widać, że ma łatwość nawiązania kontaktów.

Ale za moment personel zmusza go do położenia się na szpitalnym łóżku. Lekarz przegląda jeszcze raz elektrokardiogram, zleca zrobienie następnego, a potem ogłasza:

– Ma pan stan przedzawałowy, proszę spokojnie leżeć. Przez następne dni będzie pan dostawał dwa razy dziennie kroplówkę i inne leki, a potem się zobaczy.

Nagle widzę, że żona manipuluje coś przy jego piżamie i wyciąga z niej protezę nogi–od kolana w dół. Żegnają się, zostajemy sami. Rozmawiamy o niczym, bo głupio się tak od razu pytać, skąd to inwalidztwo. Po kilku dniach nasz lekarz odcinkowy stwierdza:

– Właściwie niebezpieczeństwo panie Janie minęło, powoli proszę zacząć chodzić.

,,Nowy” szybko zjednuje sobie naszą trójkę i sale sąsiednie, pogodny, jeździ trochę na wózku, potem przypina sobie nogę, wstaje, czasem opowiada sympatyczne dowcipy. Już wiemy, że był brygadzistą w PGR–ze, a od paru lat coś tam robi w biurze. Któregoś dnia, gdy nasza sroga salowa, którą wszyscy lubimy, wyrzuca nas rano na korytarz, aby przewietrzyć ,,wasze śmierdzące sale”, zapytuję:

– A gdzie pan stracił tę nogę?

– We wrześniu czterdziestego czwartego, gdy zdobywaliśmy Pragę. Razem z piechotą 3 dywizji jako wzmocnienie, szło kilkanaście naszych czołgów. No i prawie na podejściu do mostu Poniatowskiego trafili nas z działa ppanc. Czołg zaczął się palić, a my wyłaziliśmy ze środka na pancerz. Zanim się zsunąłem za czołg poczułem uderzenie w kolano. Koledzy jakoś mnie ściągneli, kilka czołgów i teraliera piechoty poszła dalej, a dla mnie wojna się skończyła.

W szpitalu polowym się nie cackali, urżneli kikut powyżej trafienia, no i po paru tygodniach trzeba było zacząć nowe życie. Ojciec i matka mieszkali na wsi koło Wołożyna. Przed wojną przez granicę, to było ze czterdzieści może pięćdziesiąt kilometrów do Mińska Białoruskiego. Jesienią czterdziestego piątego ściągnąłem ich w Nakielskie, gdzie wcześniej dostałem przydział do PGR–u. Wtedy to się jeszcze nazywało Gospodarstwo Nieruchomości Ziemskich.

– To rodzice mieli szczęście, że ich sowieci nie wywieźli na Sybir– wtrącam.

– No, sami sobie pomogi, bo jak w czerwcu czterdziestego pierwszego sowieci rozpoczęli trzecią wywózkę, to razem z krowami uciekli do puszczy, a za tydzień uderzyli Niemcy. Długo by opowiadać co się z nimi działo podczas okupacji niemieckiej i drugiej okupacji sowieckiej. W każdym razie do najgorszego nie doszło i jako rodzina żołnierza i inwalidy wojennego, mieli pierwszeństwo w załapaniu się na transport do ,,ludowej” Polski. Ale długo nie pożyli. Po dziesięciu latach już obydwoje byli w grobie. Jakoś nie mogli przywyknąć do nowych porządków i obcych stron.

Na tym kończymy, bo dość wcześnie zaczyna się obchód, potem śniadanie i znów każdy dostaje swoją kroplówkę. Godzinę później obiad: cienka zupka kaszkowo–marchwiowa, na drugie mieloniec w sosie z ziemniakami i równie cienki kompot. Zamiast drzemki ciągnie mnie jednak do rozmowy.

– To pan wstąpił do wojska w czterdziestym czwartym?

– Wcześniej. Przed wojną ukończyłem siedmioklasówkę w Wołożynie, to wtedy sporo znaczyło. Ojciec miał znajomego, co założył tam warsztat mechaniczny. Naprawiali narzędzia rolnicze, a i niektóre naprawy nielicznych samochodów też robili. Tam terminowałem ponad rok, ale mnie ciągneło do pracy w lesie. Jakoś wpadłem w oko leśniczemu, który też coś w warsztacie naprawiał. Zatrudniłem się u niego. Leśniczy przygotowywał mnie na gajowego. Były wtedy takie stanowiska, a posiadanie państwowej pracy każdy cenił. W 1939 miałem 19 lat. Do wojska byłem za młody. Jak 17 września uderzyła armia sowiecka, po kilku dniach zaczęły się aresztowania. To dla nas nie była nowość, bo przecież po drugiej stronie kordonu koło Kojdanowa i Mińska też mieszkali Polacy. Nawet Kojdanow nazwali ruscy Dzierżyńskiem i był tam ,,polskij nacyjonalnyj okrug”. Ale Polacy w 1937 i 38 roku znikneli stamtąd wywiezieni lub rozstrzelani, w tym i nasi krewni, a okręg przestał istnieć. To było blisko granicy, po parę, parenaście kilometrów i nie udało się wszystkiego zataić. Były wypadki ucieczki na naszą stronę, chociaż NKWD granicy mocno pilnował. Nasi Kopiści z resztą też, bo przez granicę nasyłali dywersantów. Po wkroczeniu sowieci zaczęli aresztowania od inteligencji i mudurowych. Przede wszystkim od właścicieli ziemskich oraz nauczycieli, bo mądrzy i po maturze. Leśnicy też się załapali, bo nosili zielone mundury, a czapki i guziki mieli z orzełkami. Ani się obejrzałem, jak już byłem w więzieniu w Mińsku. A stamtąd wysyłka do łagrów.

– Może to i dobrze panie Janie, bo tych których nie wywieźli w momencie rozpoczęcia wojny niemiecko–sowieckiej, albo wymordowali na miejscu, albo w trakcie konwojowania więźniów na wschód.

– Tego ja wtedy nie wiedziałem. W wagonach, w straszliwej ciasnocie i głodzie wywieźli nas za Ural. Nasz łagier był u ujścia Irtysza do Obu, na północy Tobolskiej obłasti. To nizinny kraj. Straszne błota i jeszcze gorsze meszki, które wprost człowieka zjadały. Na szczęście wkrótce przyszła zima, meszki zginęły, ale zaczęliśmy strasznie marznąć. W łachmanach, o głodzie, rąbaliśmy las. Po trzech miesiącach byłem już ,,dochodiagą”.

– Co to znaczy?

– Znaczy, że nie miałem siły wstać. Dostawałem jeszcze mniejszą porcję chleba i ,,dochodziłem” do śmierci. Uratował mnie polski lekarz, bo jakimś cudem zanieśli mnie do baraku szpitalnego. Leków tam nie było, ale trochę lepiej żywili i można było leżeć w łóżku, a młody organizm chciał żyć. Później, gdy się lepiej poczułem i znów trafiłem do brygady drwali, za poradą mądrzejszych powiedziałem, że jestem leśnikiem i brygadzista mianował mnie pomocnikiem do obliczania wykonania normy. To już była lżejsza praca, ale łatwiej można było dostać w czapę. Bez oszustwa brygada nigdy nie wyrobiłaby normy. Więc oszukiwaliśmy układając luźne sągi. Ale gdyby się wydało, to sąd na miejscu, albo i bez sądu na rozstrzał.

Latem czterdziestego roku było trochę lepiej, bo komendant łagru kazał utworzyć brygadę rybaków i dzięki temu w zupie można było trafić na kawałki ryb. Wrzucano je do kotła pocięte, ale łącznie z głowami i wnętrznościami, więc w smaku nie były przyjemne. Kalorycznie jednak dawały dużo więcej niż cienka zupka z ziemniakiem lub brukwią. Najgorzej z jedzieniem zrobiło się po wybuchu wojny z Niemcami. ,,Wszystko dla frontu”, a łagiernikom normy jedzenia jeszcze zmniejszyli.

Dopiero wiosną czterdziestego drugiego roku dowiedziałem się, że od prawie roku jest amnestia dla Polaków i mogę się starać do armii Andersa. Zanim mnie wypuścili, tamci byli już w Iranie, a ja musiałem się zatrudnić–niby już wolny– w Maszynno Traktornoj Stancji niedaleko od miasta Tobolska. Przydała się praktyka z warsztatu w Wołożynie.

Po pracy wychodziliśmy przed mieszkalny barak, a wieczorny chłód przynosił z odległości kilku kilometrów zapach świeżego chleba z wielkiej piekarni na obrzeżach Tobolska. Ten cudowny zapach prześladował mnie każdego wieczora i nocy. Gdy dostałem pierwszą wypłatę, wybrałem się do miasta i prawie całość zarobionych pieniędzy wydałem na ,,komercyjne” trzy czy cztery bochenki. Dziś, ten chleb pieczony z dodatkiem trocin by mi nie smakował, ale wtedy to było coś niesamowitego. U łagiernika zawsze wyrabiał się nawyk: mieć przy sobie chociaż ,,kusoczek” chleba. Móc go dotknąć ręką w kieszeni i myśleć, że będzie go można zjeść.

Tak tam przepracowałem prawie rok, już się trochę odżywiłem, gdy wiosną czterdziestego trzeciego ogłosili w Prawdzie i w radiowych kołchoźnikach, że powstaje prawdziwa sojusznicza polska armia. Miałem już wtedy 23 lata. Po dużych kłopotach, dostałem w Tobolsku bilet do Sielec nad Oką. Zanim tam dojechałem pierwsza dywizja ruszyła już na front. Trafiłem do czołgów. Ale zanim nas przeszkolili, oficerowie byli prawie wyłącznie Rosjanami, a oficerami politycznymi przeważnie polscy Żydzi, to się zrobił rok czterdziesty czwarty. Wyglądało na to, byśmy do akcji weszli już za Bugiem. Najpierw walczyliśmy na przyczółku wiślanym pod Studziankami, a we wrześniu przeszliśmy pod Warszawę. Resztę pan zna.

Po wojnie w PGR–ze najpierw naprawiałem maszyny, ale bez nogi było ciężko. Potem napatoczyła się żona z sąsiedniej wsi, urodziło się nam dwoje dzieci, a ja zacząłem pracować jako brygadzista.

– No to jakoś panie Janie, ułożyło się panu.

– Może i tak, ale nocami przez lata ciągle mam zwidy. Najgorzej, jak śnię, że leżę w baraku i za moment o głodzie i mrozie będę musiał iść z brygadą rąbać las. A kilka lat temu odwiedziła nas jako przodujący PGR, delegacja radzieckich sowchoźników, oczywiście pod nadzorem tajniaków i ważnego dostojnika z ichniego ministerstwa. Jakoś się tak złożyło, że zaczął ze mną, jako brygadzistą, rozmawiać. Gdy się zorientował, że świetnie mówię po rosyjsku, zapytał skąd znam tak dobrze ten język.

– Bo ja u was studiowałem na uniwersytecie.

– Tak, a gdzie? – zaciekawił się.

– W Sybirze, w Tobolskoj Obłasti – odpowiedziałem.

Wtedy pojął, a nawet pewnie się i trochę przestraszył, bo i oni byli pod nadzorem stojących obok kilku tajniaków, których wyczuwałem bezbłędnie. Rozmowa natychmiast się skończyła, a towarzystwo zachęcone przez naszego dyrektora, całego w prysiudach, ruszyło do pałacu na kolację połączoną z poteżnym chlaniem.