Janusz Paluch - Przyjdzie Szczerek i nas zje!

Lwów i Kresy to dla mnie świątynia Polskości. Tam wykuwała się historia naszej państwowości, potęgi I Rzeczpospolitej. W końcu tam stanął mur, który odgrodził Europę od tureckiego naporu, a w XX w. postawiono barierę przed rozprzestrzenianiem się sowieckiego komunizmu. Także tam wykluwała się w bólu osobowość Ukraińców, która dopiero po 1989 r. zaowocowała powstaniem państwa ukraińskiego. Paradoksem jest, że na ołtarzu wolności Ukrainy złożono daninę krwi bezbronnych Polaków. Rosjanie wywozili naszych rodaków na Syberię, Niemcy na roboty albo do obozów koncentracyjnych, a Ukraińcy mordowali bezlitośnie całe wioski w imię samostijnej Ukrainy. Przeżyli ci, którym cudem udało się schować i uciec. Jednak, czy się to nam podoba, czy nie – wolna Ukraina jest faktem historycznym. Buduje swoją tożsamość z wielkim trudem, w biedzie i znoju, pod pręgierzem, z jednej strony, rodzimej szeroko rozbudowanej przestępczości gospodarczej i nie tylko, a z drugiej pod bacznym okiem wschodniego protektora szachującego sąsiada (sąsiada, nie partnera…) dezynwolturą cenową surowców energetycznych. Państwo ukraińskie szuka swej narodowej tożsamości, bohaterów narodowych wśród postaci, które na swym sumieniu mają ludobójstwo Polaków na Kresach Południowo-Wschodnich – nie tylko na Wołyniu. Ale to jest ich wybór, ich wola. Nie można jednak zmuszać nas, byśmy ten wybór szanowali. Naszym obowiązkiem jest przestrzegać ich przed takimi postaciami. Nie chcą nas słuchać, trudno. Kłamstwo i obłuda… Ukraina jest też naszym sąsiadem. Czy to mało, by interesować się tym państwem, jeździć tam i odkrywać zapomniane światy? Fascynować się odmiennością kulturową, egzotyką, Polakami tam mieszkającymi, wciąż jeszcze autentycznie spragnionymi Polskości (choć już i w ten rejon wkracza komercja, co autor książki, o której tu będzie mowa zauważył dość dobitnie), czy to nie wystarczy, by tam bywać? Odwiedzać wstające z ruin świątynie, nawet te kościoły rzymsko-katolickie zamienione w cerkwie grekokatolickie – w końcu oddychające duchem modlitwy wiernych, czy to mało by w tym procesie towarzyszyć a często i pomagać? Takie są moje Kresy, te miasta jak Lwów, Sambor, Drohobycz czy Żółkiew, że wymienię kilka przychodzących jako pierwsze na myśl.
Czytając książkę Ziemowita Szczerka od pierwszych stron przeżywałem swoisty szok. „Przyjdzie Mordor i nas zje czyli tajna historia Słowian" to zbiór opowiadań lub zbeletryzowanych reportaży, które opowiadają o podróżach przedstawicieli „młodej polskiej inteligencji", poszukujących legendarnej krainy Tolkiena – Mordoru na Ukrainie. Nie mieści mi się bowiem w głowie, że ktokolwiek – z „plecakowcem" włącznie, jedzie do Lwowa, Odessy, Drohobycza tylko po to, by się nachlać gorzały, naćpać miejscową marihuaną i napawać tym, że tam na Ukrainie jest biedniej i gorzej niż u nas! Wydawałoby się, że to absurd! Buntowałem się wewnętrznie brnąc jednak coraz dalej brnąc w książkę. Dałem się zauroczyć sprawnej narracji okraszonej wulgaryzmami tak łatwo wypływjącymi spod klawiatury (chciałem napisać spod pióra…) autora, jego metaforycznemu językowi. Od tej strony to rzeczywiście wspaniała książka, do tego – jak niektórzy już ją zaszufladkowali – pierwsza polska książka wydana w stylu gonzo. Zatem z szansą, że już weszła do historii literatury polskiej choćby tylko z tego względu. I choćby z tego powodu książkę Ziemowita Szczerka warto przeczytać. Styl gonzo jest gatunkiem literackim z pogranicza reportażu i beletrystyki. Autor nie jest beznamiętnym obserwatorem opisywanych wydarzeń, stając się często ich nie tylko uczestnikiem, ale i inicjatorem, odrzucającym przy tym podstawowe zasady dziennikarstwa i etyki.
Zapytałem – pełen niepokoju – znajomych, którzy we Lwowie żyją z turystyki, oprowadzają jako przewodnicy lub wynajmują swe mieszkania coraz liczniej przyjeżdżającym do Lwowa turystom, jak to z nami Polakami w tym Lwowie jest? Mieszkająca w Polsce młoda Lwowianka powołując się na książkę Szczerka mówi mi, że Polacy zachowują się we Lwowie identycznie jak spędzający wieczory kawalerskie Anglicy w Krakowie. Czyli totalny obciach! Nie dowierzam. Piszę do znajomej pracującej w branży turystycznej we Lwowie. W odpowiedzi czytam: Myślę, że to różnie bywa. Młodzież zwiedzająca Lwów grupowo ma swą opiekę, choć nie wiem czym po oprowadzaniu się zajmują. Ale to, że polska młodzież, głównie ze stolicy w wieku 15-18 lat jest rozwydrzona i niewychowana – to potwierdzam… Może inaczej. Polak jedzie na Ukrainę, bo się czuje, jak Anglik w Polsce. (A jednak!...) Wszystko jest taniej, jest cudzoziemcem i ma poczucie wyższości. My nazywamy takiego – było kiedyś takie przysłowie przed wojną – „Anglik z Kołomyji".
Im dalej czytałem książkę Szczerka, tym większe przerażenie mnie ogarniało! Przypominał mi się każdy kieliszeczek wódki i koniaku wypity we Lwowie, jakieś wędrówki po nowych, pojawiających się urokliwych kawiarniach Lwowa. To ja też miałbym się zmieścić w opisanej kategorii Polaków odwiedzających Kresy? Wspominam swe pierwsze wędrówki po Cmentarzu Łyczakowskim. Zauroczenia pięknem tego miejsca w różnych porach roku, wzruszenia przy wspaniałych pomnikach nagrobnych wielkich, znanych i nieznanych Polaków. Szczerek w opowiadaniu „Kwas" opisuje jeden ze swych pobytów we Lwowie, który zaczynają z Udajem i Kusajem wizytą na Cmentarzu Łyczakowskim. Jeszcze nie wiem po co, ale już bulwersuję się czytając, jak wspinają się na cmentarne zbocze. Mijają ulubiony grobowiec autora, „na którym Jezus wygląda, jakby pryskał gazem pieprzowym prosto w twarze dzieciom, którym (…) pozwolono do niego przychodzić". Okazało się, że szli na cmentarz powstańców styczniowych, który był „zarośnięty pod pachy. (…) Przedzieraliśmy się przez te krzaczyska jak Indiana Jones przez dżunglę. U końca cmentarza powstańców stało kilka wielkich, magnackich grobowców, zupełnie odciętych od świata, które pod względem gabarytów z powodzeniem mogłyby służyć za letnie domki. I służyły. Na schodach, w lipcowym słoneczku, wygrzewało się kilku żul-punków. Mieli tu wszystko – stół, krzesła, kraty browaru. Powietrze było ciężkie od oleistego, słodkawego zapachu marihuany." Czytam i dech mi ze zdumienia zapiera! W czasie obrony Lwowa w 1918 r. cmentarz był punktem oporu. Odwiedziłem nawet miejsce, w którym zginął 21 listopada 1918 r. legendarny kilkunastoletni Jurek Bitschan. W czasie II wojny światowej w grobowcach cmentarza ukrywali się przed Niemcami lwowscy Żydzi… Po II wojnie światowej niszczyli cmentarz Rosjanie i Ukraińcy, chowając często w polskich grobowcach swych zmarłych… Zrywali polskie tablice i zakładali swoje, po rosyjsku lub ukraińsku. A żul-punki handlowali tam marihuaną. Zapytani o nią, jeden z nich zatoczył ręką krąg i: „– O wot – powiedział. I faktycznie: kawałek dalej od krzaczorów, przez które się przedzieraliśmy, karnie rosły sobie krzaki marihuany. Z nich również wystawały powstańcze krzyże." O takiej profanacji miejsca wiecznego spoczynku zmarłych dotąd nie słyszałem!… Miejscowi komuniści – Ukraińcy i Rosjanie – zdewastowali sąsiedni Cmentarz Orląt Lwowskich. Niemal zrównali go z ziemią! Kto wie, czy jeśli byliby konsekwentni i dokładni w wykonywaniu poleceń, polskie Santo Campo we Lwowie udałoby się nam odbudować. Dzięki pamięci historycznej, wystającym zniszczonym potężnym pilastrom, kaplicy cmentarnej i zamienionym w garaże katakumbom, w których spoczywały prochy polskich bohaterów, pamiętano o tym miejscu, o jego historii. I kiedy już miejscowi zgodzili się na renowację tego miejsca, ceną było zbudowanie na Cmentarzu Łyczakowskim pomnika i mauzoleum Ukraińskiej Galicyjskiej Armii z górującym nad nim pomnikiem strzelców siczowych, które upamiętniają ukraińskie ofiary również obrońców Lwowa… Ten pomnik powstał za cenę wielu zniszczonych polskich mogił. Autor w opowiadaniu „Orlęta" pisze: (…) patrzyłem na Archanioła Michała z konkurencyjnego, ukraińskiego cmentarza wojennego. Zbudowanego po to, by równoważył wymowę Orląt. Archanioł stał na wysokim cokole, dupą do Polaków, twarzą i piersią do miasta. Musiałem przyznać, że zgrabnie to załatwili". Ani słowa o dziesiątkach polskich grobów zniszczonych w tym miejscu bezpowrotnie. Ani pół zdania na temat kontrowersyjnego podpisu upamiętniającego „ukraińskich obrońców Lwowa", czy faktu zniszczenia cmentarza polskich obrońców Lwowa po II wojnie światowej… Niewiedza? Czy nie pasuje do formy tekstu w stylu gonzo? Za to kpiny z polskich turystów odwiedzających to święte miejsce, z Bogu ducha winnych dzieci żebrzących o kromkę chleba, czy przysłowiową złotówkę.(Hawran, jeden z bohaterów książki mówi do takiego dziecka: „– Spierdalaj", kiedy podeszło do niego „wycierając brudny nos (…) ze swoim dyj pan, ja Polak".) To pasuje?!…
Podejmując lekturę książki poszukuję w niej walorów edukacyjnych, czy choćby przyjemności z czytania. Z książki Szczerka właściwie nie dowiedziałem się niczego nowego o Lwowie, Kresach czy Ukrainie. Czegóż jednak można spodziewać się po ludziach – nie tylko młodzieży, ale i powojennych pokoleniach – uczonych mocno ocenzurowanej historii Polski, a dzisiaj prawie pozbawionych edukacji historycznej? Czy warta była praca i poświęcenie autora, by pokazać kompleksy młodych Ukraińców i – nie chciałbym nazywać po imieniu zachowania naszych rodaków, ale nie znajduję innego słowa – chamstwo młodych Polaków? Czy ci młodzi czytelnicy, którzy przeczytają książkę Szczerka, wyciągną z tej książki właściwe wnioski, czy pójdą na Cmentarz Łyczakowski szukać marihuany, a Lwów i Kresy, obecna Ukraina kojarzyć im się będzie z tanią wódą, i zawodami jak upić miejscowego, czy jak go przetrzymać w piciu? Boję się odpowiedzi na te pytania…
Zastanawiam się, czy autor przygotowując książkę do druku, zastanawiał się, kto jest jej adresatem? Ludzie młodzi, czy dojrzałe pokolenie Polaków? Czy przedstawiony czarny obraz Polaków wyjeżdżających na Ukrainę ma szansę się zmienić? Czy wręcz odwrotnie? Pisząc opowiadania, które złożyły się na książkę „Przyjdzie Mordor i nas zje", autor musiał mieć świadomość, iż kieruje ją do nieprzygotowanego odbiorcy (niewiele wiedzącego o komunizmie sowieckim, Ukrainie i Ukraińcach czy Polakach żyjących na dawnych Kresach etc.), któremu pokazuje w krzywym zwierciadle rewiry Ukraińskości i Polskości, nie tłumacząc właściwie ich genezy.
Jest jednak jeden fragment, pod którym mogę podpisać się obiema rękami. Znajduje się na ostatniej stronie książki w opowiadaniu „Orientalizm", kiedy autor opuszcza Ukrainę. Pogranicznikowi ukraińskiemu okazuje legitymację prasową i nie musi czekać w kolejce z kawalkadą „mrówek", a po polskiej stronie udaje się do okienka dla obywateli Unii Europejskiej. „Patrzyłem, jak pogranicznicy w bramce obok , w bramce dla gorszych, dla unternarodów, upokarzają jakiegoś starszego Ukraińca. Był siwy i wysoki, miał elegancko przystrzyżoną bródkę. Mówił, że jest pisarzem i że ma w Krakowie spotkanie autorskie. Mówił to zresztą nienaganną polszczyzną. Polscy pogranicznicy, dwudziestokilkuletnie szczyle, mówili do niego per „ty" i pytali dlaczego nie jedzie promować swojej książki do Kijowa. Zaciskałem pięści i było mi wstyd. Tak bardzo, kurwa, wstyd." Czy po przeczytaniu książki Szczerka zmieniliby swe podejście do ludzi na granicy? Problem polega jednak na tym, że oni tej książki nie przeczytają, jak i wielu ich rówieśników. Powieść – czy zbeletryzowany reportaż jak pewnie wolałby autor – trafi oczywiście do pewnej ograniczonej grupy młodych osób, przeczytają ją starsi panowie – jak ja – fascynujący się Kresami, tematyką wschodnią. Nam – tym starszym – jej lektura podniesie trochę ciśnienie. Zastanowimy się nad każdym kieliszeczkiem piercowki lub koniaku pitego na Ukrainie „dla zdrowotności" i nadal będziemy chłonąć jej piękno i egzotykę. Czy muszę podawać definicję egzotyki? To nie bieda, nie bród i niechlujstwo, a wszystko to, czego nie spotyka się u nas. Nie jedziemy przecież na Kresy, na Ukrainę, po to, by podnieść się na duchu, bo komuś żyje się gorzej. To absurdalny zarzut! Są na świecie miejsca, gdzie ludzie żyją w nieporównywalnie prymitywniejszych warunkach. Czy jeździmy tam po to, by czuć się krezusami?!
Autor za swego pisarskiego guru uważa Ryszarda Kapuścińskiego. To prawdziwy autorytet dla reporterów, ich duchowy patron i przewodnik. Czytałem chyba wszystkie jego książki i czułem, że autor jest do ich napisania wszechstronnie przygotowany. Spoglądając na „Przyjdzie Mordor i nas zje" można odnieść wrażenie, że autor opisuje tylko taką rzeczywistość, jaką zastał, jadąc na Ukrainę bez żadnego przygotowania! Oczywiście w to nie wierzę, bo nie można mu zarzucić błędów natury merytorycznej. W końcu jest absolwentem prawa oraz studiów podyplomowych z zakresu nauk politycznych, a jako dziennikarz związany jest z popularną platformą internetową Interia.pl oraz pismem „Nowa Europa Wschodnia". Jest w końcu laureatem Paszportu Polityki właśnie za omawianą książkę. Ale czy Kapuściński zaakceptowałby pokazanie w krzywym zwierciadle rzeczywistości ukraińskiej i naszego, Polaków, doń podejścia? Nie sądzę… Dlatego też odnoszę wrażenie, że książka Szczerka jest elementem, który nie wpłynie pozytywnie na układy między Polakami i Ukraińcami. Może nawet jątrzyć, bo wyolbrzymia, wydaje mi się, marginalne zjawisko, jakim jest zachowanie „Anglików z Kołomyji". Choć z drugiej strony może być przestrogą, by w kontaktach z ludźmi na Ukrainie – nawet uważanymi za przyjaciół – być delikatnym i nie narażać ich dumy, a raczej nie wzbudzać u nich poczucia niższości, nie wywoływać skrywanych kompleksów. We wspominanym już opowiadaniu „Orientalizm" Szczerek pisze o Ukrainie: „tutaj można było jarać się lokalny hardkorem, jak jaraliśmy się my, biedni, pijani durnie z kalekiego kraju, którzy cieszyli się, że udało im się znaleźć jeszcze większą kalekę od siebie!" W przypływie szczerości, oczywiście przy wódce – jakże by inaczej – opowiedział o tym swemu ukraińskiemu przyjacielowi Tarasowi. Doszło do awantury. Taras wywrzeszczał: „My tu żyjemy, to jest nasza rzeczywistość. My tu mamy swoje lęki, swoje nadzieje. Co więcej, my kurwa, musimy tę rzeczywistość jakoś starać się polubić, żeby nie zwariować. Traktować ją serio. Z całą powagą. Bo innej nie mamy. A ty, mój kurwa, tak zwany polski przyjaciel, mówisz mi, że przez cały czas patrzyłeś na mnie i moich rodaków, na cały mój kraj – jak na małpy w zoo?" Po tej rozmowie telefon Tarasa zamilkł… No – biez wodki nie razbieriosz!
Ziemowit Szczerek, Przyjdzie Mordor i nas zje czyli tajna historia Słowian, Wydawnictwo Ha!Art, Kraków 2013