Włodzimierz Żródłowski - A kiedy zginę na polu minowym (2)

Nie tolerowałem większej ilości jabcoka. Nigdy nie udało mi się tym upić. Próby kończyły się zawsze jednakowo: bólem umęczonego żołądka i potwornym bólem głowy. Dziś mogłem jeszcze wypić z dziesięć łyków i nic więcej. Dołożyłem kilka drewienek do piecyka. Wystarczyło trochę ciepła i gacie parowały, schnąc w szybkim tempie. Alkohol poczułem w parę minut. Wyraźnie poprawił mi się nastrój. Adamowi o wiele bardziej. Grzaliśmy łapska nad naszym piecykiem, Adam raczył się trunkiem, a o całym wojsku, na tę chwilę, zapomnielimy. Deszcz, mocnymi strumieniami, spływał z papy prymitywnego daszku, znad naszych głów. W taką pogodę, na pewno nikt, nawet nosa nie wystawi na chłód i deszcz. Tutaj nie spodziewaliśmy się nikogo. Do osiemnastej pozostało ponad siedem godzin. Wtedy wrócimy. Postanowiłem wypytać Boruckiego o wszystko, co mnie wkrótce spotka w armii. Okazji tak wyjątkowej nie mogę zaprzepaścić. Wina w butelce było już niewiele, ale Adam uparł się, abym jeszcze sobie trochę łykął. Nie dyskutowałem. Bez słowa wciągnąłem połowę z tej reszty. Dokończył do dna, odłożył flachę pod płot, oparł się wygodnie o deski i zaproponował:
-    No! Pytaj: Co chcesz wiedzieć-    ? – Myślałem przez moment i zacząłem:
-    Najpierw powiedz mi: Co to za dziwna szkółka sanitariuszy i co z tego mam.
-    He..he – Zachichotał i dodał: – Najbardziej regulaminowo PRZE–JE–BA–NE!
-    Czemu?..Ale, tak po ludzku, gadaj! Takie chamskie gadki, to żadna odpowiedź.
-    Dobra. – Przerwał na moment, bekął siarczyście, aż wreszcie zaczął:
-    Jedno jest w tej całej biedzie dla pigularzy dobre: Dostają w pizde regulaminowo–stalowo, a nie falowo.
-    Co? Szyfrem gadasz? Wiesz ile jestem w MON–ie?
Na to zaśmiał się i walnął mnie nieco pięścią w ramię.
-    Młody! Cyfra.... Kosmos! Siedemset jedenaście do cywila?
-    Też tyle miałeś w kwietniu, ubiegłego roku i co? Zrobili z ciebie kanoniera, zwykłego szweja i latasz po mieście równo, z takim jednym kotem za plecami. ..Dupe w deszczu moczysz. Gadaj, jak do cywila, bo gówno z tego kapuje! Co to jest: Stalowo?.. Falowo...?
-    Stalowo, znaczy regulaminowo, według przepisów. Wiesz,..że niby hartują, jak stal.
W tym jest najgorsze, bo "młode jadą, aż zdechną" przez pół roku. Bedziecie trenować, aż pierwszy padnie, dopiero dadzą  przerwe, a jak wydobrzeje, to dawaj...Aż drugi zdechnie..i zaś przerwa.  Potem masz swoją działkę, swoją specjalność i robisz swoje. Dostaniesz  peta na pagon i młodszego specjalistę, to jesteś zrobiony. Jak jesteś dobry, to cie żadne gnojenie do końca biedy, nie rusza. Spokój. W pułku jest jeszcze druga szkolna, okręgówka. Szkolą kaprali do Pomorskiego Okręgu, na wymiankę za innych, co przyjdą do łączności, garów, moździeży i takich tam. Ci, z drugiej, to się na desant nie szkolą. Dużo łatwiej mają. To dla nich stoją w parku SKOT'y. Dostaną po szkółce po dwie belki na pagon i idą do innych formacji, przeważnie do koniarzy.
-    Do czego?
-    Do koniarzy, albo do koni. To masz tych, co w czapkach z daszkiem chodzą, a na służbie pasek pod brodę zakładaja, jak uzdę u konia. No to tak ich zwiemy: konie. Oni nas od żabochlapów, albo WBS–ów,  wyzywają, niby, że Wojska–Błotno–Szuwarowe.
-    A.. falowo?
-    To mają zwykłe szweje. Majo przesrane przez rok, albo lepiej. Za rezerwy też, bo sam tak mam. Nie ma porównania do tych, co idą regulaminowo. Stare wojsko gnoi młodych ile wlezie. Wyżywają się popisowo. Jak który sierściuch słaby psychicznie, to nawet sie pochlasta, palnie se w łeb, albo sie powiesi. Wiem, bo w tej biedzie, to już wszystko miałem. Została mi tylko złota wzorka i złota honorowego krwiodawcy.
-    Mówiłeś, że złotej wzorki, szwej z poboru, nie dostaje.
-    To .. złota wzorka Wojskowej Odznaki Sprawności – Wośka. Taka mogą odebrać-     dopiero, jak przez kwartał nie wyrobisz normy. Ja, takie normy, to robie na jednej ręce i nodze.
W pułku to jeszcze tylko Jajco, a z rozpoznawczej taki kapitan i porucznik mają złotka. Elita. A te "wzorowy żołnierz", też miałem: srebrną i w lipcu poszła sie bujać.
-    Co?
-    Piątkę urlopu zdążyłem wybrać-    . Potem zabrali karnie.
-    Czemu?
-    Za niewinność-    !...Kurwa!
 Nastała bardzo długa chwila milczenia. Deszcz padał równo, więc trudno byłoby teraz nazbierać drewienek do piecyka. Dobrze, że zrobiłem spory zapas. Dołożyłem parę kawałków. Adam wstał, założył stalowy berecik i udał się pod krzaki za potrzebą. Wrócił po minucie, dobrze zmoknięty i usadowił się na ławeczce. Powiesił hełm na lufie karabinka. Odpoczywaliśmy dłuższy czas, aż Borucki ponownie zagaił:
-    Dobry jabol, co? Ale ... czymś go czuć-    .
-    Nic nie czułem.
-    Czuć-    ... niedostatkiem!
-    Ahaaa! A może?... Może się.. coś... wykombinuje? –  Zagadałem z tajemniczą miną.
-    Dobra. Ale potem. Nie w najgorszy deszcz. – Adam grzał dłonie nad puszką z żarem.
-    Zapalimy?
-    Daj, zapalim po całym, jak stare chłopy.  A masz jeszcze forsy?– Wziął papierosa i zapalił.
-    Trochę jest
-    No to dobra, ale potem. Pytałeś o pigularzy?
-    Ehe.    
Tu Borucki wyłożył:" Piguły robio do przysięgi to, co inne elewy na kursie dowódców drużyn desantu identyko. Po przysiędze, te, co sie szkolo na kaprali, ćwiczo na wszelkim ciężkim sprzęcie i broni, a wy macie sie szkolić medycznie: ewakuacje, budowanie gniazda rannych, pierwsza pomoc, opatrunki i takie tam. Tak naprawde, to zrobio z was fuchmistrzów. Bo szkolenie szpitalne kosztuje i biedactwo żałuje forsy. Odpierdolo z grubsza, co musicie umieć i do końca szkółki, do kwietnia, walicie służby w kompanii, na warcie, na izbie chorych i w garnizonie, a do tego robota w magazynach, sztabie, przy koksie – no wsystkie, najdziwniejsze fuchy, aż do obrzydzenia. Najgorsze, że nie pośpicie. Wszystko regulaminowo, bez ścigania kociarstwa. Bo na kompaniach szkolnych, to prawie wszystko koty, a kaprale, nawet te, prosto po szkółce i tak ich docierajo regulaminowo, bo tak w konspekcie napisane. Muszo. Inaczy sami majo przesrane u trepów.
Potem dostaniesz starszego, wpis o ukończeniu kursu młodszych specjalistów i wpis o ukończeniu tego kursu podoficerskiego, w stopniu starszy szeregowy. Przechodzisz do służby sanitarnej, albo idziesz na pigułe, w kompanii liniowej. To już masz spokój. Z pigułami nikt, nigdy nie zadziera – chyba, że kamikadze. Normalnie, potem jeszcze trzy, cztery miesiące i masz drugiego peta, a po roku służby jesteś lepszy gościu. Inni majo do końca nasrane w tej biedzie, a wy tylko pół roku, ale jak!  Potem jes luz i spokój. Co jeszcze?"
Papieros sam wypalał się w palcach Boruckiego. Przypomniał sobie o nim i zaciągnął się.
Puścił dymek w górę. Mówił dalej:" Pigułom nie da sie pozazdrościć, bo nie każdy tak może.
Ja bym nie móg. Miałbym, komu gdzie.. we wrzodach grzebać, to bym chyba żołądek i całe flaki wyrzygał. Już mie rzuca... jak se pomyśle. Za to chodzo czyściutcy i nażarci, jak żaden inny szwej.
Majo całodniowe, służbowe przepustki na garnizon. Łażo na miasto kiedy im pasuje.
Na rewirze majo ciepełko i cicho, a kadra, to lekarze. Tam już wojska nie ma, tyko normalna robota. Pigularze zawsze działajo w pojedynke. Taka fucha. Nikt ich nie rusza, bo nie warto. Lekarze zawsze sie o swoje piguły upomno. Nawet gadajo, że 'sanitariuszy żaden trep nie ruszy'.
 To tyle w temacie."
Wino wyraźnie rozwiązało mu język. Mówił tak, jakby sam, swoją wiedzę i myślenie chciał poddać jakiejś weryfikacji. Oceniłem jego wyjaśnienie, jako wystarczające i właściwe, więc zapytałem:
-    Adam, a jak to jest? Kto w tym całym cyrku rządzi? – Zaciągnął się dymem i odparł:
-    Chyba wicki.
-    Kto?
-    Wicki. No wicerezerwa.
-    Chyba jacyś dowódcy? Chyba dowódca pułku, albo ktoś..?
-    Gówno prawda. Wicki rządzo, bo rezerwa ma za cienko i jei sie nie chce. A trepom, to sie  tyko wydaje, że rządzo. Patrz na nas. Dali rozkaz i co? Wykonany? Sam pic. Kompletna utopia. To trepy myślo, że rządzo. Ni ma w biedzie takiego rozkazu, którego by sie nie udało olać-    . Tylko młode coś robio: ze strachu. No i budulce, bo wyrabiajo se  przody u trepostwa. Stare: rezerwa i wicki, tyko kombinujo, jak tu trepów wyrolować-    . Przecież tresujo nas w tej biedzie: na maksa. Wynik jes taki, że niczego sie nie boisz, nawet trepostwa, do generałów włącznie. Po roku w desancie, to wisz, że jak ci nie pasuje, to cie nikt  i nic nie ruszy..... Może, jakby Niemcy, jak w trzydziestym dziewiatym napadli, to wszyscy by sie postarali, ale to, nie grozi. A tak: Wszystko sie robi na pic, na papierze – tak, jak my tera. Nie pasuje mi, to nie zrobie, a do tego tak skombinuje, że sie nawet nie domyślo, że ich kanonier Adam Borucki olał: cieńko – stróżko – ciepłym – moczem. Taka jes prawda. Tak jes, bo każdo charówe, trepy, z lenistwa, zwalili na szwejostwo z poboru. Od tego nieróbstwa i chlania, dawno zapomnieli, co w regulaminach pisze. Nawet już swoi roboty, bez szweja, nie zrobio. Jak ten pan hrabia: Nasrają w wyro, bo służący nocniczka nie podstawił, a sam pan hrabia nawet zapomniał, że może se, samemu, wyjś na kibel. Te biedaki, bez poborowego wojska, nic nie umio. Rządzo wicki, bo inaczy, to by chyba z nudów zdechli. No to... trza coś robić-    .  Masz tak, że stary szwej, młodego szkoli w robocie za trepa, to po trzeci zmianie, trep nawet nie wi co ma, gdzie ma, co jes zrobione, a co nie. Wyjątki? Nieliczne!
-    Serio?!
-    A coś ty myślał. Umowa była, że uczciwie ci powiem?  No to gadam. Łgać-     nie musze. Tylko wina  mało
-    Coś skołuję. Która godzina?
-    Po dziesiątej.
Myślałem nad tym, co usłyszałem. Nie pasowało to, do mojego pojmowania wojska. Byłem pewien, ze przesadza. Coś dyktowało mi, że trzeba jego ocenę brać na poważnie, ale.. bardzo ostrożnie. Mam czas, by to sprawdzić. Po krótkiej ciszy, gdy układałem kolejne pytanie Adam uprzedził mnie:
-    Mały! Powidz, ale uczciwie: Czemu cie,... studenta, wzieli do poboru? Co?
-    Zdałem na automatykę do Gliwic, na politechnikę, ale dali mi tylko papier, że zdałem i nie ma miejsc. We wrześniu był dodatkowy nabór na Mat–Fiz–Chem, na śląskim uniwerku i tam mnie przyjęli. Chcałem się po roku przenieść-    , ale się nie dało. Kazali ponownie zdawać-     egzamin wstępny i zdałem. Na automatykę mnie nie przyjęli, ale zaproponowali mi mechaniczny. No to tam zacząłem od pażdziernika. Po pół roku dostałem wezwanie na stawkę i bilet. Pytałem, jakim prawem, ale nikt nie umiał konkretnie odpowiedzieć-    . Dopiero, jak byłem w dziekanacie, sprawdzili, i wyszło na to, że z powodu przerwania studiów na fizyce, mogą mnie dopaść-    . Radzili złożyć-     prośbę do partii i do Rady Uczelnianej SZSP o wsparcie, ale takie coś, to miałem w dupie. Nawet wezwał mnie sekretarz POP, taki doktor.  Miałem z nim metaloznawstwo, to go znałem. Mówili że to świnia i cienki w fachu. Naciskał, żebym się "zaangażował sopłeczno–politycznie", to mi załatwią odroczkę. Gadał, że on też musi mieć-     się czym wykazać-    , a wtedy, na pewno, wszystko się załatwi. Olałem go.
We wrześniu dostałem, od pani dziekan, urop specjalny na czas wojska i jeszcze pół roku więcej i ....adios. To tyle..
-    Nie mogłeś sie jakoś wykręcić-    ?
-    Nawet nie chciałem. Nie dlatego, że mi pasowało być-     w MON–ie, ale mój ojciec nigdy nie klnie, a zdarza mu się, pod nosem, kurwować-     na potęgę, jak tylko słyszy o partii ... Mnie ten szantaż śmierdział. Myślę, że jak się, w to gówno, wdepnie, to nie ma z tego wyjścia. Mają takiego na haku.
-    I tak... majo każdego na haku.
-    Tak mają,.. jak nas dzisiaj? Co?
Tu Adam roześmiał się i kolejny raz, puknął mnie, pięścią, w ramię. Po chwili zapytał:
-    Byłeś na wyborach?
-    Nie.
-    A twój ojciec?
-    Był, ale skreślał.
-    No to..teraz  jebiesz biede. Szukali sposobu i znaleźli: Patriotyczne wychowanie w MON–ie.
-    Myślisz?
-    Nie ma: "myślisz". Tak jes. Masz tak, jak twój ojciec: nasrane w papiery. Nazwisko im nie pasuje. Za bardzo polskie, nie robotnicze, nie chłopskie. Śmierdzi im burżujem. To muszo przykładowo zgnoić-    .
-    A skądżeś tu.. taki mądry? Co? Skąd wiesz jak mam na nazwisko?
-    Źródłowski. Wyczytali w przydziale rejonu nie? A mądry?... Co mądry? Też do niedawna byłem ciemniak. Wcale nie myślałem. Moja Mama i Tato, nie gadali o takich rzeczach, tylko:"Ucz się Adaś, bo jak jesteś fachowcem, to w kazdym kraju i pod każdą władzą, dasz sobie w życiu radę". Dopiero jak Dziadzio umierał, Mamusi Tato, a na pogrzebie, staruszek, trębacz, z jego szwadronu, zagrał nad grobem: "Jak to na wojence ładnie, kiedy ułan z konia spadnie.", a stare ułany, zaśpiewały chórem i płakały, jak dzieci, to mie ruszyło. Bo... było prawdziwe. Zaczołem z nimi gadać-    , na stypie. Nie mogli się nijak, w cholere, nadziwić-    , że mie, w mundurze, puścili na pogrzeb i na mszę, do kościoła. No to musiałem im sie przyznać-    , że mnie nikt nie puścił, a zwiałem. To mi powiedzieli, że jeszcze za Gomółki, to za taki numer, dostałbym przynajmni piątkę do odsiadki.
-    Pięć-     dni?
-    Pięć-     lat ! Kapujesz?
-    Taak?
-    Co... taak? ..Oni mieli gorzej. Dziadzio też. ....Mówili na władze "czerwoni zdrajcy", a ja nie kapowałem o co im chodzi. No to zaczeli opowiadać-     o Dziadziu, o Babci, o mojej Mamusi, o wujkach i o ciociach, co umarli z głodu w Kazachstanie. Mama mówiła, że nie ma braci ani sióstr. Bała sie! Kapujesz?
-    No.
-    Tego, w szkole, nie uczo, bo masz ruskich kochać-     i żyć-     z nimi, we wdzięczności i wiecznym braterstwie, a czerwona hołota, ma pilnować-    , żeby tak było. No to: zrobio ci wode z mózgu. Ułani opowiadali, że sowiety, so gorsze, od hitlerowców. Nie mogłem uwierzyć-    ..To mi sie dopiero oczy otwarły. Dopiero skapłem, czemu akurat mie, do szuwarowo–bagiennego wojska jednorazowego użycia, wzieli. Takich jak my, trza zgnoić-    : od dawna sprawdzona, sowiecka metoda: Wyrżnąć-     razem z potomstwem, żeby się nie mściło i wszelki ślad ma po nich zniknąć-    .
Zamilkł i przetarł oczy. Siedzieliśmy długo wsłuchując się w szum deszczu. Nie miałem w tym temacie wiele do powiedzenia. Nie chciałem naciskać i drążyć. Postanowiłem zaczekać trochę.  Wyjąłem po papierosku. Adam machinalnie,  jakby nie rejestrując otoczenia, zapalił. Podsuszałem buty przy puszce. Po dłuższym czasie spytałem:
-    Która na zegarze?
-    Co? – Zapytał, jakbym go właśnie obudził.
-    O czas pytam.
-    Dochodzi jedenasta.
-    Może jakieś winko?
-    A mamy?
-    Mamy, mamy.
Odparłem z uśmiechem, dołożyłem drewna do ognia i ruszyłem pod płot. Wróciłem z butelką w łapie. Nie zmokłem zbytnio, bo deszcz trochę zelżał, ale za to zrobiło się bardziej mgliście i chłodniej. Borucki sięgnął po bagnet i takim samym fachowym uderzeniem usunął kapsel. Mnie podał pierwszemu. Pociągnąłem spory łyk i oddałem mu flachę. Rozglądał się za serwetką, znalazł ją obok, na ławeczce i założył,  jak należy, na szyjkę butelki. Wskazał na butelkę i radośnie skomentował:
-    Kultura musi być-    !– Oznajmił chowając bagnet.
-    Pewnie! Choć-     trochę.
-    A ty Mały, to tak, na pic: jedną flachę za wczasu skitrałeś, żeby pan rezerwista, obu na raz, nie zmęczył? Co?
-    Można tak przyjąć-    .
-    Wiesz Mały? Raz gadałem, z ruskimi, na poligonie. Takie tam gadanie: o sraniu i żarciu. Ktoś im powiedział, że amerykański żołnierz, dostaje dzienno racje polowo, na ponad  trzy i pół tysiąca kalorii i pytali sie, czy my też tak mamy. Ktoś im odpowiedział, że to propaganda, bo nikt nie zeżre dziennie.. sześciu kilo kartofli. Uwierzyli. Pokiwali łbami ze zrozumieniem i poszli. Myślałem, że sie wszyscy, ze śmiechu, w gacie zesramy....Ci – to majo dopiero przejebane. Jakby do nich porównać-    , to my mamy nowoczesno cywilizacje, a oni pańszczyzne, niewolnictwo i co najwyżej: feudalizm. Kurwa!..Aż mi ich żal było... Rozumisz? –
 Roześmiałem się. Adam podał mi butelkę. Wypiłem niewielki łyk i zaraz mu ją oddałem.
-    Więcej ..nie dam rady.
-    W porządku. A co chcesz jeszcze wiedzieć-    ?
-    No, to jak sam gadasz....
-    Papuga gada! JA ..TOBIE.. mówie!
-    Dobra, jak MI mówisz: rządzą wicki, to co robi dowódca pułku?
-    Płaszczy dupe w sztabie pułku.
-    Chyba on rządzi? Przynajmniej.. tak mnie uczyli.
-    Wykonuje rozkazy z góry, z dywizji, albo od operacyjnego sztabu. Sam niewiele ma do gadania. Kadry ustawi mu pion polityczny, a on tyko zaklepuje. Taka fucha, że może szwejowi walnąć-     czternaście ancla, no góra miesiąc w karnej, a trepowi ZOMZ..
-    Co?
-    ZOMZ: zakaz opuszczania miejsca zakwaterowania, znaczy posiedzi trep, od rańca, do nocy w koszarach, góra dziesięć-     dni. Stary nic więcej, sam, zrobić-     nie może: ani zwolnić-     z wojska, ani, samemu, kogo awansować-    . Tyko: na wniosek i po rozpatrzeniu przez kadry, przez szefowstwo służb, dowódców pododdziałów i partyjną egzekutywę. Reszta... regulaminy. Paraduje w mundurku, z blachami, jak choinka na święta, przyjmuje szwancparady i ma super wyżerke. Wszyscy go znajo. Jak idzie na poważnie, to i tak dajo innego, na dowódce: nowego, nieznanego. Tak musi być-     i tak jes.
-    A ten.. operacyjny?
-    Oficer operacyjny sztabu?.. Siedzi pod odyńcem..
-    Pod kim?
-    Pod dyżurką oficera dyżurnego pułku i ma na stale, cało łączność-    , pod kontrolo. Ma swoje titawy, z atramentów. – Trącnąłem Boruckiego w ramię, więc poprawił się; – Ma paru swoich trepów łącznościowców, w stalowych mundurach, ale wszyscy, zawsze, przyjeżdzajo cywilnym autem i w cywilnym łachu, ze swoim żarciem. Jebio służbe: całe dwadzieścia cztery i potem zmianka.
-    Po co tak?
-    Poco... to sie jaja nocom!  Tak jes i tyle. Cała siódma dywizja  podlega grupie uderzeniowej Układu Warszawskiego, pod marszałka Kulikowa i stoi, w podwyższony gotowości. A co? Politruk, Walendziak nie szkolił?
-    Coś  gadał, ale nie pojmowałem, czy to ważne.
-    Lepiej pojmuj! Ten buc, to kawał gnoja i skurwiela, taki pułkowy, przedni budulec. Taki, co jak ta.. znarowiona kobyła, na przód dyszla sie wyrywa. Chce być-     bardzi czerwony, niż sam Lenin, ale to, co wam gadał o pułku, to.. tak jes,..po prostu.
-    Na tego trzeba uważać-    ?
-    No.
-    A na kogo jeszcze?
-    Na wielu. Najbardzi, jak dla ciebie: na Garsije.
-    To znaczy?
-    Na szefa, chrążego Jozefa Sobunia, bo to świnia, złodziej i kablarz, jakich mało. Jego teściu  to ten Popradowski. Tak samo jak dla Wojtka Urbana. Obaj są zięcie Lumpengenerała.
-    Kogo?
-    Tak go ktoś ochrzcił i ma: Lumpen–generał, albo Szmatten–Fuehrer. Bo to po prostu: generał od szmat. Leśny dziadek, weteran. Ma kumpli w dywizji i okręgu: generałów, majorów pułkowników. Bierze ich na polowanka, na rybki kutrem na Bałtyk, albo pod Drawsko, na jeziorka z łódeczko i wódeczko,.. a chlajo.. równo. Teraz dogorywa, do odejścia, bo go już wóda zeżarła. Zostało mu niecały rok i emeryturka. A...Garsija, trzyma sztame z politrukiem i robi mu, za sekretarza, dla młodszych trepów: podoficerów i chorążych. Politycznie: mocne plecy. Nawet Andrzejek, dowódca kompanii, trzymie go regulaminowo: na dystans. Woli się z gnojem nie spoufalać-    . Na ciebie, za te gacie, od razu sie zawzioł. To uważyj!
-    Przecież to nie ja wymyśliłem, że to jego gacie, to wymyślił jakiś kapral.
-    Nieważne. Ma kutas problem: ujebać-     kaprala, to sie wyżyje na takim jak ty. Jajcowi, to on może.... na kant chuja... naskoczyć-    .
-    Jajo ma plecy?
-    Nie. Nie potrzebuje. On sam jes: "plecy". Stanowisko mu dupe chroni.
-    Bo co, bo kapral?
-    Głupiś? Kapral to nic, to tylko belki, na pagonie. Przydziałowe stanowisko służbowe: dowódca plutonu! Nie ważne jakiego. Obergaciowy go nie rusza, bo nie ma mocy. Ma do niego droge służbowo, przez Andrzejka i dupa zimna. Kapujesz?
-    No. To co? Ważniejsze, jaki kto ma przydział, niż to co nosi na pagonach?
-    Pewnie! Taki Popradowski – major, a jakby mu własny zięciu tego..Władka Kudryka nie pożyczał, albo mu kto, innego szweja, nie podesłał, to by sam te szmaty układał. Wielki major, Szef Garnizonowego Magazynu Mundurowego, nie ma swojego żołnierza.
Nawet gówno mu do każdego szweja, bo nie jego żołnierz. Jak chce komuś dojebać, to może tyko meldować: do ukarania, ale mu wtedy nikt żołnierza nie da. Nikt go, kutasa nie cierpi. Stary pierdoła. Tylko ważniaka stroi. Tyle co mu wolno: morde bezkarnie wydzierać. Grzesiu ma swoje wojsko i dwóch szefów: dowodcę kompanii i starszego lekarza pułku.
To robi, co musi. Robi wyniki i sam odpowiada, za piguły. Andrzejek mu nie paskudzi, bo ni ma taki potrzeby, a z doktorem, to sie lubio. Żaden nie pije, nie pali, kumple – sportowcy.  
-    Ty, Adam,  ty tu każdego znasz?
-    Jak ci przyjdzie moja fala, to też beesz znał. Czy chcesz?– Czy nie? Aż ci się przyśni po nocach, że inny świat nie istnieje. Kurwa mać-    !
Adam pociągnął solidny chaust jabola. Niewiele brakło, by się porządnie zakrztusił. Poczułem ochotę na kolejną dawkę alkoholu. Łyknąłem trochę i zapytałem:
-    To na co muszę jeszcze uważać-    ?
-    Na wszystko.
-    To wiem, ale konkretnie?
-    Na kabli: Na tego waszego pojeba z Lęborka i na paru budulców: Edka, Pitera, Ciska...
-    Kogo?
-    Patrzyłka, Cisowego i Edka Patryke. Edi, to rozumisz, to narzeczony tej... najmłodszyj od szmaciarza.
-    Tego majora?
-    No.
-    A inni?
Na tego, od kierowców, uważej: No..
-    Bednarski?
-    Nieee. Ten jest swój. No ..ten drugi: Mongoł na niego gadają, bo tak mamrota, jakby buldog szczekał. Mówio na niego też: Kopara, bo mu ktoś dowalił, że sie, z koparko, na zęby powymianiał.
Buchnąłem śmiechem. Borucki wtórował mi trochę i dodał:
-    Teraz jes chyba na taryfie.
-    Taksówką  jeździ?
-    Guupiś? Taryfowy urlop dostał!
-    A ten z łączności? Starszewski?
-    Obca fala, nic nie wim. Tyle, że też sportowiec, staluch, nie pije, nie pali. Prosto po szkółce. Na razie – nic nie wiadomo.
-    Ten nasz dupek z Lęborka, to groźny?
-    Eee..Groźny. Gorzej! Guuupi! Taki idiota, że jak nie dopilnujesz, to bedzie sprawdzał, czy odbezpieczony granat w łapie, na pewno wybuchnie. To jes chodzonca katastrofa. Nawet gorzyj, bo katastrofa jes obliczalna i kiedyś sie kończy a taki ciul?..Chyba musiałby takiego prewencyjnie zatuc, żeby se i innym więcej szkody nie narobił. Zanim przyszed na kompanie, jeden ze starego wojska, miejscowy, ale fajny chłop, gadał, że wcielili  takiego ziomala z Lęborka, co to jego stary przyszed do pułku, na szybko, pożyczyć-     od wartownika Kałacha z ostrymi, za litra wyborowy i tyko: na pół godziny.
-    Pożyczył ktoś?
-    Chyba cie pojebało? Pytali go: Po co mu to.
-    I co?
-    Gadał, że znowu przyleciał ten bocian, co mu wtedy syna przyniós...
Ryknąłem śmiechem, omal nie rozwaliłem naszej ławeczki i długo nie mogłem złapać tchu. Adam miał coraz lepszy humor. Winko zrobiło swoje. Podał mi butelkę, więc skromnie łyknąłem nieco trunku. Podałem mu papierosa i wino. Sam też zapaliłem. Piecyk grzał, wino także, a do koszar wcale nam się nie spieszyło. Moje moro niemal całkiem wyschło. Myślałem, czego się jeszcze od Adama dowiedzieć. W końcu zapytałem:
-    To co mam robić-    , zeby sobie dać-     radę ?
-    Uważać-    .
-    Na co?
-    Na kabli, budulców, idiotów i trepów.
-    To wiem, ale co jeszcze?
-    Nic, na stan, nie brać-    .
-    Czemu?
-    Bo temu! Jak nie masz hełmu, ani giwery – nie ma warty. Nie masz trampków – nie ma zaprawy. Jak masz coś, na stanie, a ci "wetnie", to masz problem. Wszystko musisz glancować-     na błysk, a jak nie, to ci, na garba, dowalą i zaś...przesrane.
-    Rozumiem.
-    No i nie daj sie przydzielić-     pod jednego wodza. Jak masz więcej wodzów, niż jednego, to nie masz żadnego.
-    Taaak?
-    A taaak! Jak służysz  pod komendą garnizonu, albo cie oddelegowali, to wojska prawie ni ma. Nikt cie nie ścignie: luzik i spokój.   
Nastała chwila ciszy. Adam zapalił papierosa i dodał:
-    Musisz wryć-    , na blachę, regulaminy, bo nikt nie zna.
-    To robię.
-    Wiem.
-    Skąd?
-    Bo masz sprzątanie kafarówy, a byś był gupi, jakbyś nie skorzystał.
-    To mi tak... specjalnie przydzielili?
-    A coś ty myślał?
-    Ten Gienek, z kuchni, mi to załatwił?
-    Nie.
-    A kto?
-    Jajo... Bo mu sie numer, z gaciami, spodobał i wziął cie na ten rejon, żeby cie Garsija nie dorwał. Też myśli, że cie tu na zgnojenie wzieli....  To mu śmierdzi.
-    No to co jeszcze?
-    Noś we folii pare łokci klopapieru, bo jak was w pole pognajo, to nie bedziesz, jak reszta dupy śniegiem, albo trawo wycierał.
-    To też wiem. Mam nawet chusteczki. Widziałeś.
-    Do tego tnij komara ile wlezie i gdzie sie da.
-    Co?
-    Masz szrpać-     oko ile wlezie, znaczy: spać-     wszędzie i jak sie da, to na zapas. Jak nie, to zdechniesz. O waleniu konia zapomnij.
-    Nie muszę.
-    Walić-    ?
-    Nie! Zapominać-    .... Bo jak sobie jeszcze.. nie przypomniałem, to zapomnieć-     nie ma czego.
W tych warunkach, to mi się nawet nigdy nie stanie.
-    Dobra, dobra. Pogadamy za pare miechów.
-    Nawet za parę miesięcy, nic się nie zmieni, bo mam tremę, tak, przy publice.
-    He!..Hee!...Niektórzy TO akurat lubio!...Przy publice.
-    Taaak?
-    Ty se nie wyobrażasz, jakie sie pojebańce trafiajo. Normalnie... urwanie dupy. Ale,.. pożyjesz w biedzie troche, to sam uświadczysz.
-    Na co mam jeszcze uważać-    ?
-    Na onuce, nogi, buty. Nie noś skarpet, bo po piersze, nie wolno i podpadniesz, a po drugie: jak bedzie spacerek, na Strzepcz, to tyko PORZONDNIE założona onuca uratuje.
W skarpecie – nie ma szans: ze stopy ... normalnie... schabowy.
-    Co to jest ten Strzepcz?
-    Poligon Marynarki Wojennej. Dwadzieścia osiem kilometrów lasami na Gdańsk. Wymarsz nad ranem w pełnym, z bronio, w czjanikach, ale bez min ekstra i powrót na kolacje. Ponad dziesięć-     godzin. Spacerek.
-    No fajnie, nie ma co.
-    Ty sie ciesz, że tyle. Jak na trzeciej desantowej nagrandzili, to poszli, cało kompanio, w pierwszy rejon alarmowy, w pełnym i pastylkami. To masz... jakieś sześć-    dziesiąt, w jedno strone, na Łebunię, pod lotnisko w Siemirowicach i dalej gdzieś na Konarzyny pod Chojnice.  To na setke, tylko czterech, doszło na nogach. Reszta wracała grupkami, po kilku, karetkami, prosto na rewir. Najpierw zjechały platfusy, potem skoliozy, a po nich ciśnieniowcy i sercowcy, a na końcu ci, co mieli mięcho w butach. To jes...ponad siły. Należało im sie, bo jakieś gnoje, poszli we czterech, na lewizne i okradli, gdzieś na wsi, jakiegoś dziadka z babcio, bo im na wódę brakło. Potem wszyscy, za nich, tygodniami nie mogli wydobrzeć-    .