Jacek Kępa - Wieczór (1)

– Przepraszam pana, ale nie przyjadę jednak w tę niedzielę. Dziś po południu poszłam ze znajomymi do teatru, a potem wszyscy wybraliśmy się na kolację i lampkę wina. W drodze do domu zrobiło mi się niedobrze, czuję się bardzo słabo, boli mnie brzuch. Żałuję, ale naprawdę nie będę w stanie jutro się u pana zjawić.
Dwa tygodnie temu, gdy Natasza przyjęła zaproszenie, które po długich mękach zdołał z siebie wykrztusić, odczuł radość tak wielką, że chodził po mieszkaniu, śmiał się na cały głos i przykładał dłonie do ust, by się uciszyć. Teraz próbował łagodzić przykrą wiadomość ćwiczonym od lat samozniechęcaniem. Pomniejszał w myślach znaczenie tej znajomości. Wmawiał sobie, że od początku przewidywał taki bieg wypadków. Złe samopoczucie to tylko wykręt, którym pragnie mu oszczędzić przykrości bezpośredniej odmowy.
– Szkoda, wielka szkoda, że się nie zobaczymy. – Starał się zachować pogodny głos i wypowiedzieć te słowa lekkim tonem. – Trudno, spotkamy się innym razem. Może w przyszłości zechce mnie pani jednak odwiedzić. – Dodał bez przekonania, pragnąc, by rozmowa jak najszybciej dobiegła końca, a on mógł się pogrążyć w rozgoryczeniu i rezygnacji.
– Życzę pani szybkiego powrotu do zdrowia i spokojnej niedzieli.
– Dziękuję. Zobaczymy się na pewno. A może … to pan przyjedzie do Poznania? Nie mam żadnych planów na następny weekend. Mama poleciała do Włoch, do mojej siostry, a ja obiecuję, że nie wybiorę się już do teatru i nie rozchoruję.
Historia ze złym samopoczuciem nie była pożegnaniem. Naprawdę chciała się z nim zobaczyć. Przygnębienie w mgnieniu oka ustąpiło radości graniczącej z euforią. Musiał się mocno postarać, by jego głos zabrzmiał spokojnie:
– Ależ bardzo chętnie. Cieszę się, że będę mógł panią zobaczyć i nie mogę się tej chwili doczekać.
Sam był zaskoczony tak szczerym wyznaniem. Nie ujawniał emocji, bo sądził, że mówienie o własnych pragnieniach naraża go na zranienie. Tym razem było inaczej. Ze słuchawką przy uchu chodził po pokoju tam i z powrotem. Rozmowa toczyła się dalej. Z trudem panował nad emocjami. Kiedy słyszał jej śmiech i jego przejmowała radość. Kiedy żaliła się na opłakany, aczkolwiek chwilowo, stan swego zdrowia, gotów był ze skóry wyskoczyć, by poczuła się lepiej. Słysząc głos, wyobrażał sobie postać i myślał o chwili, w której ją ujrzy. Uśmiechał się, nie zdając sobie z tego sprawy. Dziewczyna całkowicie wypełniała jego świadomość. Nie było w niej miejsca dla niego samego, zarazem jednak nigdy bardziej sobą nie był. Jedno jej zdanie wystarczyło, by poczuł się szczęśliwy. Takie zaproszenie to coś więcej, niż uprzejmości wymieniane przez telefon. Ich znajomość teraz dopiero naprawdę się rozpoczynała.
Do tej pory spotkali się kilkakrotnie. Z mamą i siostrą odwiedziła go jeszcze w sierpniu. Właściwie chciała, by pojechał z nimi do Wrocławia, ale przekonał ją, by nie jechały aż tak daleko. Zabrał je na spacer po mieście, pokazał rynek i razem z nimi podziwiał przylegające do niego uliczki. Sporo czasu spędzili w przytulnej kawiarence w poklasztornym budynku. Zrobili sobie kilka zdjęć. Po południu umytym i wyczyszczonym samochodem wybrali się do sąsiedniego miasta na późny obiad, a pod wieczór znaleźli się na stacji, z której panie wróciły do domu. Pamiętał każdą chwilę tamtej niedzieli, zwłaszcza tę poranną, gdy już z daleka dostrzegł Nataszę na dworcu autobusowym. Pamiętał, gdzie siedziała w kawiarence, o czym rozmawiali podczas obiadu, jak w odkrywającym szczupłe ramiona podkoszulku wypytywała panią w okienku na stacji i częstowała go domowym plackiem na parkingu. Pamiętał oczekiwanie na peronie i zaproszenie, żeby razem z nimi wybrał się wkrótce do Wrocławia.
Początkowo rozmawiała z komórki swojej mamy. Rozmowy stały się częstsze, gdy przy okazji omawiania szczegółów następnego spotkania otrzymał jej numer. Pewnego piątkowego wieczoru na początku września spotkali się w niewielkim parku rozrywki kilkadziesiąt kilometrów od jego miasta. Gdy dotarł na miejsce, zjechał na parking i doszedł do drewnianej budki z przegradzającą dalszą drogę barierką. Tutaj uiszczało się nie tylko opłatę za wstęp, ale kupowało także cacyki – walutę obowiązującą na terenie parku. Gdy dopełnił formalności, wszedł na plac, na którym stały ustawione tyłem do parkingu drewniane pawilony, wypełnione automatami, stołami do gier i stanowiskami gastronomicznymi. Po tej samej stronie znajdował się okrągły, zadaszony i stojący na palach podest z przygrywającym do tańca kilkuosobowym zespołem. Środek placu wypełniały okrągłe stoliki i krzesła, z których można było obserwować tańczących. Po przeciwnej stronie wznosiła się między drzewami niemal jak one wysoka drewniana budowla, naśladująca kształtem indiańskie tipi. Nieopodal znajdowało się zejście do podziemnej restauracji stylizowanej na więzienie o zawiłym układzie cel różnej wielkości, w których goście mogli raczyć się jadłem i napitkiem. Za tipi otwierała się wolna przestrzeń ze skwerkiem i ławeczkami oraz niewielki staw, po którym pływała łódka. Na prawo od niego rozciągała się łąka i wznosił pagórek do jazdy quadami. Teren parku zamykało wysokie ogrodzenie, oddzielające go od przebiegającej za nim drogi na Poznań.
Natasza zjawiła się z siostrą i w towarzystwie jeszcze młodszych od niej kuzynek, kuzynów, znajomych. Poczuł się niezręcznie. Walczył z myślą, że nie ma czego szukać wśród tak młodych ludzi. Po zwiedzeniu parku, uprzyjemnionym ożywioną rozmową z paniami, dołączyli do reszty, siadając przy jednym ze stolików na wolnym powietrzu. Zdobył się na odwagę, poprosił ją do tańca i razem weszli na drewniany podest. Serce podchodziło mu do gardła. Z myślą, że sięga po owoc zakazany, obserwował, jak przekłada dyskotekowe rytmy na zmysłowe falowanie całego ciała. Była świadoma wrażenia, jakie na nim wywiera. Patrzyła mu prosto w oczy i szukała potwierdzenia, że jej wysiłki nie idą na marne. Pewnością siebie peszyła go tak bardzo, że nie wiedział, gdzie ma spoglądać. Wmawiała mu wzrokiem, że patrząc na nią, czuje pożądanie. Nie chciał, by tak sądziła. Fascynowała go młodzieńcza osobowość, pociągała nieskażona dziewczęcość. Bezlitosna młodość otoczenia i zwątpienie, czy jego życie naprawdę może się jeszcze zmienić, sprawiły, że odmówił, gdy koło północy, żegnając się przy samochodach, zaproponowała, aby pojechał z nimi na dyskotekę.
W październiku znalazł się w Poznaniu służbowo. Skorzystał z okazji i umówił się z paniami przed Empikiem. Czekając, zastanawiał się, jak traktują tę znajomość, jakie nadają jej znaczenie. Był rozczarowany, gdy z jesiennego mroku, w którym coraz bardziej pogrążało się skrzyżowanie placu Wolności z ulicą Ratajczaka, wyłoniła się tylko mama. Gdy weszła w rozświetlony krąg przed wejściem, zauważył na jej twarzy zakłopotanie. Grube szkła w masywnej oprawce powiększały oczy i sprawiały, że było ono jeszcze bardziej widoczne. Przepraszała i zapewniała, że córka cieszyła się ze spotkania, wyprosiła zgodę na wspólną kolację i upiekła pyszny placek. Gdy szykowały się do wyjścia, stwierdziła nieoczekiwanie, że zostaje w domu i nic nie było w stanie zmienić jej postanowienia.
– Ona taka jest, proszę pana, uparta i nieprzewidywalna. Nie pierwszy raz jej się to zdarza. Niedawno, gdy miała wyjść z koleżankami, powiedziała, że woli zostać w domu i decyzji nie zmieniła. Może powiem panu kiedyś, dlaczego tak się zachowuje. Na razie jednak byłoby to dla mnie dość niezręczne.
– Żałuję, że Natasza nie przyszła, ale proszę mi wierzyć, że nie mam z tego powodu żadnych pretensji. Ja wszystko rozumiem.
– Naprawdę?
– Myślę, że jest przygnębiona, coś ją chyba martwi od dłuższego czasu.
– Dlaczego pan tak przypuszcza?
– Rozmawialiśmy kilka razy przez telefon i zauważyłem, że ma bardzo zmienne nastroje.
– Ma pan rację.
Przy kawie, którą pili na rogu Gwarnej i Fredry, naprzeciwko Okrąglaka, rozmawiali o latach, spędzonych przez całą rodzinę w Niemczech, niespodziewanym nakazie przesiedlenia do Polski, rozgoryczeniu ojca Nataszy i częściowo tym właśnie, być może, spowodowanej jego śmierci przed siedmiu już laty. Zachęcony szczerym tonem rozmowy, wypytywał coraz dokładniej i śmielej. To smutne wydarzenie odebrało córce wiarę w życie, sprawiło kłopoty z obraniem drogi życiowej. Często zmieniała plany.
– Studia rozpoczynała kilka razy, w końcu uznała, że najbardziej odpowiada jej socjologia. Powinna mieć licencjat, ale nie napisała jeszcze pracy. Czasami wydaje mi się, że sama nie wie, czego chce, proszę pana. Myślała też o fryzjerstwie, marzyła o własnym salonie, chciała stać się w tej branży kimś, nawet do egzaminu czeladniczego się przygotowywała, czytała fachowe czasopisma, tylko tym żyła. Ale gdy termin egzaminu był już ustalony, rezygnowała z niego pod byle pretekstem. Potem wymyśliła, że będzie pracować w szkole i uczyć przedmiotów zawodowych, fryzjerstwa właśnie. A krótko przed tym, nim się poznaliśmy, zaczęła opowiadać, że jej marzeniem jest życie na wsi u boku artysty. On będzie tworzył, a ona dbała, by na niczym mu nie zbywało. Niepokoję się, bo nie ma w niej jakiegoś jednego stałego celu, buja w obłokach. Powinna myśleć o założeniu rodziny, tylu fajnych chłopaków się wokół niej kręciło, ale ona ciągle nie i nie.
Mama zaczęła rozwodzić się na temat łatwości, z jaką córka poznawała chłopców i jeszcze większej, z jaką zostawiała ich swemu losowi. Spotykała się z wieloma, ale żaden nie przypadł jej do gustu. Nowe znajomości kończyły się najczęściej po pierwszym spotkaniu. Do rzadkości należały takie, które trwały kilka tygodni. Opowiadała o randkach, z których wracała zniechęcona różnymi drobiazgami, takimi na przykład, jak włos wystający z nosa. Nie spodobał jej się chłopak, któremu udzielała korepetycji z niemieckiego. Widać było, że zależało mu na tej znajomości. Piękna korepetytorka nie chciała jednak o nim słyszeć, mimo że rozpoczął budowę własnego domu. Dlatego mama przestała nalegać, ale nadal niepokoiła się o przyszłość. Mówiła o wielkim przywiązaniu do ojca i o stracie, jaką stała się jego śmierć.
– Mąż poza nią świata nie widział. Gdy była malutka, nikomu nie pozwalał pchać wózka. Nie chciał, by ktoś postronny się nią zajmował. Zapędy znajomych i rodziny ucinał krótko, każąc im starać się o własne dzieci. Przepadał wprost za nią i rozpieszczał. Pewnie dlatego, że była najmłodsza.
– No cóż, proszę pani. Wiara w to, że świat ją kocha, została zachwiana, bo zabrano jej najważniejszego do tej pory mężczyznę i tylko miłość mężczyzny wiarę tę może przywrócić. Niełatwe przed tym szczęśliwcem zadanie, bo musi nie tylko zdobyć jej zaufanie, ale i naprawić krzywdę, jakiej tak wcześnie doznała.
Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że matka, zmartwiona bezskutecznością matrymonialnych poczynań, u niego szuka rady i pomocy. Zwierzała mu się jak znajomemu, z którym można szczerze porozmawiać. Nie przyszłoby jej zapewne do głowy, że mógłby patrzeć na Nataszę z poważniejszym zainteresowaniem. Wiedział o tym i dlatego myśl, że on sam mógłby okazać się tym mężczyzną, nie miała odwagi przebić się do świadomości. Objawiła się jedynie szybszym biciem serca, gdy wracał do samochodu.
Nigdy nie wierzył własnym ocenom, nie wierzył własnym odczuciom, nie wierzył samemu sobie. Nie ośmielał się pragnąć spełnienia najgłębszych oczekiwań. W negowaniu wyobrażeń o życiu szczęśliwym zaszedł tak daleko, że własne marzenia docierały do niego jako z góry skazane na niepowodzenie przekonania, pogłębiające rozczarowanie życiem i potęgujące myśl, że jest ono niczym więcej jak nużącą koniecznością. Był ciągle zmęczony. Każda czynność wymagała mobilizacji wszystkich sił. Jeśli działał, to raczej dlatego, że zmuszały go do tego siły zewnętrzne, a nie z wewnętrznego przekonania. Stan taki trwał co najmniej od śmierci żony, czyli od lat ośmiu. Jego małżeństwo było historią coraz większego rozdźwięku między oczekiwaniami a rzeczywistością. Choroba i tragiczny koniec rozdźwięk ten jeszcze bardziej pogłębiły. Goryczą napełniała go córka, która nie miała zamiaru brać pod uwagę ojcowskich rad. Samotność w życiu prywatnym źle się odbijała na pracy i relacjach z innymi ludźmi. Odniósł wrażenie, że wiele z tego, co usłyszał, mógłby powtórzyć w odniesieniu do siebie. Żadne pytania jednak nie padły. Rozmowa koncentrowała się wyłącznie na sprawach Nataszy.
Ponownie spotkali się 11 listopada. Panie zjawiły się z samego rana. Zarezerwował czas na niewielkiej dwutorowej kręgielni przy krytej pływalni i tam spędzili całą godzinę. Dziewczyna była zachwycona. Każdy drobiazg wywoływał uśmiech, zainteresowanie i ożywione komentarze. Była w doskonałym humorze, dużo mówiła. Jak dziecko cieszyła się z udanych rzutów. Czekała na swoją kolejkę, trzymając kulę od dołu przy prawym biodrze i obserwując z uśmiechem jego przygotowania do rzutu. Patrzyła, jak się rozpędza, wyrzuca w przód lewe ramię i wypuszcza kulę. W idealnie dopasowanych czarnych spodniach, białej bluzeczce i podkreślającej szczupłą talię ciemnej kamizelce w różnokolorowe ciapki na bokach wyglądała jak nastolatka i jak nastolatka się zachowywała. Zapewniała, że od pierwszej chwili wyczuła jego młodzieńczość, chłopięcość wręcz, że grając z nim teraz, chłopięcość tę widzi w każdym ruchu, we wszystkich gestach i słowach. To nic, że niebawem kończy czterdzieści sześć lat. Młodzieńczy duch panuje nad ciałem, czyni je także młodym i przysparza jej całe mnóstwo radości. Te słowa sprawiały, że precyzyjnymi, energicznymi rzutami zmiatał raz po raz wszystkie kręgle.
Zjedli obiad w szkolnej stołówce, czynnej także w święta, i poszli odpocząć do jego mieszkania. Trochę się wstydził, że choć gruntownie wyremontowane i pomalowane, ciągle jeszcze nie było urządzone, mimo że od ponad roku mieszkał w nim z córką, która właśnie zdała maturę. Składało się z trzech pokojów, do których wchodziło się z dość przestronnego korytarza. Pierwszy, największy, dzienny znajdował się po prawej stronie, drugi, będący pokojem córki, z młodzieżową meblościanką i wygodnym, rozkładanym wypoczynkiem z Ikei – na wprost, trzeci, sypialniany, ale z sosnowymi regałami pełnymi książek i sosnowym biurkiem – lekko na skos, w miejscu, gdzie korytarz skręcał, prowadząc do lśniącej nowymi kafelkami łazienki. Po lewej stronie od wejścia znajdowała się kuchnia z meblami poprzednich jeszcze właścicieli, a między nią i łazienką – toaleta. Wszystkie pomieszczenia utrzymane były w jasnych tonacjach żółci, beżu, pomarańczy, zieleni i niebieskiego.
Weszli do niemal pustego pokoju dziennego. Z białego sufitu na cienkim przewodzie zwisała żarówka. Usiedli na krzesłach wokół rozkładanej ławy i na niewielkiej sofie, która w dawnych czasach, kiedy mieszkał w domu teściów, służyła jego córeczce za posłanie. Przed sobą, pod ścianą z drzwiami balkonowymi, mieli długą brązową komodę z wieloma szafkami i szufladami. Na szerokim blacie mieścił się kineskopowy telewizor, od dawna nieużywany magnetowid i dekoder telewizji satelitarnej.
Czas upływał szybko na rozmowie i zabawie z psem, który Nataszy przypadł do serca tak bardzo, że zaprosiła go do Poznania. „Zaprasza psa, wiedząc, że nie może się tam zjawić bez właściciela" – przemknęło mu przez głowę, ale natychmiast porzucił tę myśl. Była dziewczyną rezolutną, pewną siebie i zaprosiłaby go wprost, gdyby chciała. Musiał robić wszystko, by nie dać poznać po sobie, jak bardzo jest jej obecnością onieśmielony. Mimo wszystkich objawów sympatii czuł niepewność i zdenerwowanie. Zarazem jednak kipiał radością. Jego ekscytacja objawiała się nieustanną zabawą z ożywionym i rozochoconym zwierzakiem. Widział, że wywołuje to uśmiech na jej twarzy. Dlatego zachęcał go do wybryków i podskoków, do warczenia, szczekania i szarpania. Ale to, co w ich oczach było tylko zabawą, w jej stało się budzeniem agresji, czemu nie omieszkała dać wyraz kilkoma ostrzejszymi zdaniami. Uratował się, obracając wszystko w żart, ale poczucie niezasłużonej reprymendy pozostało. Przecież robił to wszystko, by zwrócić na siebie uwagę, bo wstydził się pokazać wprost, jak bardzo jest nią zauroczony. Bawiąc się z pieskiem, dawał upust radości, nie narażając się na zdemaskowanie. Nieoczekiwana ostrość jej słów sprawiła mu przykrość i wzbudziła przeczucie, że nie będzie to znajomość usłana różami. W mieszkaniu nie zabawili długo, bo panie popołudniowym autobusem wracały do siebie.
Żegnając się, zaproponowały wspólne wyjście do opery. Dlatego w jedną z następnych sobót spiesznie przemierzał ostatnie metry, dzielące go od Teatru Wielkiego, by punktualnie stawić się u szczytu szerokich schodów, w cieniu potężnych kolumn, z widokiem na wielką i nieczynną o tej porze roku fontannę w parku, rozciągającym się po drugiej stronie ulicy aż do pomnika Mickiewicza i Poznańskich Krzyży. Panie były już na miejscu. Starał się zachować swobodę ruchów i słów, ale  nie potrafił uwolnić się od niedowierzania, że stoi wmieszany w wytworne towarzystwo, którego najpiękniejsza ozdoba właśnie jemu poświęca swoją uwagę. Przyglądał się Nataszy łapczywie, kiedy oddawała płaszcz w szatni. Nie przeoczył żadnego ruchu, nie mógł się nasycić oszałamiającą przyjemnością obejmowania jednym rzutem oka doskonałości całej sylwetki. W niemym zachwyceniu patrzył na podkreślone obcisłą czarną sukienką do kolan dziewczęce szczupłości i wypukłości, piękną linię łydek i stóp, znikających w niesłychanie wytwornych pantoflach na wysokim obcasie. Jej postać zdawała mu się zapierającym dech w piersiach ideałem kobiecości. Z rozgrywających się na scenie dramatycznych wydarzeń opery Verdiego niewiele mógł zrozumieć i zapamiętać, choć umieszczona nad sceną tablica wyświetlała tłumaczenie libretta. Wzruszenia doszły zenitu, gdy po spędzonej w kuluarach przerwie matka i siostra delikatnie wmanewrowały dziewczynę w siedzenie obok niego. Od tej chwili patrzył przed siebie niczego nie widząc, bo cała zdolność postrzegania kierowała się ku wstrząsającemu doświadczaniu jej wypielęgnowanej, wymuskanej, pachnącej bliskości. Czuł ciepło przedramienia, spoczywającego na oparciu fotela, a gdy czasami ich łokcie delikatnie się dotykały, musiał wytężyć wszystkie siły, by zachować spokojny, neutralny wyraz twarzy i siedzieć nieruchomo ze wzrokiem wbitym w miotających się po scenie śpiewaków. W sposób możliwie naturalny zmieniał pozycję w fotelu, by zdobywać ciągle na nowo pretekst do ledwie odczuwalnych dotknięć i bardzo żałował, że opera nie składa się z aktów co najmniej dziesięciu.
Drugą część wieczoru spędzili w jednym z lokali niedaleko Starego Rynku. Umeblowanie stanowiły proste, drewniane i nieprzykryte obrusami stoły, przy których siedziało się na równie prostych, twardych krzesłach. Choć był spory tłok, udało mu się wypatrzyć wolny stolik i zająć go, nim uczynili to inni wyczekujący. Ten malutki sukces trochę go podbudował i sprawił, że nie był aż tak spięty. Nadal jednak musiał przezwyciężać onieśmielenie. Wytężał wszystkie siły, by słowa płynęły gładko, a panie dobrze się bawiły. Nieśmiałość z wielkim trudem ustępowała przekonaniu, że widzą w nim interesującego człowieka i mężczyznę. Radość ze spotkania walczyła z niewiarą w siebie, wyczerpując go psychicznie. Jeśli chciał zasłużyć na uznanie siedzącego przed nim ideału kobiety, nie mógł się jednak poddać. Wewnętrznym błaganiom o akceptację swej skromnej osoby nadał formę swobodnej, odprężonej rozmowy, którą czarował towarzystwo. Za wszelką cenę pragnął poznawać i chciał być poznawanym. Kilka razy zaproszono go na niedzielny obiad. Gdy po raz pierwszy trafił do właściwego budynku, był tak stremowany, że zagubił się na klatce schodowej, na której zagubić się przecież nie sposób. A kiedy wreszcie znalazł się w mieszkaniu i witał z lokatorkami, pożałował, że zlekceważył radę, jakiej sam sobie udzielił, i nie miał dla pań ani kwiatów, ani butelki wina do obiadu. Poczuł, że takiego gestu oczekiwały. Zrobiło mu się niesłychanie głupio i przez cały czas wizyty czuł się niepewnie. Ale to była przeszłość. Natasza dała mu prawo, by wyrażał siebie takim, jakim jest, by uznał własne braki i nie czynił sobie wyrzutów.