Elżbieta Stankiewicz-Daleszyńska - DWORZYSKO CZARNEGO HRABIEGO (2)

Bo pałacyk dogorywał – jego mury nie wytrzymały opływającego czasu i jakby osunęły – zsunęły się ku ziemi; w połowie jego wysokości utworzyła się pewna wklęsłość, jak w zakalcowatym cieście, toteż fasada miała okna poprzekrzywiane, nawet wybrzuszone, nie można też było doliczyć się pięter, bo niektóre z tych okien uniosły się wyżej, a niektóre opadły nieomal do samego parteru, jedne z nich sprawiały wrażenie dawno już i ostatecznie zawartych – zamarłych, bo z zasuniętymi, powykrzywianymi żaluzjami, inne jednakże – o dziwo! – żyły wręcz ostentacyjnie, bo ich szyby kryształowe błyszczały, a parapety przystrojone były staroświeckimi żardinierami, z których to się wychylały jakieś – PANI EGUCKIEJ się zdało – egzotyczne kwiaty (chyba nie miały masy ujemnej – uśmiechnęła się blado PANI EGUCKA, bo stale te myśli, o tym cofaniu się w czasie ją nawiedzały), mocno złociste, chyba chryzantemy. Dach, choć miejscami zniszczony, prezentował się jeszcze wcale, wcale: intensywnie czerwona dachówka połyskiwała jakąś specyficzną polewą, jak dachy z kreskówek Walta Disneya. Z boku – tuż pod okapem zwieńczony – niby czemu? – jakąś tarczą herbową, na której miast charakterystycznych dla herbów znaków, dziwaczna – wręcz plugawa – twarz się nachalnie ukazywała – maszkarą by straszyła, bo swoje rozczochrane włosy, niby jakoweś diabelskie rogi wystawiała… szyderczo się śmiała! W najgorszym jednak stanie były potężne drzwi wejściowe – tak się zsunęły ku ziemi, żeby móc je rozwierać, ktoś wyciął dołem parę klapek dębowych, z których to były zrobione. Wszystkie okna i te pałacykowate podwoje, stylem mrocznym – niby to gotyckim – kościelnych okien znaczone, co jeszcze potęgowało wrażenie ponurości? posępności? No, dla PANI EGUCKIEJ jednak romantycznego piękna…
Od całkowitego upadku – dosłownie – ratowało ten dom olbrzymie drzewo – Jejku – powiedziałaby Stasia do św. ZYTY – jakisi zaczarowany, mocarny dąb. W lewy bok tego budynku wrosło – doń przyrosło, w swych ramionach go trzymało, nawet część dachu troskliwie swoim gęstym listowiem okrywało –  ten przekrzywiony pałacyk podtrzymywało.
Takiego domostwa pałacykowatego PANI EGUCKA jeszcze nigdy nie oglądała – widywała, toteż się teraz zastanawiała, jak w takiej KRZYWEJ WIEŻY – nieomal jak w PIZZIE można mieszkać i się przemieszczać: korytarze to muszą się chyba wznosić i opadać, a podłogi w komnatach – ten GLOGER to nawet pisze, że w KOWNATACH (!), muszą być  pofałdowane, jak fale Bałtyku w czas sztormu!
Gdy się tak zastanawiała, tak siedząc jak onegdaj w parku pana von HOFF, zasłonięta potężnymi – tam lipowymi, tu świerkowymi – gałęziami, OD DRZWIA się tego domu rozwarły z impetem, jakby je ktoś kopnął był od środka i wyczłapała ta męska POCZWARA – ach, ta kochana Stasia, zawsze wszystko właściwie nazywała – nieco  jedną nogą pociągając, a tuż za nim w wytartym, jakby dziecięcym niebieskim płaszczyku, niedopinającym się na zaokrąglonym brzuszku, związująca w pośpiechu pod brodą czarną chustę, śpieszyła ta RÓŻOWIASTA, by zaraz za drzwiami podeprzeć kulejącego.
- Aleś mu PRZYWALIŁA – wymruczała ze swej przestrzeni już BEZCZASOWEJ Stasia od św. ZYTY – pewnikiem do lekarza ciągnie, może nawet tą OBDUKCYJĄ chce zrobić?! – niepokoiła się o los PANI EGUCKIEJ, tam, w tych swoich ZAŚWIATACH Stasia.
- Iiiii… Stasiu, któż to mu uwierzy, że w moim wieku jeszcze taką krzepę mam… że go jak ten worek… cha! Cha! Nie wiedzą przecież, ze ci moi ICZE herbu MOGIŁA a nawet TRZY, po Dzikich Polach hasali i podkowy łamali… ale Ciii… coś mówią…
- Do BABKI cię zawiozę, niech tam na ten twój brzuch jakisi ziółek ci da… - mruknął stary.
- Przecie mnie nie boli – za dużo grochówy zjadłam, to się wzdął…
- Co ty tam wiesz – wrzasnął naraz stary – do BABKI – powiedziałem i SZLUS – zawyrokował.
- Kiej chyba się boję…
Dalszych słów PANI EGUCKIEJ nie wysłyszała – usłyszała, bo rozmawiający doszłi zapewne do pobliskiego, ale stąd, gdzie PANI EGUCKA niewidocznego, jeziora MAŁEGO, a po chwili dał się słyszeć jedynie jakby plusk wioseł,,, chyba wsiedli do łódki i odpłynęli – ustaliła PANI EGUCKA.
Wysunęła się ze swej kryjówki i podeszła do rozwartych na oścież, dyndających na jednym haku drzwi, przez moment się zawahała, by jednak po chwili przestąpić próg tego pałacowatego rozwaliska.
We wnętrzu panował półmrok – rozległą sień? Chyba dawny haal, rozświetlały tylko te jakby gotyckie nieregularne, na różnych wysokościach porozrzucane okna; zasnute wieloletnim kurzem i pajęczyną.
Środek wnętrza wypełniała ozdobna klatka schodowa, na którą to wiodły wejścia z dwóch stron – niestety, z jednej strony schody się zapadły – rozpadły; u ich podnóża, na kamiennej posadzce, ktoś ułożył w jeden stos wypadłe z poręczy rzeźbione tralki. Wejście na schody z drugiej strony, wyglądało jednakże solidnie, ten świeżo ścięty i okorowany świerk, jeszcze pachnący żywicą, w STEMPEL zamieniony był, bo podpierał wybrzuszony strop.
Woń żywiczna nie zdołała jednak zabić zapachu stęchlizny i mysich, a może i szczurzych odchodów.
Fetor był gorszy, niż ten, jaki PANI EGUCKA znała – zapamiętała z lochów pałacu pana von HOFF, bo i zapach moczu się weń wmieszał.
W całym domu panowała grobowa cisza: - Ty to masz szczęście, PANI EGUCKA – powiedziałaby Stasia od św. ZYTY ubolewając – znowu jakisi BIAŁA BUDKA ci się objawiła tajemną jakąś zagadką cię oplątała? Znów ja będziesz odkrywała? Bo spokoju nie będzie ci dawała. DLACZEGO? To pytanie, to nie na nasze głowy – Stasia się tam w górze zamartwiała – o PANIĄ EGUCKĄ kłopotała.
Gdy tak, trochę bezradnie, PANI EGUCKA u podnóża tej klatki schodowej stała, gdzieś, z najwyższej chyba kondygnacji – niczym z NIEBA – jakiś głęboki, DZWONNY, się głos odezwał:
- Wnijdź do góry, PANI… na ciebie PANI czekałam już od samego rana… widziałam, jak się męczyłaś, jak z tego JARU PRZEDPIKIELNEGO się wydobywałaś, to SIEDLISKO WSZYSTKIEGO ZŁEGO nawiedzając, bo ty, PANI, nareszcie to ZŁO po imieniu nazwiesz, odszukasz to ŚWIATŁO, które nareszcie będzie ten zakątek CZARNEMU przypisany, rozświetlać – opromieniać… w DOBRO zamieniać… Zatem wnijdź PANI, co DUSZĘ dziecka w sobie masz… Tylko PRAWDA ocalić nas może… PANI
- Jejku! PANI EGUCKA!!! Ty na pewno chcesz wejść po tych rozrelotanych schodach na jakieś STRYSZYSKO? Zlecić na ŁEB I SZYJĘ do jakiejś szczurzej NORY, lub gorzej: do LOSZKU PLUGAWEGO? W najlepszym razie nogę skręcić?! – ostrzegała, bo zawsze się o PANIĄ EGUCKĄ troszczyła – z tej swej przestrzeni BEZCZASOWEJ – bezwymiarowej – Stasia od św. ZYTY.
- Stasiu! Jakiś głos profetyczny mnie wzywa, poszukiwać DOBRA nakazuje, a ty tego mi wzbraniasz? Może mam HEROLDEM BOŻYM zostać w tym przedpieklu, bo choć AUREOLII nie mam, to przecież PRAWDĘ odkrywać? Coś mi tu nakazuje… nawet mówi, że ta PRAWDA ratować może – dopomoże, no nie?
- Zawszeć PANI EGUCKA co chciała, robiła, na cztery łapy, jak ten MRUCZOŃ spadała, to może i ta AUREOLA niepotrzebna? Może ten kapelusik…
- Na modzie, to ty się kochana Stasiu nie wyznajesz… ten kapelusik to prześliczna Fedora; prawda? Jaki twarzowy?
- Jak się ma głowę do kapeluszy, to i twarzowa…
- Zatem: obejdziemy się bez tej AUREOLII, ale swoje zrobimy, zawsze co we dwie to we dwie – sobie poradzimy. No to idę, kochana Stasiu, pamiętaj o mnie…
- Nie chcem, ale muszem – ustaliła PANI EGUCKA. W dwudziestym pierwszym wieku takie oto teksty, zastępowały dziewiętnastowieczny tekst wieszcza: Mierz siły na zamiary.
Szła tedy – pięła się raczej – wciąż w górę i w górę, ze zdumieniem dostrzegając na każdej mijanej kondygnacji jakieś mroczne tunele korytarzy, ciągnących wijących się, jakimiś meandrami w jakieś przepastności, niczym ucieszne RUROZJEŻDŻALNIE na tej pływalni w EGU, tylko, że tutaj wszystko jakąś GROZĄ tchnęło, a nie uciesznością.
Nareszcie dotarła na ostatni mezanin, gdzie stanęła była pod nieco zapadłym – opadającym sufitem, z którego to powoli sączyły się krople deszczówki do postawionej – podstawionej na podłodze misy, już prawej pełnej wody, bo padało przecież od rana.
Tuż za misą, którą ominęła, dostrzegła w pokrytej czarną dębową boazerią ścianie rozwarte na oścież podwoje, niebywale piękną snycerską robotą omotane – jakoweś roślinne liście wymyślne, akanty może, a może i JĘZORY PŁOMIENI OKRUTNYCH, piekielnych? – domagała się odpowiedzi wyobraźnia PANI EGUCKIEJ – godne najwspanialszego pałacu.
Z tego obramienia niezwykłego, wezgłowiem w stronę wejścia zwrócone – też rzeźbione – łoże się wynurzało; zasłane tak urokliwymi, połyskującymi jedwabiem i atłasem, poduszkami i kołdrami, jakby z innego świata – jakiejś niezwykłej czystości! Tu się objawiło – zjawiło.
Na łożu, wsparta o te poduszki falbaniaste, w koronkowym peniuarze i równie koronkowym – z portretów muzealnych leciwych dam w dwudziesty pierwszy wiek przeniesionym – czepcu, spoczywała DAMA, której dostojne oblicze i kolorytem karnacji, i resztkami urody, przypominało wyrzeźbioną w kości słoniowej KAMEĘ – PANI EGUCKA przecież  taką miała, po tej hrabinie PLATTER.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora