Ariana Nagórska - Załatwieni

Tytuł kojarzy się z załatwionymi PRZEZ INNYCH, tymczasem zajmować się będę głównie załatwionymi PRZEZ SAMYCH SIEBIE (niezależnie od tego, czy przy okazji załatwili INNYCH, czy też nie). Choć język pozwala precyzyjnie nazywać różne zjawiska, niektórym nie chce się tak czynić, nie mówiąc już o całej rzeszy nierozumiejących żadnych językowych niuansów.
         Często słysząc np. informację: X awansował na prezesa, dyrektora itp. – od razu próbuję uściślić: awansował, czy też awans sobie załatwił? Przecież nie bierność, a właśnie operatywność indywidualna jest dziś szczególnie ceniona! W żadnym wypadku nie chodzi tu o operatywność dobrze wychowanego i uczciwie stawiającego sprawę pyszałka, który mógłby do władz nadrzędnych wysłać podanie następującej treści: Uprzejmie proszę o powołanie mnie na prezesa z racji moich najwszechstronniejszych w zespole pracowników kompetencji do pełnienia tej funkcji. Z poważaniem X. Nawet skrajnie naiwni wyśmialiby się z tak nieskutecznej próby zagarnięcia stołka. Sukces ma szansę osiągnąć wyłącznie osoba SKROMNA, natrętnie zaznaczająca, że nie korzyści własne, a dobro firmy (lub nawet całej ojczyzny!) ma na względzie. Ponieważ kłamstwo jest grzechem POWSZEDNIM, obywatele kłamią tak bezwiednie jak oddychają, nie mając i innym tego za złe. Jednak zakłamana skromność to stanowczo za mało, by uzyskać prestiżowe stanowisko. Dyspozycyjność donosicielska i wazeliniarstwo są „walorami" absolutnie  niezbędnymi, przy czym warto jeszcze tę machinę naoliwić różnorodnymi formami łapownictwa. Wtedy dopiero X może nie tyle awansować, ile załatwić sobie awans (pod warunkiem, że jakiś Y nie zgromadził większego arsenału „walorów").
          Na literackiej płaszczyźnie (bo góra Olimp to raczej nie jest) też nieraz mówimy, że ktoś wygrał konkurs. Otóż czasem rzeczywiście wygrał, a czasem (jak w przetargach biznesowych, tyle że z mniej imponującym zyskiem) wygraną sobie załatwił. Nieprawdą jest jednak, że wszędzie tam, gdzie wygrana kusi wysokością, prawdopodobieństwo załatwienia jej sobie przez protegowanych występuje częściej. Wysoka bywa zwykle tam, gdzie dba się o poprawność i nieodstawanie utworów od preferowanego standardu. Trudno chyba wymagać, by dużą forsą honorowano twórców nieprawomyślnych światopoglądowo, niezależnych myślowo (czyli straszliwie niebezpiecznych) lub też jakichś geniuszy wytyczających nowe nurty kosztem zdrowia psychicznego skostniałej braci jurorskiej! Rzesza autorów dbających przez całe życie, by kryteria poprawności i standardowości spełniać, jest na szczęście ZAWSZE znacząco liczna, a ich nazwiska dbającym o poprawność jurorom też są znane (podobnie jak i godła). Rażącą niesprawiedliwością byłoby jednak sądzić, że ujawnienie przez poprawnego autora swego godła przyjaciołom-jurorom jest równoznaczne z załatwieniem sobie nagrody. Przecież (do licha!) nie starczyłoby nagród! Poprawnemu pozostaje tylko czekać, czy wśród tłumu tak samo jak on poprawnych tym razem akurat jego poprawność finansowo zaowocuje.
          Niemądre jest też mniemanie, iż nagrodę w konkursie dla poprawnych może sobie załatwić grafoman. Nie może, ale to żadna tragedia, bo konkursów dla grafomanów jest znacznie więcej. Niestety, również konkurencja jest ostrzejsza, bo przecież grafomanów wszędzie jest więcej nawet od licznych poprawnie piszących (czyli  przeciętnych). Zostaje to zrekompensowane przez wyższe z reguły nagrody w konkursach grafomańskich. Takie konkursy (najchętniej poetyckie) ogłaszają często bogaci przedsiębiorcy, np. bursztyniarze na wiersz o bursztynie, jubilerzy o biżuterii, rafinerie, banki i inne konsorcja-molochy z okazji swych różnych jubileuszy i sukcesów na rynku. Tego rodzaju animatorzy kultury znają się akurat na poezji jak kura na spektroskopie. Pragną jednak, by ich osiągnięcia sławił wiersz ich zdaniem NAPRAWDĘ ŁADNY, a nie wylansowany drogą układów. Dlatego też UCZCIWIE wygrywa w ich konkursach ten, kto jest grafomanem ekstremalnym!
          Kręgi literackie zagarnia też siłą rzeczy słynny „wyścig szczurów", tyle że na tym gruncie nie jest zjawiskiem tragicznym, lecz tragikomicznym. Nie ma chyba większej groteski i absurdu, jak załatwienie sobie bycia zdolnym pisarzem. Sporo wielbicieli, wierząc mediom, wielkość takiego pisarza sławi, żadnych jego dzieł nie czytając. Nawet snobi-masochiści w konfrontacji z jego twórczością potrafią dojść do wniosku, że lepiej (dla poprawności) doraźnie głośno go cenić, niż długo i w ciszy czytać. DORAŹNIE dlatego, że wystarczy nieraz utrata jakiegoś stołka, funkcji, kumpli w „Gazecie Wyborczej" lub w telewizji, brak czasu ze strony „opiniotwórczych" recenzentów lub ograniczające aktywność załatwiacza pogorszenie stanu zdrowia, a już o pisarzu, który bycie dobrym sobie załatwił, nikt nie pamięta, choćby pisał do upojenia.
          Wyraźnie tu zaznaczam, że sedno klapy wcale nie tkwi w tym, że załatwiający sobie bycie dobrym pisarzem zawsze musi być z natury niezdolny lub co najwyżej przeciętny. Nawet gdyby był wybitny, swych możliwości pisarskich nie wykorzysta, bo wtedy o wiele trudniej byłoby mu jakieś splendory dla siebie załatwić (choćby ze względu na opór miernot lub konieczność poświęcenia na wartościową twórczość więcej energii i czasu, którego mogłoby zabraknąć na lizusostwo wobec ważnych urzędasów i „opiniotwórców", pełnienie obowiązków celebryty i ciągłe „trzymanie ręki na pulsie"). ALBO ARTYSTA, ALBO AKTYWISTA – te zbiory cech są całkowicie rozłączne!
          Od wczesnej młodości aż do obecnego nader dojrzałego wieku konsekwentnie podkreślam, że dla mnie najdoskonalszym wzorem prawdziwego artysty zawsze był van Gogh. Nic więc dziwnego, że współczesne „sukcesy artystyczne" jawią mi się na ogół jako wiekuisty szajs i doraźne załganie. Przy takiej opcji szczególnej rozrywki dostarcza mi obserwacja młodych-zdolnych. Młodość przecież ZAWSZE kojarzyła się z chęcią zmieniania świata, niezależnością, bezkompromisowością, entuzjastycznym (dalekim od kalkulacji) poświęcaniem się swym pasjom – czyli tym, co u twórcy (zwłaszcza zdolnego!) powinno stanowić priorytet! Tymczasem dzisiejsi młodzi-zdolni są przede wszystkim oportunistami i koniunkturalistami. Jeśli mają jakieś ciągoty artystyczne, to chyba już od przedszkola kombinują właśnie nad tym, jak w przyszłości bycie dobrym artystą sobie załatwić (czyli swój ewentualny talent załatwić na amen!). Chcący być literatami, częściej czyhają w miejscach publicznych na tych, którym warto się podlizać (nieraz co chwilę warto komu innemu), niż piszą w domowym zaciszu. Z pasją poszukują jedynie sponsorów i organizują huczne promocje dla książek w stosunku do talentu napisanych na pół gwizdka, byle tylko nie przemęczyć się tym, co w życiu nowoczesnego literata najmniej istotne (czyli pisaniem). Coś tak staroświeckiego, jak satysfakcja z dobrze napisanego utworu u młodych nie występuje, bo albo za utwór dobrze napisany uważają każdy bez wyjątku zapisek, albo też nawet nie przemknie im przez myśl, że pisanie może mieć różną jakość (ilość jest przecież łatwiejsza do oceny: im więcej, tym lepiej). Nie twierdzę, że dotyczy to wyłącznie młodych, ale młodzi uczą się od starszych tak błyskawicznie, że już na starcie potrafią ich wady owocnie zmaksymalizować. Stąd właśnie klęska nowalijkowego, sztucznie napędzanego urodzaju.
           Jako że zawsze najbardziej interesują mnie wszelkiego typu ekstremalni, na koniec podam przykład znanej mi załatwiaczki-ekstremistki. Załatwia ona SOBIE i SIEBIE, swych czytaczy, słuchaczy i współdziałaczy, ponadto Związek Literatów Polskich (do którego od niedawna należy), część sieci filii gdańskiej biblioteki publicznej, osiedlowe kluby twórcze, Klub Nauczycieli Piszących i sekcję literacką Uniwersytetu Trzeciego Wieku. Słodko-kwaśna, eteryczna rencistka o kondycji tura, załatwia „życie kulturalne" w Gdańsku i ojczyźnie   tak przez chorą, rozbuchaną ambicję, jak i przez urzekającą SAMONIEŚWIADOMOŚĆ. Ma ambicję prowadzić jak najwięcej spotkań, recytować osobiście jak najwięcej wierszy własnych i cudzych (ale tylko równie dobrych jak jej własne), prezentować tę młodzież szkolną, dla której załatwiła sobie prowadzenie warsztatów literackich oraz aktywnie promować własną aktywność (błędne koło), jeżdżąc po całej Polsce, dopóki zagranica się nie obudzi. Taką „pobudkę" mogłaby zagranicy zafundować metodą całkiem prostą: zaprosić do Polski grafomanów z innych krajów, by oni z kolei jej się zrewanżowali (tak jak przecież rewanżują się sobie wzajemnie na swą miarę antologiami i tłumaczeniami). Czemu na razie nie rozkręciła się zbytnio na tym polu – diabli wiedzą (bo to chyba oni dają jej taki nadludzki napęd w maliny). W każdym razie Europa i świat resztkami sił stawiają opór. Nie dziwię się obcym, skoro nawet pewien rdzenny gdańszczanin określił szeroko zakrojoną aktywność kulturalno-oświatową tej pani jako „szkółkarstwo dla półgłówków". Ruchliwa kobiecina jednak, tylko z pozoru skromnie głosząc bliski zidiocenia minimalizm poznawczy, pragnie w rzeczywistości swym intelektualnym potencjałem nawozić cały areał globalnej wioski. – Inni piszą o sprawach smutnych, a ja  cieszę się każdym kwiatkiem – brzmi jej filozoficzne orędzie. Kwintesencja dobra, piękna i nieprawdy. Taka mieszanka ZAŁATWI każdego!

Również tego autora