Józef Herold - Przypadki Borysa Kupkina (4)

– Jak długo tu pracujecie? – zaczął niezbyt pewny siebie rozmowę. Natasza spuściła oczy i odpowiedziała:
– A będzie już ze dwa roki.
– To długo – dla podtrzymania dialogu dołożył Borys. – A każdym z chorych tak dobrze się zajmujecie jak mną?
Natasza nic nie odpowiedziała, tylko spuściła oczy, trochę się zaczerwieniwszy i zaprzeczyła lekkim ruchem głowy. A piersi jej zaczęły tak mocno falować, że Borys bał się, iż zaraz wyrwą się z fartucha. Żeby ośmielić Nataszę, zapytał:– A jak się nazywacie?
– Wstydzę się powiedzieć – odpowiedziała, nie podnosząc oczu.
– Mówcie śmiało, na pewno nie będę się śmiał.
– Kranc – powiedziała cicho.
– A cóż w tym takiego wstydliwego? – zapytał Kupkin.
– Wolałabym na przykład Iwanow, Rublow, Bubkin.
– Bubkin, mówicie. Ja jestem na ten przykład Kupkin.
– Naprawdę ? – Natasza Kranc przysłoniła usta ręką i uśmiechnęła się.
– Wiecie co, Nataszo Kranc, chciałbym pani coś ważnego powiedzieć – zaczął Borys.
– Co się stało? – zaniepokoiła się Natasza.
– Wybaczcie – Kupkin zerwał się na równe nogi, mało stolika przy łóżku nie przewrócił. – Kocham was.
Nawet ten pod oknem przestał jęczeć.
– Cicho – odpowiedziała Natasza Kranc – jeszcze ordynator usłyszy.


Rozdział IX

O tym, jak Borys zaprasza Nataszę do swojego domu

Borys po wyjściu ze szpitala nie mógł sobie znaleźć miejsca. Cały czas w głowie siedziała mu Natasza Kranc. Nie mógł jeść ani spać. Jeść nie mógł, bo jeszcze do końca nie zagoiła mu się jama gębowa od rosołu Wiery, a spać nie mógł, bo mu ciągle męskość doskwierała. Miało to związek z Nataszą niewątpliwy. Ile razy pomyślał sobie o jej falujących piersiach, uwięzionych w przyciasnym fartuchu szpitalnym, czy jej nogach, toczonych jak gdyby przez Michała Anioła, to go męskość tak paliła, że można było zwariować. No, ale ileż mężczyzna w kwiecie wieku, to znaczy po czterdziestce, może męczyć się z własną cielesnością bez efektu. Borys postanowił odkryć się przed Nataszą Kranc w całości i bez reszty. Kupił pęk czerwonych goździków i pobiegł rankiem do szpitala.
Czekał długo, bo akurat był obchód i wszyscy patrzyli na niego, to znaczy na te goździki, i zastanawiali się, dla której lekarki są przeznaczone.
Kiedy wreszcie Natasza wyszła z dyżurki, omal nie zemdlała. Nie, żeby się nie spodziewała Borysa, bo coś czuła, ale kwiaty ostatni raz dostała, a właściwie dała swojemu profesorowi, kiedy kończyła szkołę.
A było to tak. Profesor Jegorow dostał kilka wiązanek kwiatów, a do tego w prezencie flakon, żeby te kwiaty miały w czym stać. Na stacji, gdy profesor odjeżdżał, zrobił się straszny ścisk. Tłum napierający na pociąg tak docisnął profesora do drzwi, że flakon rozleciał się w drobny mak. Z tego wszystkiego Natasza, która miała przez okno podać profesorowi kwiaty, zupełnie o nich zapomniała. Jegorow do Krasnojarska pojechał bez flakonu i bez kwiatów.
Teraz Natasza stała na korytarzu i nogi się pod nią ugięły, i to nie z powodu tych kwiatów, ale dlatego, że Borys je przyniósł.
– Nie trzeba – wyszeptała.
– Trzeba, trzeba. Bierzcie, Nataszo, i niech wam służą – zupełnie bez sensu wyraził się Borys.
– Jeszcze sobie ludzie, Bóg wie, co pomyślą – szeptała dalej.
– A co mają pomyśleć, niech wiedzą, że was kocham.
– Ciszej, bo jeszcze ordynator usłyszy.
– A co to, ordynator to wasz ojciec i zabroni wam przyjmować kwiaty od porządnych obywateli?
– Tu nie ma takiego zwyczaju – wyszeptała.
– To my ten zwyczaj właśnie zaprowadzamy – prawie krzycząc, Borys włożył bukiet w obie ręce Nataszy.
– A czy ja zasłużyłam? – zapytała Natasza.
– Ma się rozumieć, i zasłużyliście jeszcze na coś, ale to powiem wam, jak wyjdziemy stąd.
– Gdzie mamy wyjść? – wystraszyła się Natasza.
– Niedaleko, do „Mokrego Śledzia".
– A po co?
– Bo chcę wam coś ważnego powiedzieć.
– A tu nie możecie?
– Na korytarzu szpitalnym, co my, chorzy? – roześmiał się Borys.
– Borysie, na litość Boga, co wy wymyślacie, ja jeszcze muszę być w pracy.
– Poczekam trochę, a jak chcecie, to wam pomogę, napatrzyłem się, jak tu byłem, i sam bym poradził chorego przewrócić na łóżku i oklepywać mu plecy tak, żeby flegma z płuc zeszła.
– Oj, jak was znam, to tak byście mu przyłożyli, że przy okazji żebra choremu byście połamali.
– Znacie mnie dobrze! – od ucha do ucha rżał Borys.
Gdy tak się śmiał, Natasza szybko podbiegła i pocałowała go w policzek, rzuciła wprawnie kwiaty na jego ręce i obróciwszy się na pięcie, pobiegła w głąb korytarza. Borys oniemiał z wrażenia. Wiedział, że dziś musi się stać coś bardzo ważnego. Gdy ochłonął rozsiadł się przy stoliku przy oknie, założył nogę na nogę i nie posiadając się z radości, wyjął papierosa i zapalił. Ledwie się dwa razy sztachnął, a już lekarz w długim kitlu, łysy i w koślawych butach, zrugał go jak psa:
– A gdzie wy jesteście, w szalecie, że tak bez pardonu palicie? A no, paszoł won, do palarni, bo ochronę szpitalną zawołam i oprócz kary finansowej dostaniecie całkowity zakaz odwiedzania chorych.
– Ja tu nie przyszedłem do żadnego chorego, i grzeczniej, konowale, do mnie mów, bo mnie może straż wyprowadzić, ale ciebie mogą stąd wynieść albo w najlepszym przypadku położyć jako chorego, to znaczy ciężko pobitego.
Lekarz otworzył gębę ze zdziwienia, nie spodziewając się takiej odpowiedzi.
– To w takim razie co wy tu robicie i w jakim celu zaśmierdzacie oddział dla obłożnie chorych?
– Zaśmierdzony to on już jest głównie od uryny – odszczeknął Borys.
Nie wiadomo jak ta granda by się skończyła, gdyby nie siostra przełożona, która w panice podbiegła do lekarza i zawołała:
– Towarzyszu ordynatorze, ten spod piątki, zdaje się, umiera!
– A co ja mam z tym wspólnego? – odrzekł ordynator. – Myślałem, że on już od rana nie żyje, a wy mi tu wrzask podnosicie, jakby się nie wiem, co stało. W szpitalach się leczy i się umiera. I nie stójcie tak, bo za stanie wam nie płacę – odwrócił się i poszedł w zupełnie inną stronę.
Borysa ta historia trochę zdenerwowała, więc usiadł znowu i zakładając nogę na nogę, zapalił papierosa. Sztachnął się ledwie dwa razy, gdy ktoś podszedł do niego od tyłu i przysłonił mu dłońmi oczy. Nie mogło być pomyłki, to była Natasza. Te rączki poznałby nawet w grubych watowanych rękawicach. To one tak go delikatnie karmiły, kiedy niczego nie mógł włożyć do ust po oparzeniu.
– Nataszo, pani jest czarująca – powiedział, chwytając dłonie Nataszy.
– Zwolniłam się u przełożonej, możemy już iść.
– Doskonale – powiedział Kupkin.
Po wyjściu ze szpitala opowiedział Nataszy o krótkiej rozprawie z ordynatorem i o tym, jak ten spod piątki umarł, nie doczekawszy się wizyty lekarza.
– Borysie, powiedzcie wreszcie, gdzie mnie ciągniecie? – zapytała Natasza.
– Najpierw pójdziemy do "Mokrego Śledzia" – zdradził Borys.
– A co to, sklep rybny?
– Nie – zaśmiał się Borys. – To jest restauracja, gdzie pracuje mój kolega. Chciałem go pani przedstawić, no i jemu pokażę was.
– A co to, ja do pokazywania jestem? – szczerze wzburzyła się Natasza.
– Każdy by chciał pokazać takie cudo – rzekł Borys.
– Nie gadajcie po próżnicy, Borysie, bo aż wstyd tego słuchać, a co dopiero siostrze z poważnego szpitala iść do restauracji, gdzie tylko mężczyźni chodzą.
– Tylko na chwilę – prosił Borys.
Kiedy weszli do "Mokrego Śledzia", Borysa Kupkina od razu rozpoznał Kola:
– Cześć, Borys, sto lat tu nie byłeś! – krzyknął od baru.
Kiedy Borys z Nataszą przedostali się przez tłok i dym, Kola ciągnął dalej:
– A cóż to za diewuszka, którą tu fatygujesz? Nie powiesz mi, że to twoja synowa?
– Przestań, Kola, głupa rżnąć. To jest Natasza Kranc ze szpitala obwodowego, która kilka dni temu życie mi uratowała. Poznaj tego anioła.
– No to postarałeś się, Borysie. Już dawno w "Śledziu" takiej piękności nie było. Czego się napijecie?
– Ja oranżady – poprosiła cicho Natasza.
– Tu czegoś takiego nie ma, tu się podaje porządne trunki – powiedział Kola. – Dla jaśnie pani damy mały koniaczek astrachański, a dla tego starego moczymordy seta samogonu. Zgadłem, Borysie? – Kola puścił oko do Borysa.
Borys nie był zachwycony przemową Koli, bo widział, że i niezadowolona jest Natasza, ale cóż, taki jest Kola.
– Co u ciebie? – przerwał wywody Koli Borys.
– Jak zwykle wesoło tu u nas. Ostatnio był listonosz z naszego rejonu i zapłacił za to, żeby mu w mordę dać.
– Durny jakiś? – zdziwił się Borys.
– Na durnego nie wyglądał – mówił Kola. – Ale opowiadał, że u jakiegoś epileptyka, czy eunucha zostawił czapkę służbową i z tego powodu groziło mu wyrzucenie z roboty, więc kazał sobie za dychę wybić zęby. Że niby napad był i czapkę mu ukradli. Mówię ci, jak nasz Grigorij, wiesz, ten ze sztuczną nogą, przyłożył mu kułakiem, to cudem boskim tylko dwa zęby mu wybił, bo wyglądało, że żadnego w gębie nie zostanie.
– Mówisz, Kola, że czapkę zostawił u epileptyka, jak powiedział, czy eunucha?
– A co, znasz go? – Kola był ciekawy.
– No, coś słyszałem, ale co nas obchodzą paranoje jakiegoś syfilityka listonosza. Nieprawdaż, Natasza? – zapytał.
– Ja w ogóle nie wiem, o czym wy mówicie, a poza tym ten koniak do głowy mi uderzył i zemdliło mnie.
– Możeście ciężarna? – drążył Kola.
– Ależ skąd, nie ważcie się takich głupot gadać – oburzyła się Natasza.
– Jak się ma takiego jurnego komsomolca przy sobie, nie można znać dnia ani godziny – zarechotał Kola.
Borys wychylił drugi stakan samogonu i wziął Nataszę za rękę.
– Chodźmy – rzekł krótko. – Nic tu po nas.
– Zostańcie – napierał Kola. – Stawiam następną kolejkę. Nie gniewajcie się, jeżeli coś nie tak powiedziałem.
– Wybacz, Nataszka, ordynus ten Kola był dzisiaj, jakby mu coś zaszkodziło. Obiecuję, że przez najbliższy tydzień tam nie pójdziemy – obiecywał Borys.
– Ja tam już nigdy nie pójdę.
– Niech i tak będzie – zgodził się Borys.
– A gdzie my teraz idziemy? – zainteresowała się Natasza.
– Jak to gdzie? Do mnie idziemy. Musisz zobaczyć, jak mieszkam.
– A czy to uchodzi, żeby po tygodniu znajomości iść do cudzego domu? Nie, Borysie, dajcie jeszcze czas do namysłu. Wy tak szybko mówicie i robicie, że ja nie nadążam. A poza tym wyście już sporo wypili, mnie też się w głowie kręci, jeszcze jakie głupoty z tego wyjdą. Wy, mężczyźni, myślicie, że my, kobiety, jesteśmy takie jak wy, a tak wcale nie jest.
– My, mężczyźni, wcale nie myślimy, że wy, kobiety, myślicie – zaplątał się Borys. – Jeżeli wam, Nataszo, kręci się w głowie, to ja mam taką naleweczkę z wisienek, że zaraz wam ta głowa się przestanie kręcić.
– Niczego do ust nie wezmę, takie mam zasady przy pierwszej wizycie – wyraźnie powiedziała Natasza.
– Zasady zasadami, a w gościnie jednego kieliszka się nie odmawia.
– No dobra, jeden i – pod karą boską – ani kropelki więcej, bo was znać nie chcę i zaraz wychodzę.
– Nataszo najmilejsza, jeszcześmy progu nie przestąpili, a wy już wychodzić chcecie. Dajcie na umiarkowanie. Pozwólcie ugościć. I tak doszli do kamienicy Kupkina.
Natasza Kranc stała na środku pokoju i rozglądała się. Trudno się dziwić. W tym miejscu była po raz pierwszy.
– Co się tak przypatrujecie? – zapytał Kupkin.
– Wiecie, Borysie, pierwszy raz jestem w domu, gdzie nie ma firanek. Co to, mole zjadły? – roześmiała się Natasza.
– Ach, nie wspominajcie mi o firankach, bo mnie szlag trafia, jak sobie pomyślę, że przez te firanki mogłem pójść do więzienia. I proszę was, nie pytajcie dlaczego, bo wam nie opowiem. Wstydzę się.
– No dobrze, nie będę pytała, skoro wam to wstyd przynosi, ale jeszcze chcę zapytać, dlaczego tu nie ma żadnej fotografii.
– A kogo ja mam mieć na tej fotografii? Syn, niech go kule biją, nie odzywa się już dziesięć lat. Koledzy poumierali z przepracowania, a kobiet nieznajomych na ścianach wieszał nie będę, bo nie jestem zboczeńcem jak ten, co obok mnie mieszka i całe ściany ma z gołymi babami. Co i rusz są u niego awantury, bo mu koledzy ze ściany zrywają co ładniejsze, a on ma policzone i na pierwszy rzut oka odgaduje, z którego rzędu właśnie zginęła jakaś blondyna z dużym za przeproszeniem przedsięwzięciem.
– Darujcie, Borysie, bo słuchać nie chcę o tych bezeceństwach. Opowiadajcie, co tam w robocie.
– A o czym tu gadać, człowiek się już tyle napracował, że i więcej nie potrzeba, więc dożywa swoich dni w tak zwanej bezczynności. Byle czego nie wezmę, a propozycji wartych mojego wykształcenia i doświadczenia nie ma zbyt wiele.
– A jakieście szkoły pokończyli?
– Ach, Nataszko, co ja, na spowiedzi jestem, że wam się pytania nie kończą? Wypijcie lepiej te wisieneczki, które cały czas jakby na was czekały.
Natasza nie czekając na powtórne zaproszenie, wychyliła całkiem spory kieliszek tak, że jej oczy na wierzch wyszły i dopiero po dłuższej chwili się cofnęły.
– Toż to trucizna, Borysie.
– Od tej trucizny jeszcze nikt nie umarł, co najwyżej dzień, dwa na mękach przeleżał, ale to po butelce, a nie po kieliszku. Wypijcie drugi, to wam opowiem, co z tymi firankami się stało.
– Mówcie, mówcie, straszniem ciekawa, czy je ktoś ukradł, czyście w potrzebie sprzedali na targu.
Po jakimś kwadransie Natasza sama poprosiła o trzeci kieliszek, co Borys przyjął ze zrozumieniem. Po kolejnym toaście i chwili milczenia odezwał się pierwszy:
– Wiecie, Nataszo, życie w pojedynkę smutne jest i nie ma sensu.
– Dobrze gadacie, Borysie, dajcie jeszcze jeden kieliszek
– Dlatego chciałem wam zaproponować, żebyśmy sobie mówili po imieniu: Borys jestem.
– A ja Natasza.
Borys wpił się w usta Nataszy i trwało to dobrą chwilę tak, że Natasza oburącz go odepchnęła i nie mogła oddechu złapać.
– Och, ty Borysie, silny uścisk masz. Będę miała siniaki.
– Ty też, Nataszko, masz dużo pojemności, czy pozwolisz, że ci zaproponuję związek?
– Jaki związek, już jeden mamy, radziecki. Nalej następnego, bo tego związku bez wiśniówki nie rozbierzemy.
Borys zamiast nalewać kolejne wisienki, zaczął bezceremonialnie odpinać guziki przy bluzce Nataszy.
– Zasłoń firanki, bo jeszcze ktoś nas zobaczy i ludzie mnie na języki wezmą, a to mi nie pomoże w szpitalnej karierze.
– Nie ma co zasłaniać, nie widzisz, że firanek nie ma?
Borys rozpinał kolejne guziki, lekko popychając Nataszę w stronę łóżka.
– Borys, czy ty rozumu nie masz. Ty chcesz mnie do łóżka zaciągnąć, czy ty myślisz, że ja jestem z tych, co za pierwszym razem od razu chłopa przyjmują na siebie?
– Oj, Nataszko, nic nie myślę. Ja bardzo, jakby to powiedzieć, chcę ci coś pokazać, żebyś wiedziała, kogo poznałaś, tylko mi się zacięło.
– Co ci się zacięło?
– Posłuchaj, wstyd powiedzieć, to jakieś przekleństwo. Amerykański zamek błyskawiczny w spodniach się zaciął.
– Dobrze mówili w telewizorze, żeby tym Amerykancom nie wierzyć. Jak nie możesz dołem, to górą zdejmij – poradziła Natasza.
– Przez głowę jeszcze spodni nie ściągałem – zauważył Borys.
– To ci pomogę, tylko poczekaj, bo chyba ktoś puka.
– Nikt nie puka, to woda w kuchni kapie.
– Nie, mówię ci, ktoś puka.
Borys przestał siłować się ze spodniami i wstrzymał oddech. Rzeczywiście ktoś pukał.
– Co robić? – zapytał cicho.
– Nie wiem, widocznie pisane było, żebyśmy nie poszli na pokuszenie. Mówię ci, tak miało być. Niepisane nam dzisiaj w grzechu się tarzać. Idź, otwórz.
– Jeżeli to listonosz, to mu wybiję dwa następne albo i cztery zęby – zagroził Borys.
– Kto tam? – zapytał.
– Ja – usłyszał.
– Jaki ja? Ja nie znam żadnego ja.
– To ja, twój syn.
– Borys? – zapytał Borys.
– Tak, Borys.