Jan Burakowski - Rola przypadku w historii

Znamy drogę życiową Wojciech Jaruzelskiego: dziecko rodziny ziemiańskiej o korzeniach szlacheckich, uczeń elitarnej szkoły zakonnej, zesłaniec syberyjski, żołnierz, polityk, dyktator. To, że przebył taką a nie inną drogę, że udziałem jego stała się taka a nie inna kariera, jest wypadkową jego cech psychicznych, uzdolnień, środowiska z którego wyrósł i uwarunkowań politycznych - a także przypadku. Z ogromnym udziałem tego ostatniego. Rachunek prawdopodobieństwa wskazuje bowiem, że droga ta mogła być całkiem inna.
Po pierwsze, szczęśliwym przypadkiem jest, że przeżył lata wojny. Wielu wywiezionych użyźniło syberyjską tajgę swymi kośćmi. A w jego formacji wojskowej, zwiadzie frontowym, śmierć zbierała wyjątkowe obfite żniwo - do dnia zwycięstwa dożył tylko co dziesiąty zwiadowca. Z rachunku prawdopodobieństwa wynika więc, że powinien „polec na polu chwały" - na Przyczółku Magnuszewskim, na Wale Pomorskim, przy forsowaniu Odry lub w walkach o Berlin. W tym wypadku pamięć o nim ograniczyła by się co najwyżej do wzmianki w czyichś wspomnieniach lub w monografii jakiejś operacji bojowej czy też historii jednostki wojskowej („wykazał się wyjątkową odwagą i determinacją", „taki zdolny i odważny, tyle mógłby jeszcze dokonać").
Po drugie: wcale nie musiał trafić na Sybir. Gdyby rodzina Jaruzelskich nie uciekła przed Niemcami z Trzecin 10 września 1939 r. lub gdyby uciekła nie na wschód a na południe, czy też zachód lub gdyby NKWD opóźniło wywózkę kolejnej partii „elementów niepożądanych" z Litwy w czerwcu 1941 r. o tydzień, Wojciech Jaruzelski przetrwałby wojnę w Generalnej Guberni lub na okupowanej przez Niemców Litwie (zakładając, że przypadek nie kazał by mu zginąć w jakiejś partyzanckiej potyczce lub w kazamatach Gestapo).
Po trzecie wreszcie: przypadek sprawił, że rodzina Jaruzelskich trafiła do górskiej, ałtajskiej głuszy. Gdyby osiedlono ją w pobliżu wielkich ośrodków miejskich Syberii lub w pobliżu późniejszych ośrodków formowania Armii Polskiej w ZSRR (gen. Andersa), Wojciech trafiłby na pewno w jej szeregi a potem został ewakuowany do Iranu (być może z resztą rodziny).
 Tak więc u podstaw późniejszych losów generała legły trzy przypadki: jeden szczęśliwy (że przeżył) i dwa pechowe (wywózka na Syberię i niemożność wcielenia do Armii Andersa). Gdyby nie te dwa nieszczęśliwe przypadki, jego dalsze losy ułożyłyby się niewątpliwie zupełnie inaczej. Decydującą rolę przypadku w określaniu jego drogi życiowej podkreśla i sam Jaruzelski. Na spotkaniu z Polonią w USA mówił:„Jak Państwo wiecie, wróciłem do Kraju idąc ze Wschodu. Ale mogłem równie dobrze wrócić, lub nie wrócić, idąc z Zachodu. To tylko przypadek sprawił, że znalazłem się w Armii Berlinga, a nie Andersa (...). Nie żałuję dziś tej decyzji (o wyborze służby w Ludowym Wojsku Polskim - J.B.), natomiast żałuję, że powstała sytuacja, w której ta decyzja musiała być podjęta". („Wojciech Jaruzelski. Materiały" PAP, 1989 r.). Jednak los wyznaczył mu tylko drogę, po której musiał iść. Przebyty na tej drodze dystans i wielkość osiągniętego celu - to już dorobek osobisty Wojciecha Jaruzelskiego.
Gdyby Wojciech Jaruzelski pozostał pod okupacją niemiecką niewątpliwie trafiłby do jakiejś formacji podziemnej. Jakiej? Oczywiście nie do Armii Ludowej, czy też Batalionów Chłopskich lecz do Armii Krajowej lub - to bardzo prawdopodobne z uwagi na jego środowisko rodzinne i wychowanie mariańskie - do jakiejś formacji o proweniencji endeckiej (Narodowe Siły Zbrojne?). Formacje te były stosunkowo dobrze nasycone kwalifikowaną kadrą oficerską i ludźmi wykształconymi tak więc o jakiejś spektakularnej karierze dowódczej młodziaka bez matury nie mogło by więc być mowy. Ale być może wrodzone zdolności i cechy psychiczne zwróciłyby na niego uwagę przełożonych i pod koniec wojny ukończyłby skróconą podziemną podchorążówkę. Niewykluczone, więc, że w Powstaniu Warszawskim lub innej operacji Akcji „Burza" dowodziłby plutonem. I na tym skończyłaby się zapewne kariera wojskowa Wojciecha. Przy swoich cechach psychicznych, raczej nie trafiłby po wojsku do partyzantki antykomunistycznej a jako człowiek bardzo młody i szeregowiec lub oficer najniższej rangi nie doznałby chyba zbyt dotkliwych represji ze strony władzy ludowej. Jako syn ziemianina nie mógłby jednak po wojnie marzyć o karierze wojskowej, więc zapewne w przyspieszonym tempie uzyskałby maturę i ukończył studia wyższe (z uwagi na trudną sytuację materialną rodziny prawdopodobnie w trybie zaocznym). Jakie? - miał uzdolnienia humanistyczne, więc zapewne polonistykę, historię, pedagogikę, być może prawo. Przy swojej inteligencji, pracowitości, uporze, rozwadze zapewne zrobiłby w uzyskanym zawodzie karierę i kiedyś, jako emeryt, wspominałby swoje dokonania jako dyrektora liceum, prezesa Izby Adwokackiej, sędziego Sądu Najwyższego, być może nawet ministra ekipy późnego Gomułki lub Gierka (ale na pewno nie ministra resortu „siłowego"!).
Gdyby Wojciech trafił do Armii Andersa pewnie ukończyłby wojnę jako dobrze wspominany podoficer lub chorąży. Gdyby po jej zakończeniu wrócił do kraju (co jest mało prawdopodobne) przeszedłby zapewne podobną drogę jak kombatant AK, choć pokonując dodatkowe przeszkody. Gdyby zdecydował się na pozostanie na Zachodzie, uzyskałby zapewne wykształcenie i zawód w ramach Polskiego Korpusu Przysposobienia i Rozwoju.
Nie miał zdolności do nauk ścisłych i przyrodniczych, więc zapewne nie zdobyłby zawodu umożliwiającego na Zachodzie szybki sukces materialny (inżynier, lekarz). Ale przy wrodzonej inteligencji i pracowitości zapewniłby zapewne sobie i swojej rodzinie przyzwoitą egzystencję.
Tak więc, gdyby los był dla Wojciecha Jaruzelskiego w czasie wojny przychylniejszy, jego życie było by zapewne spokojniejsze i starość bardziej pogodna, ale na pewno nie stałby się postacią historyczną. Cóż, takie są wymogi losu: wszystko ma swoją cenę. Jaruzelski ma obszerną notę w każdej encyklopedii a wcześniej miał momenty, gdy zapewne wyobrażał sobie, że jest mężem opatrznościowym 40 milionów Polaków. A ceną za to był Sybir, droga pod kulami na Zachód a na starość gorycz osobistej przegranej i świadomość, że trwał uparcie na posterunku, któremu nie sprostał.
Nie ma ludzi niezastąpionych...To starą oczywista prawda. Więc gdyby Wojciech Jaruzelski zmarł na Syberii, poległ pod Magnuszewem lub na Wale Pomorskim, inni by go zastępowali na wszystkich stanowiskach, które potem zajmował. Ale wtedy zapewne historia Polski przełomu XX i XXI wieku była by nieco inna.