Janusz Rulka - Dźwigowy

Godzinę po wypisaniu Weterana mamy już następnego sąsiada. Po kilku jego odzywkach wiem, że to bydgoszczanin, pewny siebie, chyba na jakimś stanowisku. Drugiego dnia się wyjaśnia. Doktor na wizycie mówi:
O pracy na dźwigach niech pan zapomni. Przy takim ciśnieniu i niedomykalności zastawki łatwo o zawroty głowy, szczególnie jak się jest na wysokości kilkunastu metrów.
– Panie doktorze, ja jestem brygadzistą, nie muszę u góry siedzieć po osiem godzin.
– Ale czasem na dźwigi pan wchodzi?
– Jasne, szczególnie jak są awarie.
– To sam pan widzi, trzeba się przyziemić.
Po wizycie leżący koło umywalki pyta:
– To pan jest dźwigowym?
– Przecież słyszeliście. Ale ja się tak łatwo nie dam spławić. To popłatna robota.
– Słyszałem, że dobrze zarabiacie–odzywa się ten z pod okna.
– Jasne, to jak myślicie, ile zarabiam miesięcznie?
Szybko przypominam sobie: nasz rektor chwalił się ostatnio, że łącznie z dodatkami dostaje dziesięć tysięcy brutto miesięcznie, więc strzelam, by go lekko przyhamować za jego bufonadę.
– Stawiam, że do dziesięciu tysięcy miesięcznie.
Spacerujący do tej pory między łóżkami dźwigowy staje nagle przy mnie i podniesionym z oburzenia głosem mówi:
– Panie, czy ja wyglądam na głupiego?!
– Ależ nie, tak mi się to jakoś powiedziało…
Dźwigowy się odpręża, siada na łóżku i mówi.
– No to wam opowiem jak się robi pieniądze. Niedawno zbudowali wieżowiec między starym, a nowym płaskim budynkiem Województwa, ten na rogu Jagiellońskiej i Konarskiego.
– Przecież każdy to wie– mówi ten z pod okna.
– A wysoki dźwig, który był używany przy budowie, widzieliście?
– Jasne
– Moja brygada obsługiwała ten dźwig. Uroczyste otwarcie wieżowca miało być za tydzień z udziałem kogoś z Komitetu Centralnego, I sekretarza Komitetu Wojewódzkiego, Wojewody, nie licząc szyszek z ministerstwa. Nas już zabrali na inną budowę. Demontażem dźwigu miał się zająć ktoś inny. Wzięła mnie złość. Do roboty za normalne dniówki byliśmy dobrzy, do demontażu, kiedy płaci się ekstra, wzieli innych po uważaniu. Ale nic, tylko czekam i patrzę. Bo dźwig stoi, trawnika i chodnika robić nie można. A demontaż fachowcom od siedmiu boleści nie idzie, chociaż termin przecięcia wstęgi zaklepany. Na trzy dni przed otwarciem przyleciał do pakamery sam dyrektor kombinatu budowlanego.
– Panie Franku, ratuj.
– A ja na to: Przecież nas przerzuciliście i dajecie pieniądze za demontaż komu innemu.
– Zapłacimy z premią.
– Dziękujemy, my tu już mamy nową budowę, nam tu dobrze.
Na drugi dzień dzwoni sekretarz ekonomiczny Komitetu Wojewódzkiego. I prosi i grozi. Ja na to: Niech przyjdzie dyrektor kombinatu ale z pełnomocnictwami. W pakamerze odbyliśmy rozmowę.
– Jutro po fajrancie zamykacie ulicę Konarskiego. Moja ekipa rozbiera dźwig, ale bez gwarancji uszkodzenia konstrukcji. W pogotowiu mają czekać ciężarówki z lawetami do wywozu tego, co będzie leżeć na ziemi. O piątej rano mają być dwie ekpiy: do zbudowania chodnika i wyrównania terenu i posiania trawy. W holu budynku ma czekać księgowy z teczką pieniędzy, a nie jakimiś czekami. To co obiecaliście na piśmie poprzednikom pomnóżcie razy trzy.
– Zgodzili się? – pytam z niedowierzaniem.
– A co mieli robić? Wtedy jak ogłosili, że coś ma być otwarte, to było.
– Racja–odzywa się ten przy umywalce – we Włocławku I sekretarz obiecał dwupasmową szosę koło Azotów i była w terminie. A, że ją po tygodniu znów zamknęli na kilka miesięcy, to już nie ważne, bo przecięcie wstęgi nastąpiło.
– A jak tę rozbiórkę udało wam się załatwić w kilka godzin?– pytam.
– Zaczęliśmy od góry i każdy segment waliliśmy na ziemię.
– To co te ciężarówki wywoziły? Części dźwigu, czy złom? Podobno to był dźwig kupiony za dewizy!
– Co nas to obchodziło. Gierek wziął kredyty, a my mieliśmy wykonać robotę w terminie, to się robiło.
– A jaki był efekt?
– Jak należało. O szóstej rano dźwigu już nie było. Księgowy wypłacił każdemu z nas jego dolę w ustalonej wysokości. Ekipy układające chodnik i siejące trawnik pracowały aż warczało. Nas już nie było, ale podobno o dziesiątej wszystko było fertig. O jedenastej przyjechali Ci z Warszawy i miejscowi z województwa. Trzech przecinało wstęgę, potem zrobili sobie przyjęcie, oczywiście bez nas, ale to już nam nie było potrzebne.
– Tak– odzywa się ten z pod okna– teraz wiem dlaczego moja brygada musiała ten chodnik i cały teren porządkować na nowo; i odwrócił się do ściany. Ja też pogrążyłem się w lekturze Trybuny Ludu.
Na pierwszej stronie komunikat. ,,Towarzysz Gierek przedterminowo wrócił z urlopu na Krymie. Przewidziane są poważne rozmowy ze stoczniowcami w Gdańsku, Gdyni i Szczecinie". Tylko, że z Wolnej Europy wiemy: Ruch Solidarnościowy zaczął już obejmować całą Polskę.