Marek Słomiak - * * * (trafiamy na siebie)

               * * *

trafiamy  na  siebie
ochoczo  prawiąc  komunały
staczamy  bitwy  zielono  czerwone
grając  o  wszystko
niczym  krwi  posagi
zwiastujące  życie
a  przecież  lepiej  jest  siąść
w  kacie  i  zagrać  piękno
na  jedynym  prawdziwym
instrumencie
                       -  na  słowie

 

 

               * * *

nie  raz  i  nie  tyle  razy
ważny  jest  dzień  dzisiejszy
nie  wczorajszy  i  nie  jutrzejszy
lecz  ten  z  aura  teraźniejszości
przebłyskujący  geniuszem
stworzenia
                       dzieła
albo  zwyczajnego  ciała
uwikłanego  w  zatarg  nieustający
z  duchem  milczącym
i  niewidzialnym  lecz
ostrzegającym   pełnym  głosem
stworzenia
                    wspartego  teoria
byle  bytu
o  filar  zgubnej  filozofii  materii
-  nie  raz  i  nie  dwa
doświadczysz  upodleń  ze  strony
gigantów  ślepej  i  doświadczalnej
głupoty  -


               * * *
-  czuje  ciebie  życie
jak  drążysz  tunelem  witalności
moje  zamknięte  ciało
gdy  głowę  odwracam
od  reki  spoczywającej  na  sercu
a  odruch  gestu  przepływa
jak  spóźniony  wędrowiec
przez  opuszki  palców  pragnieniami
-  czuje  ciebie  śmierci
jak  opadasz  czule  pod  powieki
czarne  glosy  oszraniasz  nuta  błędna
łaknieniem  odnalezienia  początku
podroży  do  światłości  wiernej
-  czuje  ciebie  życie
w  każdym  spojrzeniu
śmierci


               * * *

mówisz  -  serce
anioła  rytm  dźwięku  i  słowa
drżąco  się  otwiera  falami  systemu
rozwarstwionym  firmamentem  
powietrza
-  aniołowie  się  buntują
przed  obliczem   pana
przed  obliczem  niewiadomego
pochodzenia  teraźniejszości  posagu
kajającego  się  w  roztrząsaniu  stanu
napięcia   postaci  kłamstwa
mówiącego
-  serce  anioła  splamione
wciąż  w  rozterce  miedzy
nędznym  makijażem  zdania
a  zdaniem  pełnym  dźwięków
światłości  rozsadzającej  czas
ciała  naglący  -

  

               * * *
jestem  nie  rozpoznanym  zdaniem
  przechodniem  pośród  labiryntów  westchnień
a  pokarm  ciała  sen  zwodniczy
a  świecidełek  dźwięk  trzask  nieznośny
-  jestem  jak  rozchodnik  chodnik  w  żółciach
wewnętrznie  i  zewnętrznie
przyczajony  w  zaułku  myśli  sprawiedliwej
a  opodal  pełni  zacietrzewienia  cietrzewie
trzewiami  błądzą  w  erotycznym  toku
tokiem  chwilowego  istnienia  z  lira
rozpostarta  w  hucznej  liryce  zmysłu
butnie  prężąc  torsy  u  wezgłowia  
życiodajnego (?)  śpiewu  wiewu  zwierzęcej
zawziętości
-  jestem  strwożonym  słuchaczem
niepoprawnych  cieni  wędrownych
świadków  szukających  nadziei

 
               * * *
trzeba  wyruszyć  w  drogę
ze  wspomnień  wydobyć  się  sprawnie
i  poszukać
-  czego  na  miły  Bóg  -  czego
rozmyślnie  rozmazywanego   barwa
teraźniejszości  -  spraw  nie  cierpiących
zwłoki  rozsadzających  strukturę
myśli  drogocenna  kolie  układów
świata  składnie  ładnie  zespolonych
według  planów  splantowanych
wymiarów  sztucznej  wymowy
protezy  czasu  odbywającego
swój  tragiczny  finał
-  czego
rozmyślnie  rozpatrywanego
na  posiedzeniu  sadu  nad  człowieczeństwem
twoim
moim
na  styku  wszechświata  i  myśli
trwałych  granic  jak  orzech
nie-do-ugryzienia
ze  zrozumieniem  i  pobłażaniem
oczekujących  spełnienia  się  -  na  próżno