Konstanty Balmont (1867-1942), przeł. Andrzej Lewandowski

Czeremcha

Tak nas czeremchy wonią odurzył ranek ten,
Że zapomniawszy o nim, znów zapadliśmy w sen.

I ranek nam się zmienił w wiele bezbrzeżnych mórz,
W morza płynących chmurek, krzewów i wonnych róż.

Drzewa, trawy i kwiaty nam wypełniły sny;
Morza kwiatów, kolorów, miłość i ja i ty.

Ująwszy się za ręce, do twarzy tuląc twarz,
Z zielonej trawy szczęściem sen złączyliśmy nasz.

Słońce swe blaski słało z błękitnych niebios tła,
Było niedowierzanie, zachwyt –i ty i ja.

W nas wieczność panowała i w nas czas krótki był;
I jasny ów poranek jedynie dla nas lśnił.

Jak dwie wiosenne zjawy byliśmy wtedy my –
Czeremchy zapachami podpowiedziane sny.

 

Czytelnik dusz

Dusz ludzkich czytelniku, co w nich wyczytałeś?
Hymny na cześć miłości, piękno utrwalone?
O nie! Bardzo zniszczone, zatarte, spłowiałe
Są w dusz człowieczych księgach karty niezliczone.

Mozolnie i z uwagą narzecza nieznane,
Zgłębiałem śledząc pilnie pożółkłe stronice
Wierząc, że w każdym słowie są tam zapisane
Jakieś niespodziewanie wielkie tajemnice.

Zrodziłem się by czytać i na złudne znaki
Na wpół oślepłych oczu wcale mi nie szkoda.
Ja pragnę wysp, ja kocham niejasne majaki,
Lecz mało ich i gorzka w ludzkich duszach woda.

Czasem, kiedy mnie znuży wędrówka codzienna,
Zachodzę do książnicy jak gość przypadkowy.
Przed duszą ludzką staję jak zjawa bezsenna,
By z nią pełne wyrzutów prowadzić rozmowy.

Czemu blade, nieśmiałe jesteście dążenia?
Czemu wy, sny człowiecze, jesteście ubogie?
Ja czasem waszego chcę unicestwienia,
W imieniu tych pól, świeżym będących odłogiem.

Czy nie dlatego właśnie, z utajonym wstydem,
Wolna przyroda potop na świat sprowadziła?
 Pałając gniewem, starła z ziemi Atlantydę
I słusznie kres powrotom wszelkim położyła.

Nie pora na powroty. Dni nam uciekają.

Przyroda na nas czyha, na poranki czeka.
Przeszłość rzućmy do ognia, z chwil wianek splatając
Zacznijmy naszą wiosnę. Zaraz! Na cóż zwlekać!

 

Muzyka

Kiedy prawa dłoń z lewą zgodnie pójdą w tany
I dźwięki wyczarują z dwubarwnych klawiszy,
Kiedy smutek jest rosą gwiaździstą zbryzgany
I dzwonki się rozmarzą wśród porannej ciszy –

O jakże świętą jesteś, jak od nas odmienną,
Niby słoneczny promień w rannych mgieł tumanach.
Ty głosem serca jesteś, listków pieśnią senną,
Urzekasz jak idąca przez śpiący las Diana.

Jednej struny najbardziej słychać w tobie drżenie,:
Jak cichy płacz Chopina, Schumanna marzenia.
Tyś szaleństwem księżyca, tyś jest jego lśnieniem!
Falą, która się wznosi, lecz w pianę się zmienia.

                                                  Z rosyjskiego przełożył Andrzej Lewandowski

Również tego autora

Wydawca: Towarzystwo Inicjatyw Kulturalnych - akant.org