Włodzimierz Źródłowski - A kiedy zginę na polu minowym (1)

Skrzypienie sprężyn w kilku łożach i szmery, oraz łażenie po izbie, wybiły mnie ze snu. Kilku łapiduchów, cichcem, wymknęło się z izby. Nie palili światła, ani nie hałasowali, więc spokojnie przewróciłem się na drugi bok i próbowałem jeszcze pospać. W drzemce przeszkodziły mi odgłosy pobudki na parterze. Trzeba było się zbierać. Musiałem zawitać w kiblu. Nie czekałem dłużej  w izbie, na wrzask dyżurnego, tylko ruszyłem za potrzebą. Dyżurnego minąłem przy drzwiach klatki schodowej. Pobiegł do drzwi izby, obok ubikacji. Nie wydzierał się. Trochę mnie to zdziwiło. Wróciłem do izby, by zgodnie z nakazem, wciągnąć na siebie spodenki i założyć trampki. Wszyscy byli już na nogach, gdy w asyście Radka, do izby, zajrzał Kudryk,. Wyznaczyli szóstkę kolejnych pigularzy, by zabrali pielesze z obydwu łóżek, po naszych cywilach i wynieśli je, jako zbyteczne. Władek i Radek zabrali obydwa mundury wyściowe. Magazynier powiódł za sobą całą kawalkadę.

W izbie zostałem z Jurkiem i Andrzejem. Starszy izby, jakby przewidując następne działanie, zaproponował, by od razy ustawić resztę "wozów" równiutko, jak się należy. Przecież i tak musimy to zrobić. W parę minut wyrka stały w nowym, idealnym porządku. Polo i Andrzej zabrali po szafce, ja wziąłem dwa taborety i dawaj, w drogę, śladami Kudryka i tych z wyrkami. Jeszcze przed drzwiami magazynu na poddaszu, zabrano od nas graty, bo ogłoszono zbiórkę na poranną zaprawę. Wszyscy pognali przed budynek. Rzadka mgła i ziąb przywitały nas na zbiórce. Dopiero się rozwidniało. Gasły kolejne latarnie. Zimno wstrząsnęło każdym z nas. Mucha z Jajcem, obaj w dresach, czekali, aż ostatni dołączy i natychmiast pognali nas, bez wrzasków i popędzania, biegiem, na plac apelowy. Szczekaczki zagrzmiały. Biegaliśmy truchtem wokół placu. Kolejne pododdziały dołączały do ćwiczeń. Jajo odbiegł w bok i z maksymalnym zaangażowaniem wykonywał ćwiczenia indywidualne, a nas pozostawił pod wodzą Radka. Jak dotąd, poza pomocnikiem oficera dyżurnego, w stopniu sierżanta, nikt z kadry zawodowej nie pojawił się. Tylko on, samotnie, nadzorował zaprawę. Wielu ćwiczących, skrycie, urywało się z szeregu, by zniknąć między drzewami. Wiedzieli, że mogą sobie, przy takim nadzorze, spokojnie na to pozwolić. Muszyn pilnował nas zbyt dobrze, aby udało się któremuś  niepostrzeżenie wymknąć. Ziąb był zbyt dokuczliwy, by stać i marznąć, więc lepiej było się ruszać i ćwiczyć. Wielu wojaków, a szczególnie ci, starsi służbą, prezentowali, na gołym torsie, łańcuszki z medalikiem, lub krzyżykiem. Nam, wszystko takie, już pierwszego dnia zabrano. Przecież zakazano nam nosić łańcuszków, zegarków i bransoletek. Dotąd nie zauważyłem, by jakiś szwej się wyłamał.

Dziś zliczyłem takich kilkunastu. Szczekaczki wygłosiły z taśmy zakończenie porannej zaprawy i wojsko, plutonami, gnało, co sił, do izb. Nie trzeba było nikogo poganiać. Ziąb robił swoje.  
Bez szczególnych wrzasków minęło mytko, sprzątanko i zbiórka na śniadanie. Z paroma "płytami" kompania przemaszerowała pod stołówkę. Do tej pory, żaden z kadry zawodowej nie pojawi się.
Zafasowałem sporą porcję lastryko z podwójną margaryną. Brak presji związanej z nieobecnością trepów, skutkował poluźnienieniem ścigania wojska i odpoczynkiem od wrzasków. Dziś nasz podoficer dyżurny, kapral Bonicki, jakby nie zauważał tych wszystkich "przestępców'. Nikt nie zaliczył "orbity", nie było pełzania, gonitwy, ani dodatkowej defilady na placu apelowym.
Powrót przed budynek kompanijny, odbył się ze śpiewem i zakończył rozwiązaniem szyku plutonami. Jajco nakazał przegląd rejonów,  przekazał dowodzenie Radkowi i polazł do budynku.
Po chwili, ja z Lesiem, zabraliśmy się za nasz rejon. Pozostali odeszli prowadzeni przez dowódcę drużyny na im właściwe miejsca działania. Mieliśmy dwadzieścia minut na wszystko. Roboty było niewiele, więc spacerkiem zbieraliśmy we dwóch, śmieci z kolejnych koszy w jeden. Lechu popalał papierosa, umiejętnie kryjąc go w garści. Już umiał się doskonale ukrywać, by nie zostać na paleniu przyłapanym. Pewnie Radek i Jajco tolerują  jaranie przy sprzątanku, ale Sobuń i inni, niechybnie dali by szwejom za to maksymalny wycisk. Mieli pewnie trepowski nawyk:"Karać, karać! Nie wyróżniać!" Można się było, po takich jak oni, zawsze spodziewać najgorszego. Skończyliśmy szybko. Lechu wysypał zebrane śmieci w kosz Jurka, który wynosił te, ze swego rejonu na śmietnik. Kosztowało to Okularnika jedną fajkę. Mieliśmy prawie kwadrans swobody. Obaj kolejno odwiedziliśmy kibel i umywalnię. Wyszliśmy przed budynek. Tu nagromadziło się już sporo elewów. Wyglądało na to, że też mają jakiś "Dzień Miłości Do Zwierząt" i nikt kociarstwa, czyli  nas, nie ściga. Mucha i reszta łapiduchów wróciła z rejonów. Moi kamraci także wyszli przed budynek. Dopiero po kilku minutach, gdy zdążyłem spokojnie wypalić "Caro" i wyglansować buciki, od strony sztabu nadciągała całość kompanijnej kadry zawodowej, z dowódcą Pierwszej Szkolnej na czele. Kaprale natychmiast wezwali do zbiórki. Od razu wydzierali się popisowo. Młode wojsko nauczyło się już, że to taka pokazówka, więc opanowaliśmy sztukę puszczania kapralskich wrzasków mimo uszu. Tak na prawdę, pojęliśmy, że ten cyrk, ta  cała popisówa, przed dowódcami, jest formą rytuału i nie należy brać jej na serio, a tym mniej, przyjmować do siebie, jako atak osobisty. Kto tego nie jarzył, ten tylko szarpał sobie nerwy, zupełnie niepotrzebnie. Ustawiono wojsko do apelu. Dołączyła Bateria Moździeży.
Apel odbył się szybko. Wycztano przydziały służb, kilka szczegółów dnia i rozwiązano szyki. Jajo zniknął w wejściu, zaraz za naczalstwem kompanii. Pewnie dołączył na odprawę u dowódy. Mucha, zadał nam poprawę porządków wewnątrz i dając nam się rozejść, odszedł. Poszedłem do piwnicy, po sprzęt, a potem posprzątać do kapralskiej izby. Niewiele musiałem się natrudzić. Przewietrzyłem, poprawiłem wyrka i porządek na wieszaku. Sprawdziłem wszelkie zakamarki i wyglansowałem podłogę. Zamknąłem okno. Miałem chwilę sposobności, by usiąść przy stoliku. Nie chciało mi się nawet sięgnąć, po jakieś mądrości z książek, lub kapralskich notatek.
Zarządzono koniec sprzątania.
Zdałem graty, gdy ogłoszono alarm dla "łączników na specjalne"– czyli: dla pigularzy. Mucha ogłosił, że mamy stawić się bez hełmów i oporządzenia, więc po minucie stanęliśmy w komplecie.
Spotkała nas, właśnie, niespodzianka: Dwóch, starszych służbą szwejów, rozdało każdemu po dwie paczki suchego prowiantu. Radek zabronił zeżreć go od razu. Kazał schować w kieszeń spodni. Wyjaśnił, że to nasze drugie śniadanie. Druga paczka jest dla naszego przewodnika. Poczułem się zdegradowanym do roli  psa na szkoleniu.
Po paru minutach, od strony budynku baterii, nadbiegli wojacy w hełmach, oporządzeniu i z Kałachami w garści. Mucha oddał dowodzenie i odszedł. Ledwo stanęli w szyku, odliczyli, a już razem z nami, natychmiast pognali przed wartownię. Prowadził nas starszy kapral z baterii. Przed wejściem do wartowni ustawił nas w dwuszereg i odczytał w jakiej kolejności mamy stanąć parami. Mnie wyczytano na ostatnim miejscu. Zostałem przydzielony pod "opiekę" kanoniera Boruckiego. Stanąłem za plecami mego przewodnika. Dowodzący postawił nas na baczność i perrorował: "Młode wojsko ma być... praktycznie przeszkolone w działaniu. Pod nadzorem i opieką starszego wojska...udajecie się,... wykonując zadanie bojowe...łączników na specjalne zarządzenie,...w rejon powiadamiania. Starsi służbą...ponoszą za was odpowiedzialność. Podlegacie ich rozkazom. Po wykonaniu zadania...meldujecie powrót i zdajecie sprzęt, oraz przepustki...u oficera dyżurnego pułku. Jasne!?" Odpowiedź padła gromko, więc kapral postawił nas na "spocznij w miejscu" i wszedł do budynku wartowni. Po chwili wrócił, nakazał nam, młodym, oddać starszym po jednej porcji suchego prowiantu. Odczekał chwilę i znów postawił nas na baczność. Z budynku wyszedł krępy, niewysoki major. Miał na sobie płaszcz i beret. Wyglądał na solidnego, opanowanego faceta po pięćdziesiątce. Stojąc na schodkach, przed drzwiami, spokojnie obejrzał każdego w szyku i dał spocznij. Spokojnym głosem przedstawił się: "Moje nazwisko: Wójcik". Odczekał chwilkę i oświadczył, że kapral wyjaśnił nam wszystko, więc nie będzie  powtarzał. Od siebie dodał, że od nas, a szczególnie od starszych służbą, oczekuje rzetelnego wykonania działania bojowego. O wszelkich zajściach nakazał, natychmiast po powrocie,  niezwłocznie meldować. Nam, młodym, nakazał: ściśle wykonywać polecenia starszych. Po tym padło: "Wykonać". Major z kapralem weszli do wartowni. Pognaliśmy pod budynek sztabu. Pozostawiając nas, elewów w szeregu, przed wejściem, stare wojsko rzędem, kolejno pobierało ekwipunek, w okienku oficera dyżurnego. Wybiegali z dodatkową  raportówka w garści i zabierali kolejno swych podopiecznych. Parami gnali w różne kierunki koszar. Jako ostatni, ze schodów zbiegł Borucki. Machnął na mnie, bym ruszył za nim. Przebiegliśmy obok budynku pierwszej, obok placu apelowego, przez park wozów. Dobiegaliśmy do bramy z wartownikiem.
Biegłem tuż za moim patronem, gdy ten obejrzał się w tył i wrzasnął:"Dawaj!..Dawaj!!.. Kocino pierdolona!! Cooo! Kita siee o łapska zaplątałaaa! Pooołóż się tam jeszcze na moment.. Kurwaa!".
Wściekłem się, ale nic po sobie nie dałem poznać. Ten zatrzymał się, przerzucił raportówkę przez pierś i znów wydarł się na mnie. Wartownik stał parę kroków dalej. Udałem obrażonego i po kolejnych wyzwiskach: od kocurów i sierściuchów zapchlonych, oraz temu podobnych, odwróciłem się ku koszarom i biegiem zmierzałem ku budynkom. Musiał się Borucki trochę wysilić, by mnie, przy placu apelowym, dogonić. Złapał mnie za rękaw, zatrzymał i dość niepewnym głosem, zdyszany, zagadnął:
- Młody? Odpierdoliło ci? – Bez zająknięcia odparłem:
- Porozmawiacie o tym z majorem Wójcikiem i porucznikiem Walenciakiem.
Ominąłem go, jak krowi placek na drodze i pośpieszyłem dalej. Chłopak zgłupiał. Podbiegł i krocząć ze mną, ramię w ramię, zaczął niepewnie:
- Noo...Coo ty?
Spojrzałem na niego chłodno, jak na plażowego lodziarza w listopadowy, zimny dzień. Ponowił:
- Czekaaj moment!..Dobraa?
Jego ton głosu opadał, zwolniłem tempo, a ten dalej:
- Daj spokój....Młody. Pogadamy?"
Ton był już błagalny, więc zatrzymałem się i zapytałem zniechęcony:
- O czym tu gadać?...Szeregowy!  Łamiecie regulamin, posługujecie się wulgarnym słownictwem i poniżacie słownie żołnierza młodego rocznika. Mamy rozkaz: Natychmiast meldować o takich przypadkach. Nie ma przeproś. Rozkaz – to rozkaz.
Zagrałem idiotę na styl Waszmycy. Borucki przestraszył się na poważnie, zabiegł mi drogę i stanął w rozkroku. Prawą ręką złapał za rekojeść bagnetu w pochwie, a kciukiem odpiął zatrzask zapinki. Udawał zdesperowanego. Chciał mnie nastraszyć. Bardzo nieudolnie mu to wyszło. Ominąłem go zupełnie spokojnie, bo jego teatralna scenka, wywołała u mnie tylko żenadę. Mając go, za plecami czułem, że nie wie, jak ze mną postępować i stoi jak wryty. Chciało mi się śmiać. Nie słyszałem kroków. Mógł być nie wiem kim, ale skoro dawali mu do łapy ostrą broń, odwalał służby, trzymał wartę, to nie stać go było na atak nożem, w dodatku: na powierzonego mu kota. Po co więc ten cyrk? Już myślałem, że grając durnia, będę zmuszonym odegrać scenkę do końca i naprawdę zameldować politycznemu i majorowi od łączników, o wyzwiskach. Ci też nie będą wiedzieli, czy jestem jakimś debilem, czy nie, ale zachowam się regulaminowo, tak, jak nas Walendziak szkolił. Jakby wzięli sprawę na poważnie, a w armii tak to jest, dostałbym jeszcze pochwałę, a Boruckiemu dostałoby się pokazowo. Nie zdążyłem dokończyć myśli, gdy na kilkanaście metrów, przed budynkiem pierwszej szkolnej, dogonił mnie Borucki.
- Mały ..Czekaj moment! Dobra? – Zaczął kolejny raz, z błagalnym spojrzeniem i wyraźnym lękiem w oczach, by cicho dokończyć:
- Mały, No.. PRZEPRASZAM, No!"  
Zatrzymałem się i ukazując mu brak zaufania, odparłem:
- Taa... Teraz to przepraszacie,.. a jak wyjdziemy z koszar,.. to mi gardło poderżniecie,...już pokazaliście... Zamelduję, że groziliście mi bagnetem i .. obawiam się wspólnego wykonywania zadania,... bo stwarzacie dla mnie zagrożenie." – Tu popchnąłem go wskazującym palcem i dokończyłem:
- Zawnioskuję o innego przewodnika, na ten rejon powiadamiania.
Borucki zdębiał. Było dobrych kilka sekund przerwy, czekałem, aż coś odpowie.  Mamrotałem pod nosem, jak przedszkolak, przed recytacją wierszyka. Głęboko zamyślony, ćwiczyłem meldunek  porucznikowi, co zaszło:"Obywatelu poruczniku, szeregowy elew.. Hmhmhm...melduje, że w czahmm wykomhmm zadania hmhm...."  Tym byłem, aż tak "zaabsorbowany", że "zapomniałem" iść dalej. Mój skonfudowany "przewodnik" zaczął się mocno tłumaczyć, przepraszać, obiecywać. Dodał, że trepy tylko czekają, by mu znowu dowalić, bo ma już od dawna u nich "wzorcowo przesrane". Przerwałem mamrotanie i zapytałem go, z miną pięciolatka, czy mnie SZCZERZE przeprasza, czy UCZCIWIE obiecuje Potakiwał i zapewniał tak, jak chciałem, więc zaraz kazałem mu przysięgać: "Z TRZEMA PALCAMI NA SERCU". Jeszcze nie załapał, że sobie z niego żart robię. Zrobił wszystko, co kazałem (?!!!). Taki stary wojak, rezerwista, a tu: kocur go okpił.  
Nie wytrzymałem i roześmiałem się do rozpuku. Moją przewagą było to, że wiedziałem o nim sporo, a on o mnie nic. Jeśli nawet wiedział coś, o takim jednym, a na pewno, o wielu zdarzeniach w pułku wiedział, to niekoniecznie umiał tę wiedzę, przypisać do mojej persony. Zupełnie mnie nie kojarzył. Kanonier Borucki znów stał chwilę w osłupieniu. Dopiero, gdy zrozumiał, albo wyczuł,
że to żarty, pocztkowo niepewnie, potem coraz odważniej, rozbroił sytuację szczerym śmiechem. Odwróciłem się i nadal chichocząc, gnałem w kierunku bramy, za parkiem wozów. W parę chwil dogonił mnie i razem dobiegliśmy do wartownika. Tu Borucki pokazał alarmową przepustkę: niewielki ofoliowany blankiet z ukośną czerwoną pręgą na obydwu stronach. Wartownik tylko na sekundę stuknął obcasami, podniósł szlaban i skinieniem głowy  pozwolił nam wybiec, za bramę.  Byłem przekonany, że musimy nadrobić stracony czas, więc gnałem za moim przewodnikiem, ile sił w nogach. On biegł, aż do miejsca, gdzie krzakami i rowem, kończył się wojskowy teren, zrytego przykoszarowego placu ćwiczeń. Błyskawicznie rozchylił bezlistne chaszcze i dał nura.
Ja za nim. Przeskoczył metrowy rów i stanął po jego drugiej stronie. Gdy przeskakiwałem, odwrócił się i pchnął mnie w ramiona, nie dając osiągnąć twardego gruntu. Omal nie zaliczyłem przysiadu w błotnistym rowie i płytkiej wodzie. Wpadłem w grząski grunt po opinacze. Ten, stał nademną i skręcał się ze śmiechu. Zaskoczył mnie, ale szybko się pozbierałem. By nie zapaść się bardziej w  błocko, na czworaka, wykaraskałem się z opresji. Butami stałem na twardym brzegu, gdy Borucki, z uśmiechem, podał mi pomocną  prawicę. Bardziej zdziwiony, niż wściekły, mocno złapałem jego łapę i z trudem pohamowałem się, by jego, z kolei, nie szarpnąć do rowu. Już malował mi się obraz rezerwisty z gębą w błocie. Jak już się wyprostowałem, Borucki klepnął mnie przyjacielsko w ramię i zapytał: "Wiesz za co?..Mały?" Pokiwałem głową, ale nie miałem zamiaru zbytnio się spoufalać. Ruszył kilka kroków, od rowu i krzaków, pod gęsty, drewniany płot ogródków działkowych. Miałem  szczęście, że woda nie wlała mi się do butów. Tylko nogawki, po krocze, miałem solidnie ochlapane. Wyglądałem, jakbym się w gacie zeszczał. Kanonier spojrzał na mnie i pohamował kolejny wybuch śmiechu. Miejsce, na tyłach ogródków, przy rowie i krzakach, było mało uczęszczane. Słabo wydeptana ścieżka wzdłuż płotów i rowu, świadczyła, że nie jest to całkowite odludzie. Staliśmy kilka sekund sapiąc. Nic dziwnego, gnaliśmy przecież co najmniej kilometr, może nawet dwa kilometry. Naraz Borucki, z pełną wściekłością rzucił karabinkiem w trawę pod płot. W moment zdjął hełm i cisnął nim pod Kałacha. Siarczyście zaklął i zza pazuchy wyjął beret, rozłożył go, uformował i wciągnął na czerep. Stałem jak wryty. Kanonier nie dość, że nie wykazywał zamiaru wykonania zadania bojowego, to regulaminowo zarobiłby areszt, za brak poszanowania broni, mienia wojskowego i honoru godła państwowego. On miał to serdecznie gdzieś, a mną, nie przejmował się zupełnie. Potraktował mnie, jak swego. Chyba już mi zaufał i nie miał obaw, że mogę, a raczej, że wpadłbym na pomysł, by go zadenuncjować. Pod płotem leżało kilka nieco zbutwiałych desek, jakieś okopcone cegły i spore kawałki papy. Mój przewodnik poluzował pasy nośne i parciany pas na mundurze, przerzucił raportówkę na tyłek i zebrał kilka cegieł. Ułożył cegły, a na nich deskę i w ten sposób zbudował, całkiem stabilną, ławeczkę. Deski płotu ogrodzenia działki, posłużyły nam jako oparcie. Gdy usiadł, klepnął dłonią w deskę obok siebie i gestem przywołał mnie, abym się przysiadł. Wprawdzie na końcu języka miałem odzywkę, że tak, to może sobie psa przywoływać, ale ugryzłem się w ten język. W końcu sam nie wiem, na ile zchamieję po półtorarocznej służbie w kamaszach. Usiadłem obok Boruckiego i odłamaną z deski drzazgą, usuwałem błoto z trzewików. Jeszcze dyszeliśmy po intensywnej gonitwie. Było tu cicho. Kanonier sięgnął do raportówki, otwarł ją i wydobył plik kopert przewiązanych gumką.
Wyplątał jedną z nich. Była zaadresowana, ale nie była zaklejona. Bez chwili namysłu wyjął zawarość, obejrzał, przeczytał. Sądziłem, ze to zabronione, a on wydarł się co sił: "Aalee Skurwielee!... Jebanee...BIEDAKI  pierdolone!" Aż mnie na ławeczce poderwało.
Spojrzałem na niego pytającym wzrokiem, a ten wręczył mi karteczkę i dodał:
- Mały!...Sam czytaj!
Kartka formatu pocztówki przedstawiała trzy TPOAS'y w kolumnie, na plaży, na tle morza i dwóch okrętów z otwartymi dziobami. Spojrzałem na rewers: opis mówił, że to fotka z ćwiczeń Wojsk Obrony Wybrzeża. Nie było adresu odbiorcy, ale w tym miejscu, widniał odcisk stempla, przedstawiający okręt desantowy z otwartym dziobem, podczas wodowania transportera. Napis wokół obrazka, mówił o piętnastej rocznicy zaszczytnej służby 7.Dywizji – ku chwale Socjalistycznej Ojczyzny, we wiecznym sojuszu z Armią Radziecką i Bratnimi Narodami Socjalistycznej Wspólnoty. Wykaligrafowana tuszem i pismem technicznym treść kartki, zawierała żołnierskie pozdrowienie i życzenia dla żołnierzy rezerwy pułku: sukcesów w budowaniu dobrobytu narodu, w realizacji programu NASZEJ PARTII na drodze w XXI wiek, oraz wszelkiej pomyślności w życiu rodzinnym i cywilnym. W imieniu Dowódcy Garnizonu Lębork i Dowódcy Czwartego Pułku Desantowego, podpisał: Wasz Dowódca Batalionu– major dypl. E. Wójcik
To mnie zupełnie poraziło. Gdyby nie było to, aż tak nachalne, bardziej niż pijana dziwka koło dworca, to może bym się uśmiał. Poczułem niesmak i grozę.
Mój sąsiad z ławeczki zapytał, czy mam co zajarać. Poczęstowałem go z paczki, odwijając ją z nylonowej folii woreczka. Wziął papierosa w usta, pokazał palcem na woreczek i z uznaniem  dorzucił: "Wzorowo!". Także zapaliłem, zawinąłem fajki w folię i wsunąłem w kieszeń.
Po kilku obłoczkach dymu, Borucki zapytał:" Ty..młody. Ty wiesz,... co się dzieje, jak łącznicy z pułku wylatują na miasto?" Oczywiście, nie wiedziałem. – Bo skąd?
Dokończył:"Dorosłe, żonate i dzieciate chłopy, ojcowie rodzin, na poważnych stanowiskach w robocie, faceci koło trzydziestki, spierdalają przez okna, chowają się pod łóżka. albo wyskakują  nawet z drugiego piętra, żeby nie odebrać wezwania."
Spojrzałem na niego z niedowierzaniem, a on dodał: "Wiedzą, że jak odbiorą, muszą natychmiast stawić sie w pułku, a wrócą – może po trzech miesiącach, albo lepiej. Kapujesz?" Pokiwałem głową. Znów nastała dłusza chwila milczenia. Borucki palił, a sprawiał wrażenie, jakby się nad czymś głowił. Zgasił niedopałek pod butem i zapytał:
- Młody! To ty miałeś gacie po Sobuniu? – Zaskoczył mnie i dopiero po chwili potaknąłem.
- A...od ziomala masz lepszą michę?
- Chyba tak.
- Ciebie ściągali na łączność do wzmacniacza?
- No.
- Ty jesteś ten... student?
- Ehe.
- Szkoda, że zaraz nie kapnąłem. Byłem pewny, że dali mi następnego kabla, idiotę, albo budulca, czy nawiedzonego partyjniaka. Mają na mnie oko. Myślałem, że tak mi chcą dojebać, że ty...  złożysz raport  i dupa blada: – Dają ile mają.
- To... znaczy?
- Czternaście ancla.– Popatrzyłem i pokręciłem głową, nie wiedząc o czym gada. Zapytałem:
- Czego?
- Dwa tygodnie w "Sanatorium pod Topolami" pod wezwaniem świętego Wojciecha Urbana. Znów spojrzałem nań, bez pojęcia oczym gada. Dokończył:
- Urban, to chorąży, profos, szef aresztu. Kapujesz?
- No.
- Mały...Mówią, że z ciebie nieziemski numer. – Stwierdził stanowczo, lecz  zaoponowałem:
- Eee tam! Gówno prawda.
- Co? Gówno prawda?  Dwa pasy zajebałeś, w godzinę, bez wpadki, no nie?
- To mnie pas zginął,... ale znalazłem.
 Mały!.. Nie pierdol! – Nie miałem zamiaru dyskutować, ani się przyznać, więc zapytałem:
- A ty?..Skąd wiesz?
- Wszyscy wiedzą.
- Jacy "wszyscy"?
- Wicki, Rezerwa, prawdziwe wojsko...
- A jest jakieś...NIEPRAWDZIWE?
- Trepy, budulce, kociarstwo, kable, ułomy....
- Budulce?
- No...Te, co budują  karierę w biedzie. Wszystko zrobią za kolejnego peta, albo blachę.
- Za fajkę?
- No...Za peta, za beleczkę na pagonie. Gapiłem się na niego nierozumnie więc dorzucił: Tacy, to za wzorkę, albo pochwałę: własnego ojca i matkę trepom wydadzą. Tak trepom w dupę lezą.... Jak w cywilu, za łacha chodził, to mu w MON–ie nadzieja zaświtała. Dadzą  takiemu trochę władzy i gnoi kumpli, bo chce wyrobić przody, u trepostwa.
- Rozumiem.
- Gówno rozumisz! To..takie bezmyślne bydlaki. Na warcie gotów kumpla ustrzelić, jak wraca z lewizny, byle zarobić na wzorkę.
- Na co?
- Na odznakę : Wzorowy Żołnierz.
- A to warto?
- Gówno warto! Możesz kiedyś dać dzieciom do zabawy. Tyle, że za brązową, masz trzy dni nagrodowego, a za srebrną, pięć. Złota: szwejom nie przysługuje.
- Myślałem, że być skurwielem, to nigdy nie warto. Tak mnie matka z ojcem uczyli.
- Mnie też.
- Ty. A co to jest ta: "bieda"?
- Jak to co?... MON!
- Ty! A w rejon nie lecimy?
- Po co?
- Powiadamiać. Taki rozkaz.
- Chuj – nie rozkaz! Wczoraj kardynał Wojtyła z Krakowa został papieżem.
- Co?
- No taak! To cała bieda zaraz ochujała. Ściągnęli szwejów na apel, żeby się z dziennika nie dowiedzieli, ale chłopaki z nasłuchów w łączności, ci... wierzący, zawsze słuchajo Radia Watykan i jak tam zaczęli gadać po polsku o tym, to.... zara puścili po pułku.
- O ..osiemnastej czterdzieści cztery?
- No. Wtedy Watykan podał, ale oni chwilę potem. Skąd wiesz?
- Słyszałem w kiblu, ale nie jarzyłem, o co chodzi.
- W kiblu nie mogłeś słyszeć.... Chyba że Tadzik..
- Kto?
- Nieważne! ...To teraz gonią łączników na miasto robić panikę. Wczoraj, trepy, ze strachu, mało w gacie nie nasrali, bo dostali cichy alarm dla pełnej kadry. To tak, jakby wojna wybuchła. Dzisiaj też chodzą ...na miękkich nogach. Tego dawno w biedzie nie grali.
Ostatnio w siedemdziesiątym...
- W grudniu siedemdziesiąt?
- No.
- A w tym pułku pewnie dobrze pamiętają?
- No. Mieli skurwiele ...swój szczytny udział. Ale szwejom nie ufali. Nikt nie dostał ostrej. Tylko puścili Topasy dowodzenia pod komitet. Mieli robić ewakuację, ale ludzie walnęli szampanem Mołotowa, podpalili i szweje zwiali. Nawet nikt z tłumu ich nie zaczepił.
Stracili cztery wozy.  Dwoma dzieciaki pojeździli se, aż ropy brakło i zostawili. Ludzie dwa kompletnie wypalili.Taki jeden, masz na szynach, koło małpiego gaju. Będziesz se na nim ćwiczył atak granatem przeciwpancernym. Same pudło. Okopcone!... Śmierdzi!... Ekstra!
- Te wozy dowodzenia, to takie... bez wieżyczki?
- No.
- Co robimy? Wracamy? Powiesz majorowi że ochujał?
- Bez jaaaj! Mały!... A właściwie, to jak cie wołają?
- Mały....Aaa...bez jaj – to: eunuch.
- Nie leć w wała!...Jak masz na imię?
- Włodzimierz. Tak jak Lenin!
- Kpisz?
- Nieee. Serio: Włodek.
- Nooo.  Jestem Adam. – Tu podał prawicę. Przybiłem swoją i dodałem:
- Możesz mi mówić "Mały". Nie lubię po imieniu. Dla ciebie nic nowego, bo pewnie zawsze tak gadasz do swego.. przy szczaniu, ale mnie to nie obraża.
- Nieee!... Ja do mojego gadam "Wielki". "Mały" to u innych.– Zachichotał  króciutko.
- No to co robimy?
- Na razie siedzimy. A co? ..Tęskno... do koszar?
- Daj spokój, Adam.
- Masz jakąś forsę?
- Trochę mam.
- Ile?
- Niecałe dwie stówy.
- Dobra! Coś działamy, ale nie tera. – Tu spojrzał na zegarek i dodał: – O dziewiątej.
- Czemu?
- Bo sklep otworzą.
- Co?
- Sklep. GieEs, czy jakiś tam..tu, niedaleko.
- Skąd wiesz?
- Na kazaniu było!... Kurwa!..Wiem i tyle! – Trochę go moje pytanie wnerwiło.
Posiedzieliśmy kilka minut w ciszy. Było zimno, a mokre gacie nie dawały zbytniego ocieplenia. Nazbierałem nieco patyczków i gałązek. Adam znalazł jakąś dużą, pordzewiałą puszkę, po ogórkach i rzucił w moją stronę. Puszka była bez dna, a ustawiona na cegłach, dobrze posłużyła za niewielki piecyk. Malutki płomień, trzymany w ryzach blachy, pozwalał ogrzewać ręce i wysuszać nogawki, zupełnie przy tym nie dymiąc. Sięgnąłem po prowiant do kieszeni. Po co nosić go po kieszeniach, kiedy można go zeżreć. Adam sięgnął po swój przydział. Spojrzał na foliowy woreczek  i fachowo ocenił: "Karma sucha desantowa, część pierwsza, śniadaniowa."
- Skąd wiesz? – Zapytałem bez pomyślunku i za późno ugryzłem się w język. Tylko spojrzał na mnie z dezaprobatą i zdziwieniem.
- Pokaż,  to ci powiem, co masz. – Podałem mu moją karmę, a ten, spojrzał na numerki wytłoczone na wieczku puszki, bo innego znakowania nie było
- Mielonka. – Stwierdził.
- A ta tubka?
- Kondensowane mleko. Do tego masz te suchary.
- To zamiast drugiego śniadania.
- No....Ale lepsze.
- Ty, pewnie już to wszystko próbowałeś? Co?
- No. Na desantowaniu, to się każdy nażarł, ale,...jak pobujało łajbą,...to wszystko wyrzygali.

Suchary wyglądały na grubsze i bardziej obłe herbatniki, a twardością odpowiadały drugiemu stopniowi skali twardości minerałów Mohsa, czyli takiej, jak gipsu. Właśnie zrozumiałem, dlaczego w komisji lekarskiej był przegląd uzębienia. Niewielkie aluminiowe puszki, przez oderwanie folii, dawały się łatwo otworzyć. Mielonka była smaczna. Wystarczyło ją rozsmarować na cztery suchary, by porcja była naprawdę obfita. Słonawo–słodki suchar dobrze pasował zarówno do mielonki, jak i do słodzonego kondensatu mleka. Kanonier też nie pogardził swoją porcją. Dołożyłem do piecyka.
Deszcz zaczynał kropić. Szybko dokończyliśmy śniadania. Adam przeprosił się z własnym hełmem i wdział go na głowę, dodając: "Nieprzemakalny". Beret schował na piersi pod mundurem. Postawił też porządnie Kałacha, przy płocie i zabezpieczył wlot lufy woreczkiem nylonowym, przed wilgocią. Wyszukaliśmy kilka sztachet, kołków, nadpróchniałych desek i kawałków papy, by zbudować pod płotem, nad naszą ławeczką, spory prowizoryczny daszek. Nasuwał mi się obraz, gdy "za bajtla" budowaliśmy z wielkim zapałem, wszelkie szałasy, twierdze, bunkry i inne "lauby". Zaraził mnie tym lekceważeniem obowiązków bojowych. Podzielałem jego opinie, że ten kabaret odegra się, bez naszego udziału. Dozbierałem pokaźny zapas suchych jeszcze drewienek i patyków, i ułożyłem pod kawałkiem papy, bo rozpadało się na dobre. Zajęliśmy miejsca na ławeczce. Kanonier ponownie zapytał o fajkę. Poczęstowałem go bez słowa. Byłem pewien, że można mu zaufać w fundamentalnej kwestii:"Co dalej?" Zaczął dość zdecydowanie, o nic nie pytając, tak, jakby już wszystko idealnie obmyślił:
- Mały. Masz długopis
- Mam.
- Dobra. Ja też mam, ale... mało. Ja w tym całym homoncie nie polece. Nie będę siać paniki. Ty oblecisz, ale tak: Nie leź na gały, wiesz,.. dyskretnie. Uważaj na kioski "Ruchu", bo to same kable. Chłopaków na lewiźnie podkablowali i zaraz ich patrol zwinął. Idź najpierw do sklepu, bo zaraz otworzą, i kup fajki,.. coś do żarcia i jakiś jabol, albo oranżadę, co będzie. Skombinuj kilka długopisów, ołówków, najlepiej czarne, granatowe. Tu, w tym..– Wskazał na raportówkę.– są ołówki kopiowe, to by wystarczyło. Leć tą ścieżką... – Łapą wskazał kierunek przeciwny do koszar. – ..i tam jest przejście w poprzek, wyjdziesz do drogi i na lewo i... zaraz wracaj. No to leć.
Ruszyłem wzdłuż rowu i płotów, ścieżką we wskazanym kierunku. Po ponad stu metrach ścieżka kończyła się na dróżce, przy niewielkim mostku nad rowem. Pobiegłem w prawo, by dotrzeć do brukowanej, wysadzonej zadbanymi lipami, ulicy. Dzielnica jednakowych, niedużych domków jednorodzinnych z ogródkami, przypominała niektóre ze śląskich miast. Ten sam pruski "Ordnung". Teraz, normalnym krokiem, skierowałem się chodnikiem na lewo. Z oddali dojrzałem pawilon sklepu. Właśnie szary "Star" podjechał pod sklep. Pewnie "dowieźli" poranny towar. Miałem szczęście, bo przywieźli też jakieś wino.  Przyśpieszyłem. Stałem pod pawilonem, gdy sklepowa nadzorowała odbiór towaru. Wyraźnie, bez sympatii, spojrzała na mnie i psyknęła: "Zamknięte jeszcze". Nie odezwałem się, tylko usunąłem nieco. By nie rzucać się w oczy, stałem przed otwartym wejściem do sklepu, dobrze schowany za ciężarówką. Szefowa placówki handlu detalicznego, wyglądała na niezwykle zadziorny typ handlary. Kierowca i jego konwojent, bez komentarzy, znosili towar i jej, mniej, lub bardziej bezsensowne gadanie. Konwojent starał się, by jak najszybciej, bez słowa, zakończyć obcowanie z Jej Handlową Mością. Zgadzał się na wszystko, by tylko podpisała kwitki. Ta ociągała się. Ciągle odkładała długopis, by znów się do czegoś czepić. Widziałem przez otwarte dźwierza, jak pięciokrotnie powtarzała ten rytuał. Wreszcie podpisała. Facet miętolił kaszkiet w dłoniach, jakby był u spowiedzi. Wreszcie zabrał papiery, założył czapkę i szybkim krokiem wyszedł ze sklepu. Mijając mnie, bardziej dla siebie, niż dla kogokolwiek, popukał się palcem w czoło. Szefowa sklepu natychmiast, za jego plecami, zamknęła drzwi.
Na drzwiach wisiała tabliczka informująca o godzinach otwarcia. Do niej, kierowniczka interesu, doczepiła kolejną: "PRZEPRASZAMY– PRZYJĘCIE TOWARU". Trzasnęły drzwi kabiny Stara, wóz odpalił i odjechał. By nie sterczeć, jak na tarczy, zaraz schowałem się za narożnikiem pawilonu. Po paru minutach usłyszałem zgrzyt zamka w drzwiach sklepu. Kilka osób zmierzało w tym kierunku, ale i tak byłem pierwszym klientem. Nawet miałem trochę czasu, by załatwić, co chciałem. Kupiłem ze stoiska piekarniczego pół bochenka świeżego, jeszcze ciepłego chleba i spory kawał sernika, cienko oprószonego cukrem. Potem poprosiłem o trzy kapslowane wina marki "Wino Owocowe Półsłodkie Deserowe". Jabcok był tani, ale kierowniczka nie chciała mi sprzedać trzech butelek, więc zrobiłem smutną minę i powiedziałem, że chłopaki robią remont u majora, a ten, rozkazał mi: przynieść trzy wina, więc nie wiem, co mam zrobić. Popatrzyła na mnie z litością i zrozumieniem. Dołożyła dwie następne flaszki, po czym, z wyraźnym współczuciem, zapytała, czy mam to jak zabrać. Poradziłem sobie wpychając flachy za pazuchę, za nimi chleb, a w łapę  sernik w papierze. Nawet dała mi foliowy worek, aby pakunek z sernikiem nie rozpłynął się od deszczu. Przyjrzałem się jej dopiero, gdy pakowała ciasto. Była zaniedbana, szczupła i całkiem nieciekawa. Mogła mieć koło czterdziestki. Sprawiała wrażenie zmęczonej, ale zawziętej baby. Podziękowałem i rozejrzałem się po sklepie. Oferta była mizerna: buraki, kartofle, ogórki kiszone, kiszona kapusta, cebula, marchew i skrzynka poobijanych jabłek. To wszystko, co stanowiło tu podstawę handlu.
Na stoisku piekarniczym był tylko sernik i chleb. Poza winem za trzydzieści złotych, plus kaucja za półtora złotego, ukrytym w skrzynkach pod ladą, była jeszcze jakaś "Lemoniada". Butelki tego trunku miały etykietę zastępczą, a zamykane były na druciany patent. Kaucja była dwakroć wyższa, niż cena za sam napój. Poprosiłem grzecznie o dwie takie butelki i pół kilograma cebuli. Sklepowa podała mi towar, doliczyła do całości i wydała resztę. Zostało mi ponad siedem dych.
Za pazuchę wsunąłem cebule w papierowej torebce. Od ekspedientki dowiedziałem się, że trochę dalej, za rogiem po prawej, mogę kupić fajki i długopisy w kiosku. Jeszcze raz podziękowałem i szybko czmychnąłem ze sklepu, bo zjawiały się dwie niziutkie, starsze babcie i gapiły się na mnie, jak na zaćmienie słońca. Deszcz padał równo, zwiastując, że nie szybko przestanie. Doszedłem do kiosku "Ruchu". Bez  problemu kupiłem kilka różnych, tandetnych długopisów i cztery paczki Ekstra Mocnych z filtrem. Poupychałem wszystko po kieszeniach. Forsy wystarczyło.
Widzialność w deszczu spadła do kilkunastu metrów, więc bez obaw, z sernikiem w łapie, z dwoma butelkami "Napoju gazowanego na czystym cukrze o smaku cytrynowym" pod pachą i całą resztą towaru upchniętą  pod bluzą, wracałem do Boruckiego. Kilkanaście metrów przed naszą ławeczką, ukryłem dwa wina w trawie pod płotem, dobrze je maskując. Borucki był czujny. Siedział bez hełmu, który to spoczywał na lufie Kałacha. Zauważył mnie, ale nie mógł widzieć, co przed chwilą robiłem, bo deszcz skutecznie mnie zasłaniał. Ucieszył się, widząc mnie i zakupy. Nie wiem, co go bardziej uradowało. Wprawdzie piecyk palił się niewielkim płomykiem, ale żar puszki dawał tu, w osłoniętym miejscu, pod papowym daszkiem, wystarczająco dużo ciepła, by było całkiem przytulnie. Zmoknięty jak kura, zająłem miejsce na ławeczce, obok ciepełka. Było to, niczym spełnione marzenie. Borucki przejrzał zakupy i mocno zawiedziony, oglądając wino zapytał:
- Nie mogłeś kupić więcej?
- Dawali tylko po jednym, a kolejka jeszcze by szumu narobiła.– Zełgałem jak z nut.
- A mają więcej? To JA pójdę!
- Przywieźli tylko trzy skrzynki, a ta sklepowa, od razu dwie wzięła pod ladę. Bez szans.
- Dobre i to. Masz co jarać?
- No. Sporo.– Odparłem szybko i zabrałem wino, stawiając je za ławeczką, po mojej stronie.
- A długopisy?
- Też parę.
- To najpierw robota.
- Aaale leje! – Poskarżyłem się niepotrzebnie.
- Dobrze! Żaden kutas nie wypatrzy, czy kto był na rejonie, czy nie. No nie?
- Racja. – Przyznałem i wyjąłem po papierosie dla każdego.
Porządnie ułożyłem chleb, ciasto i cebule na kawałku deski pod ławką tak, by nie zamokły. Obok złożyłem butelki napojów. Przepakowałem nowe paczki papierosów w foliowy woreczek , by te włożyć w kieszeń na nogawce.
Borucki zapalił papierosa, złapał raportówkę, otwarł i wydobył z niej listę adresów i nazwisk osób powiadamianych. Obaj, raz lewą , raz prawą ręką, fałszowaliśmy różnymi długopisami i ołówkiem podpisy kolejnych "powiadomionych". Borucki ołówkiem podopisywał komentarze w rubryczce "Uwagi dodatkowe". W kilkanaście minut mieliśmy wzorowo powiadomiony rewir. Paru osób nie zastaliśmy. Oczywiście "wróciliśmy" w te miejsca kilkukrotnie, bez skutku, co znalazło swe odnotowanie w stosownych rubrykach. Tam też oczywiście pozostawiliśmy powiadomienie u sąsiadów. Tylko trzeba było uważać, aby był to jakiś z poprzednich numerów mieszkania w tym domu. Załatwiliśmy kompletnie wszystkie czterdzieści dwa adresy w dwadzieścia parę minut. Potem wpisaliśmy czas powiadomienia tak, by był zgodny z planem trasy i odległościami między kolejnymi adresatami. Gdy Adam sprawdził wszystko i uznał za wzorowe, schował skrupulatnie listę w teczkę,  po czym paliliśmy w piecyku kolejne pocztówki z kopertami. Jedną chciałem zatrzymać, ale Adam się zburzył, więc musiałem przyznać, że tylko żartowałem. Po chwili dodałem:
- No... to jak tak szybko skończyliśmy,.. to wracamy.
Kanonier zachichotał złośliwie i trącnął mnie piąchą w ramię. Skoro ostatni z odbiorców "podpisał się" o siedemnastej czterdzieści, to meldujemy się u odyńca kwadrans po szóstej. Tak zadecydował Adam i zakończył robotę proponując:
- Nooo!..Trza to oblać!
- A masz czym?
- Mamy flachę.
- JA!..Mam flachę! – Borucki spojrzał podejrzliwie – Za darmo.. umarło.– Dodałem.
- A co chcesz?
- Opowiesz mi wszystko i uczciwie, o co chodzi w tej biedzie?
- Dobra.
- Ale bez opowiadania pierdół!..Tylko jak i co jest... tak, na prawdę.
- No dobra. Dawaj
- Nie "dawaj", tylko..z kulturką..."Poproszę" – się mówi. A ja – "chętnie poczęstuję".
- No dobra: Poproszę... o jabol!
- Ależ... proszę bardzo!..Chętnie poczęstuję. –
Wygłosiłem bardzo uroczyście. Z pełnym ceremoniałem wyjąłem z kieszonki spodni papierowe chusteczki, jedną wyjąłem, a resztę pieczołowicie schowałem w gacie. Ułożyłem ją w trójkącik i w tej serwetce podałem mu flachę, niczym stary, doświadczony sommelier. Adam wyjął bagnet i jednym celnym uderzeniem grzbietu głowni zrzucił kapsel z butelki.
- Starszy rocznik zaczyna. – Ogłosił rezerwista, chowając bagnet do pochewki.
- Wydaje mi się, że o "rocznikach", nie ma co gadać. Ten jabcok ma dopiero niecałe sześć dni. Zobacz na datę produkcji. – Kanonier spojrzał na etykietę i odczytał:
- Z.P.O.W. TARNÓW jedenasty październik siedemdziesiąt osiem...Noo! Świetny rocznik.. ..Druga zmiana?.. Cóż za unikat! – Zachwycał się Adaś.
- Możesz wypić całe. Ja nie cierpię jabola. Zaraz mnie skręci i rzygam, dalej niż widzę.
- Coś ty! To choć spróbuj! Bo ten, ...co nie pije, to kabluje. No nie?
- Nie! Nie kabluje, ale nie mam ochoty na wymioty. Możesz sam wciągnąć wszystko.
- Trochę musisz  łyknąć. Sam... nie pije!
- No dobra...Tylko trochę.
- Będę patrzył! –
Ostrzegł Borucki i przyłożył się do flaszki. Pociągnął parę solidnych łyków, otarł usta wierzchem dłoni i spojrzał na poziom płynu.
- Teeego mi brakowało! – Oznajmił, podając mi butelkę zdobną w serwetkę.  
Wziąłem butelkę do ust i wprost "z gwinta" wypiłem, podobnie jak on. Oddałem mu jabol. Zaraz sprawdził, ile go ubyło. Pokiwał głową z uznaniem i sam  pociągnął kilka łyków.
Nie śpieszył się z podaniem flachy w moje ręce. Jabcok był typowym, przemysłowym produktem, o zawartości dwunastu procent alkoholu. Tolerowałem go w ilości jednej szklanki, bez problemów. Przebranie miarki zgłaszał żołądek. Najpierw zawsze pojawiała się słoność w ustach i wtedy już, musiałem szukać miejsca, lub pojemnika. Każdy kolejny łyk kończył się zwrotem. Nie kłamałem.