Mieczysław Ślesicki - Brukselski trop

Po uroczystej gali w siedzibie parlamentu, pełnej wzniosłych przemówień, deklaracji i jałowych obietnic, nastąpiły nieoficjalne spotkania, rauty i bankiety. Zręcznie kierowano zdezorientowanym tłumem – zwłaszcza nowych gości. Na zaproszeniach widniały co prawda dyskretne wskazówki, dotyczące miejsca docelowego, ale oni wciąż sprawiali wrażenie zagubionych.
Adrianna nie została wtajemniczona w misję swojego partnera, dlatego zachowywała się dość niezobowiązująco, a nawet chwilami wyzywająco. W pięknej kreacji ciągle przyciągała wzrok i wzbudzała podziw w wielu spojrzeniach – zwłaszcza mężczyzn, a niezbyt maskowaną zazdrość wśród kobiet. Szybko rozpoznana jako aktorka, czerpała zasłużoną satysfakcję z tego powodu.
Remigiusz natomiast był spięty. Po raz pierwszy świadomość niewdzięcznego zadania ograniczała jego swobodę. Dotąd obserwował ludzi z pozycji partnerskiej – równego człowieka, psychologa i pisarza. Gromadził wrażenia czy informacje również na potrzeby twórczości artystycznej, ale z własnej i nieprzymuszonej woli. To wyzwalało spontaniczność zachowań, reakcji i wypowiedzi. Teraz nie mógł uwolnić się od krępującego pancerza Konrada Wallenroda, który podstępem próbował osiągnąć zamierzony cel. Chciał wierzyć, że podobnie ambitny i szlachetny, ale do końca nie był przekonany. Miał coraz więcej wątpliwości.
– Jesteś wyjątkowo milczący. Mało się uśmiechasz. Wszyscy to widzą. Co się stało? – spytała Adrianna.
– Bywają lepsze i gorsze dni. Ale ty błyszczysz uroczo.
– Martwisz się, czy wyjdziemy cało z tego labiryntu?
– Zaczynam wierzyć w przesądy.
– Ty?
– Popatrz. Kolejny obraz Bruegela – „Ślepcy".
– Okropny.
– To aluzja do ludzkiego losu.
– Spróbuj w nim znaleźć dzisiaj więcej optymizmu. Inaczej zawalimy imprezę.
– Postaram się. Dla ciebie...
– Remi.
– Jakoś razi mnie ta sztuczność i bufonada.
– A czego się spodziewałeś w teatrze?
– Masz rację. Muszę poprawić humor. Chcesz szampana?
– Tak.
Przywołał kelnera, który z tacą uwijał się zręcznie wśród gości. Z pozornego chaosu powoli zaczęły się formować bardziej zorganizowane grupki. Cały czas słychać było wybuchy śmiechu. Toczyły się żartobliwe rozmowy o sprawach błahych i nieistotnych, wynikało ze strzępów słów, które do nich docierały. Brak konkretnego przydziału towarzyskiego zaczynał im jednak dokuczać.
Wtedy pojawił się Gustaw, z którym przeżyli ostatnio wyprawę na fiordy. Wyrósł przed nimi nagle – jak na zawołanie. Niczym podstępny i tajemniczy Woland z Goethego albo Bułhakowa. Teraz niepewny, zagadkowy i spłoszony.
– Widzę, że nie możecie znaleźć sobie miejsca?
– To najgorsze, co może przytrafić się na imprezie – odparł Remigiusz.
– Obserwowałeś nas? – spytała nieoczekiwanie Adrianna, jakby czytała w myślach Remiego.
– Skąd. Dopiero wszedłem.
– Kamer tutaj nie brakuje. Wszystko można kontrolować – powiedział Remigiusz.
– Takie czasy. Ale przyszliście chyba się rozerwać, a nie demaskować podsłuchy w parlamencie?
– Oczywiście – odparła Adrianna. – Imprezować przede wszystkim.
– To zaprowadzę was do ciekawego towarzystwa – powiedział Gustaw.
Wyraz przenikliwej czujności w jego wzroku zastąpił teraz pobłażliwą serdeczność, jaką przedtem ujmował ludzi.  
– To prowadź, Wikingu – powiedział Remigiusz żartobliwie.
Chciał złagodzić skutki nieprzyjemnego dysonansu, jaki między nimi powstał. Jedno było pewne – to nie był już ten sam sympatyczny, godny zaufania człowiek, którego znali wcześniej. W jednej chwili stracił wiele, chociaż nie zrobił jeszcze niczego szczególnego.
Szli powoli szerokim korytarzem, jak galerią handlową, rozdając uśmiechy na prawo i lewo. Trącali się kieliszkami szampana z nieznajomymi. Wymieniali ukłony i gesty serdeczności – jakiegoś uniwersalnego porozumienia bez granic, ras i języków. Poruszali się w strefie bezcłowej wspólnoty, ogarniętej dążeniem do pojednania i zabawy.
Parlament schował pazury – rozpływał się teraz w uprzejmościach i wzajemnej adoracji. Oficjalna uroczystość przybrała kuluarowy charakter. Bezduszna – zdawało się instytucja – przeistoczyła się w oazę radości i rozrywki. Nikomu nie przeszkadzało, że tylko dla wybranych. Niektóre pary – hetero i homo – ściskające się po kątach, dawno już straciły orientację, gdzie tak naprawdę się znajdują. Zapanował beztroski luz.
– Za tymi drzwiami są ludzie, którzy nas interesują. Życzę powodzenia – powiedział Gustaw i zniknął.
Przepadł, jakby go nigdy nie było. Jakby wchłonęły go potajemne wrota groźnego zamczyska.
Adrianna jeszcze szerzej otworzyła piękne oczy.
– O co tu chodzi?
– Zobaczymy – odparł i nacisnął klamkę.
Zamiast spodziewanego imprezowego zgiełku, ujrzeli dużą salę konferencyjną wypełnioną ciszą i skupieniem. Żadnej muzyki, tańców i hałaśliwej biesiady. Wszyscy obecni zastygli w modlitewnej nieomal zadumie. Tylko prowadząca uroczystość podniosła na nich wzrok i nakazała zajęcie miejsc.
Wszystkiego się tutaj spodziewali, ale nie uczestnictwa w obrzędach religijnych. To praktykowali w zacniejszych miejscach. Po chwili wstali, aby wycofać się dyskretnie z powodu oczywistej pomyłki. Wtedy prowadząca, jakimś niezrozumiałym gestem zakończyła tajemniczą ceremonię i powiedziała:
– Zostańcie proszę. Dobrze trafiliście.
W jednej chwili zgromadzenie ożyło. Wszyscy zaczęli się całować, witać, jak po długiej i dokuczliwej rozłące. Radosny gwar wypełniał całą salę. Adrianna i Remigiusz też zostali wyściskani przez nieznanych pielgrzymów. Z bocznych drzwi wyjechały nagle wózki z alkoholem, napojami i przekąskami. Z ukrytych głośników popłynęła latynoska muzyka, a nastrój rozluźnienia i braterstwa ogarnął wszystkich.
– Zostajemy? – spytała Adrianna.
– Myślisz, że w innym miejscu jest lepiej?
– Nie wiem, ale jestem zniesmaczona.
– Narzekasz?
– Tak mamy spędzać czas?
– Impreza dopiero się rozkręca. Zresztą, tutaj nas skierowano.
– Zobacz, jak te kobiety na mnie patrzą – powiedziała.
– Widzę głód i pożądanie w ich oczach.
– Pilnuj mnie, bo zaraz zostanę zgwałcona.
– Kto wie, co tam siedzi w człowieku – odparł. – Ale możesz na mnie liczyć.
– Nie pij za dużo.
– Ty też – dodał i uważniej rozglądał się po sali.
Spośród wielu uczestników spotkania, wyróżniała się większość ubranych barwnie, a nawet ekscentrycznie. Przeważały kobiety o oryginalnych, wyjątkowo prowokacyjnych strojach, a także subtelnych i nieco wyrafinowanych makijażach. Nie brakowało też tradycji, przeplatanej stylem urzędniczym. Mężczyźni byli zdecydowanie zniewieściali, z mimiką i gestami mocno podejrzanymi.
Wtedy podeszła do nich kobieta prowadząca spotkanie, ubrana w gustowną, różową garsonkę.
– Witam na pokładzie – powiedziała. – Sofija jestem.
Wyciągnęła rękę na powitanie i pocałowała Adriannę. Z trudem uwolniła się od zbyt namiętnego uścisku.
– Cześć – odparł Remigiusz, kiedy złapał oddech po czułym całusie.
– Jesteście nowi? – spytała. – Nie widziałam was przedtem.
– Tak – odparła Adrianna.
– Od...
– Tak – podchwycił zręcznie Remigiusz i uśmiechnął się porozumiewawczo.
– To bawcie się dobrze – machnęła ręka Sofija i odpłynęła do następnych.
Bez wątpienia wzbudzali zaufanie. Zostali wpisani na listę swoich. Wkupienie w nowe środowisko poszło nieoczekiwanie łatwo.
– Widziałeś to? Rękę w majtki by mi włożyła.
Adrianna nie ukrywała zgorszenia i niesmaku.
– Mnie prawie udusiła – odparł.
– Wampirzyca, czy co?
– Raczej kochliwa.
– Gdzie myśmy trafili?
– Zobaczymy.
– Tobie zaczyna się podobać.
– Możesz być spokojna.
Podczas ponownej lustracji sali, nareszcie wypatrzył znanego dyplomatę. Wcześniej go nie zauważył. Być może wszedł niedawno. Wokół niego skupieni słuchacze wybuchali śmiechem, ubawieni jakimś dowcipem. Czyżby trafił na właściwy trop? Groteskowość sytuacji uderzyła go teraz jeszcze bardziej. Co miał zrobić? Skradać się podstępnie? Stanąć za parawanem, którego nie było i podsłuchiwać rozmowę? Absurd. Postanowili przyłączyć się do grona zajmującego dwa stoliki pod kolumną. Nie chcieli  wzbudzać podejrzeń zbytnią obcością,
– Prostactwo i zacofanie zalewa Europę – tłumaczyła przejęta szatynka o wyjątkowo szarej twarzy. – Prowadzę w moim kraju zażartą polemikę z wybitnymi podobno autorytetami. Nie mogą zrozumieć, że płeć jest kwestią wyboru, a nie przymusem biologicznym. To ja mogę decydować, czy mam być homo, hetero czy transseksualistą.
– Masz rację, Esmeraldo – odparł mężczyzna w różowej marynarce o rozbieganych oczach i nerwowych ruchach. – Ja nawet dostałem za to w twarz na wizji. Nasza stacja telewizyjna, czyli demokracja, została też zaatakowana za lansowanie osób wspierających związki jednej płci.
– Mamy podobne kłopoty. – Włączyła się do dyskusji ładna blondynka. Cały czas trzymała za rękę swoją onieśmieloną przyjaciółkę. – Reprezentuję środowisko akademickie w naszym kraju. Spotykam się z szykanowaniem wykładowców za głoszenie postępowych poglądów. Kogo to obchodzi, że chcę być mężczyzną, czy kobietą? Nikt w wolnym świecie nie ma prawa narzucać nam dalej roli, którą kultura i obyczaje niewoliły nas przez wieki.
– Trzeba takich idiotów nazywać faszystami, a najlepiej antysemitami – odparła milcząca dotąd kobieta o załzawionych oczach. – Inaczej nie damy sobie z nimi rady. Ważny jest język. On kształtuje świadomość. Trzeba zrobić tak, aby wszyscy myśleli podobnie. Aby przyjęli pewien styl narracji, obserwacji świata.
– Słusznie, pani profesor – odparła Esmeralda. – Ale w wielu miejscach na razie jest to bardzo trudne.
Remigiusz cały czas obserwował Adriannę. Uśmiechała się do niego dyskretnie. Chciał ją nawet przytulić, pocałować, ale zrezygnował. Rozumieli się bez słów. Dwie czarne owce w stadzie cierpliwie, ale też z ciekawością, przysłuchiwały się niecodziennej dyskusji. Remigiusz chciał w pewnej chwili zaprotestować, że zna przypadki szykanowania wykładowców i ludzi za wyznawanie tradycyjnych wartości, ale odłożył to na później. Zbyt wcześnie mógł popsuć zabawę.
Rozochocone towarzystwo cały czas raczyło się alkoholem i przekąskami. Dostarczano posiłki z zaskakującą regularnością. Coraz więcej rumieńców pojawiało się na przejętych twarzach, ale tańczyć nikomu jeszcze się nie chciało. Poczucie wspólnoty przekonań, myśli i dążeń dawało satysfakcję i bezpieczeństwo, jakie w innym miejscu trudno było osiągnąć.
Po gwarnej sali z lampką szampana pląsała jedynie Sofija. Korzystała z nieznanego przywileju – może przywództwa? Może to był jakiś rytuał? Przechodziła od jednej grupy do drugiej, aby po chwili dołączyć do kolejnego towarzystwa, zajętego rozmowami. Zbierała informacje, przekonywała, tłumaczyła i płynęła dalej, jak Afrodyta na morskiej fali.
Wreszcie sama dotarła do stolika prezydialnego. Stanęła z mikrofonem na podwyższeniu i poprosiła o ciszę.
– Kochani – powiedziała i odstawiła lampkę szampana. – Kochani. Wiem, co was dręczy. Wiem, że jesteście przedstawicielami awangardy europejskiej. I nie jest wam łatwo. Narzekacie za każdym razem, kiedy się spotykamy. Ale nie zapominajcie, że walka dopiero się rozpoczęła. Mamy już wielu sojuszników – Światową Organizację Zdrowia, Parlament Europejski, telewizję, prasę i wielu światłych ludzi inteligencji wszystkich krajów. Oni będą wspierać nasze działania.
– Nie wszyscy! – krzyknął ktoś z sali.
– Powoli – odparła Sofija. – Nie domagajmy się naraz cudów. Jesteśmy już prawie wszędzie. Przyczółki zostały opanowane.
– Nie w każdym kraju – odparł mężczyzna o słowiańskiej urodzie.
– Wyplenimy ciemnotę i zacofanie.  To kwestia czasu – zapewniała Sofija. – Ważne jest konsekwentne i jednolite działanie. Trzeba stworzyć wspólny front. Lepszy i skuteczniejszy niż dotąd – dodała z naciskiem.
To było do przewidzenia. Przemówienie Sofiji wywołało entuzjazm. Oklaski i okrzyki euforii wstrząsnęły nawet żyrandolem, który zadrżał niebezpiecznie.
– Kochani. Pytacie, na czym ma polegać nasza nowa strategia? – tłumaczyła Sofija. – Po pierwsze, trzeba nieustannie osłabiać rolę rodziny w wychowaniu człowieka. Należy podkreślać, że niekoniecznie musi to być mężczyzna i kobieta. Najlepiej w ogóle eliminować pojęcie – ojciec czy matka. Wiem, że niektóre kraje mają już spore osiągnięcia. Chwała im za to, ale to jeszcze za mało. Białych plam jest zbyt dużo. Teraz trzeba zacząć od podstaw.
– Myślisz o edukacji? – spytał osobnik z pierwszego stolika, któremu sztuczne rzęsy zasłaniały oczy.
– Tak. Pewne nawyki należy wpajać jak najwcześniej. Nawet od przedszkola.
– A konkretnie? – spytała Esmeralda.
Cała sala na chwilę spojrzała w ich stronę.
– Na przykład scenariusz zajęć przedszkolnych powinien ukazywać dzieciom względność płci. W ramach zabawy w zgadywankę chłopcy powinni przebierać się za dziewczynki i odwrotnie – mówiła Sofija. – Wskazane jest też zmienianie płci postaci z bajek. Mamy wiele możliwości.
– To świetny pomysł, ale wymaga wielkich środków – odparł jeden z zatroskanych uczestników.
– Właśnie mam dla was dobrą wiadomość – oświadczyła Sofija i podniosła kieliszek szampana. – Dostaliśmy pokaźną dotację z parlamentu na wspieranie i rozwój naszego programu. Nasze stowarzyszenia ulokowane we wszystkich krajach unijnych dostaną też możliwość ingerencji w programy nauczania. Obecnie w większości są nadmiernie prorodzinne. Dostaliśmy zapewnienie, że stopniowo zostaną też wycofane podręczniki, zbyt nachalnie propagujące  tradycyjne i zacofane wartości.
– Niech żyje Sofija! – krzyknął ktoś spod drugiej kolumny.
– Niech żyje! – powtórzyła entuzjastycznie sala, a wszyscy zaczęli skandować na stojąco.
Adrianna i Remigiusz siedzieli. Nie potrafili wymówić ani słowa. Patrzyli na siebie zdumieni i oszołomieni. Dotąd byli przekonani, że są uczestnikami sympatycznego przyjęcia z dziwnymi, ale oryginalnymi ludźmi. Teraz skandujące towarzystwo przeistoczyło się w groźny tłum. Przytłaczał zawziętością i agresją.
– Kochani! – wołała Sofija. – Kochani! Dziękuję! Jeszcze jedno. To ważne. Na uczelniach całej Europy powstaną wydziały propagujące naszą ideologię! Zwyciężymy!
– Sofija! Sofija! Sofija! – coraz głośniej skandowała sala.
Na purpurowych i szczęśliwych twarzach pojawił się wyraz triumfu, a w rozpalonych oczach igrały płomienie.
– Uciekamy, kochanie! – krzyknął Remigiusz i mocno chwycił Adriannę za rękę.
Nikt nawet nie zauważył, że w pośpiechu opuścili opętane fanatyzmem zgromadzenie.