Rutkowski Włodzimierz - Źółtodziub

– Czy można?
– Ależ oczywiście, proszę bardzo. Co pana do nas sprowadza?
– Wiersze przyniosłem – wydukał nieśmiało drobny, niskiego wzrostu młody mężczyzna.
– Widzę, że jest pan troszeczkę onieśmielony, a myślę, że nie potrzebnie. Publikował już pan gdzieś?
– Tak.
– No to pierwsze koty za płoty.
– Nie odważył bym się tu przyjść, gdyby nie list z redakcji.
– List z redakcji? Rozumiem i co tam piszą, w nim?
– Proszę niech pan czyta.
Literat pochylił się nad firmową kartką papieru, zapisaną drobnymi starannie kaligrafowanymi literkami. Po długiej chwili ciszy, wyprostował się, poprawił okulary i powiedział.
– Bardzo dobra recenzja, gratuluję. Jest tylko jedno ale, to co pan przyniósł, mam na myśli wiersze, wymaga gruntownego zapoznania się z nimi przez większe grono, a czy prócz wierszy
pisze pan cos jeszcze?
– Nie, ale noszę się z zamiarem spróbowania pisania nowel.
– A w wojsku pan był?
– Byłem, a dlaczego pan pyta?
–Co zaskoczyłem tym pytaniem? Nie dziwię się, tak ni z gruszki ni z pietruszki.Przepraszam za to pytanie, ja nie byłem, a zawsze jak tylko sięgnę pamięcią chciałem być żołnierzem, a zostałem poetą, e szkoda słów, machnął ręką jakby się odpędzał od natrętnej muchy.
Niech pan coś opowie o tym,jeśli to nie tajemnica.
– Co tu opowiadać, było, minęło i już.
– A co w pana pamięci najbardziej utkwiło z tamtego okresu?
– Chyba pierwsze dni.
–Ciężko było?
– Raczej tak. Ta dyscyplina nim człowiekowi wejdzie w krew wiele nerwów potrafi napsuć, ale jakoś dałem radę z samym sobą. I pomyśleć, wcześniej nawet mi się nie śniło, że zimą będę w trzaskające mrozy w namiocie spał.
– Spał pan?
– Nie inaczej i niby gdzie indziej miałem spać, pod gołym niebem? Poligon to poligon, a w końcu nie było tak strasznie. Paliliśmy na zmianę w piecyku, aż czerwony się robił. Fakt za ciepło nie było, ale też uszu nikt sobie nie odmroził. –A były chwile wzruszeń, takie co to gardło dławią?
–Była taka jedna, nie zapomnę jej chyba do końca życia. Ten porucznik miał świętą rację, kiedy dzień przed przysięgą powiedział.
–Pamiętajcie, w życiu mężczyzny są dwa wielkie święta, przysięga wojskowa i ślub.
–Na co któryś z nas krzyknął z zza pleców – i wyjście do cywila. Ryknęliśmy śmiechem, tylko nasz dowódca stał niczym posąg z brązu o twarzy pokerzysty, a gdy wreszcie ustał śmiech, on tylko
westchnął, popatrzył na nas smutnym wzrokiem, ale takim bez gniewu i powiedział cicho – oj synkowie, synkowie.
Na drugi dzień, kiedy plac apelowy był udekorowany sztandarami, kiedy orkiestra garnizonu grała marsza, a my z bagnetami na karabinach szliśmy defiladowym krokiem przed szeregami rodzin to wówczas, właśnie wtedy poczułem po raz pierwszy dumę, że jestem żołnierzem, a gdy rozległ się głos generała – do przysięgi i kiedyśmy zdjęli czapki z głów, a nad głowami poniosło się gromkie przysięgam, dreszcze przeszły mi po plecach i co tu kryć,
oczy były pełne łez. Zamilkł, zapatrzył się w okno. W tej też chwili wpadł do pokoju ktoś, kto przypominał swymi kruczoczarnymi włosami sięgającymi ramion i brodą nie strzyżoną od lat – jaskiniowca.
– Stary patrz, jeszcze farbą pachnie. Nareszcie drukują tę cholerną powieść, a myślałem, że już po niej.
– Czekaj, mamy gościa. Poznajcie się panowie, to jest…
–Zaraz, zaraz. Czy my się już gdzieś nie poznaliśmy? Czy to nie pan czytał na konkursie imienia Zbigniewa Herberta ten gówniany wiersz?
Młody mężczyzna poczerwieniał jak burak, nic się nie odzywając.
– W takim razie to był ktoś bardzo podobny do pana. A propos pan pisze?
– Próbuję.
– Serdecznie radzę, kolego, rzuć pisanie póki jeszcze czas. Te zarwane noce, to ciągłe zmaganie się ze słowem – na dodatek pieniędzy z tego tyle co nic.
– NIe zniechęcaj, niech próbuje, a nóż widelec ma ten dar Boży.
Zagwizdał czajnik.
– Co pijesz? –zapytał literat jaskiniowca.
– Kawę, jeśli jeszcze jest.
–Jest i kawa, a jak tam konkurs?
–Szkoda słów, a o jury lepiej nie pytaj.
– Co się stało?
– Nie uwierzysz, ten wiersz, o którym przed chwilą wspomniałem dostał wyróżnienie. Tak,tak nie inaczej. Przecież to totalna paranoja. Kurwa był czas, by wejść do literatury, kulom wpierw trzeba się było nie kłaniać, bądź czwórkami iść do nieba. Nie, ja wysiadam! Nie kręci mnie ta jazda.
–Tak, ta dzisiejsza młodzież – westchnął literat.
– Ta dzisiejsza młodzież, ta dzisiejsza młodzież – przedrzeźniał jaskiniowiec.
–Historia bierze zakręt – łagodził literat.
– Cwaniactwo i kpina zagościło w wierszach tej smarkaterii, że o wulgarności nie wspomnę, więc nie dziw się, że gotuje się we mnie jak w tyglu.
–Z całym szacunkiem dla ciebie – oponował literat, ale kijem rzeki nie zawrócisz
–Proszę, kawa dla ciebie, a pan czego się napije?
–Dziękuję. Na mnie już czas.
–Jak to, chce pan nas już opuścić? – z ledwie skrywaną ironią w głosie zapytał jaskiniowiec.
–Jestem umówiony i nie chciałbym się spóźnić.
–Dziewczyna? zapytał literat i nie czekając na odpowiedź dodał, proszę zajrzeć do związku za jakiś miesiąc, no, może dwa, wówczas winno być wiadome, czy z tej mąki będzie chleb.
–Będzie, tyle, że z zakalcem – wycedził przez zęby jaskiniowiec, gdy za gościem zamknęły się drzwi.
–Co tobie – odezwał się poirytowany literat?
–Bo to był on.
–Jaki on?
–Ten od gównianego wiersza.
Zapadła cisza, której żaden z nich nie miał ochoty przerywać.