Janusz Orlikowski - Wieczność oraz zło

patronowi, św. Stanisławowi Kostce

Na pierwszym planie trzy postaci na plaży, dwie kobiety i mężczyzna. Jedna z kobiet nieco dalej, odchodzi od tej dwójki, która stoi blisko siebie. To ona wydaje się być tą wzgardzoną, porzuconą. Odchodzi z wyrazem bólu na twarzy, widocznej z profilu. Nieco zgarbiona, w dłoni trzyma żółty parasol, który chroni ją przed promieniami mocnego słońca. A ta dwójka? Pod  identycznym parasolem, zwrócona przodem do morza (a tym samym tyłem do nas), którego delikatne fale pieszczą ich bose stopy. Nie widzimy ich twarzy i stąd wydawać by się mogło, że są sobie bliscy, zwłaszcza gdy wrócimy do tej kobiety, która odchodzi stawiając równie bose stopy na mokrym piasku brzegu plaży. A jednak, gdy przyjrzeć się bliżej, mamy uzasadnione wątpliwości co do faktycznej bliskości tych dwojga. Ona bowiem z głową nieco odchyloną od niego, zapatrzona w dal, w morze, nad którym powietrze, by można powiedzieć, nasycone słońcem, a on z kolei swe zainteresowanie skierował ku rączce parasola. Jego niewidoczny nam wzrok i widoczny gest wskazuje właśnie na to. Na zajęcie myśli czymś innym. Można snuć teraz scenariusze: co jest powodem tej, delikatnie to na początek nazwijmy, niezgody. Wieść o zdradzie? Możliwe, ale mało prawdopodobne.

Zachowanie odchodzącej kobiety wprawdzie na to by mogło wskazywać, lecz tych dwojga stojących obok siebie nie. Wszak ona z głową odchyloną od niego patrzy przed siebie w dal, on zajął się parasolem. Zupełnie nie są sobą zainteresowani, a tak by być musiało, gdyby o niewierność chodziło. Wprawdzie nie widzimy ich twarzy, lecz układ ich ciał raczej to wyklucza. Bardziej skłonni  jesteśmy podejrzewać jakąś kłótnię czym innym powodowaną. Wspólny spacer całej trójki podczas upalnego lata nad brzegiem morza, konwersacja, która do tej sytuacji doprowadziła: każde z nich jest samotne, w różny sposób zajęte sobą. Konkretnie co było powodem kłótni? Jak wspomniałem, można snuć scenariusze. Na drugim planie – morze, które może być żywiołem, tu ledwie zarysowane  niebieską barwą; dosłownie widzimy pogodne, żółte powietrze wskutek nasycenia słońcem. To ono tworzy scenerię i powoduje, że, wraz z letnimi sukienkami  kobiet, również w odcieniach żółci i mężczyzny brązowawych spodni na żółtych szelkach i w jaśniejszym tej żółci odcieniu koszuli oraz  słomkowego kapelusza na głowie,  odnosimy wrażenie wielkiej pogody tego obrazu, którego autorem jest Jack Vettriano. Dopiero, gdy sięgniemy po tytuł: Wściekłe psy zaczynamy patrzeć bliżej i dostrzegać to, co wyżej opisałem. Historię ludzką, która pomimo wielkiej pogody natury jest obrazem powstałego zła między tymi trojga, którzy wspólnie wybrali się na spacer w letnie, upalne południe nad brzegiem morza.

Od razu wiedziałem, że chcę kupić ten obraz, to znaczy jego kopię, bo na oryginał mnie nie stać, a i pewnie jest on teraz w kolekcji jakiegoś bogatego miłośnika sztuki, bo ten współczesny szkocki malarz – samouk wystawiał między innymi w Edynburgu, Londynie, Honkongu i Nowym Jorku, a jego obrazy są w kolekcjach prywatnych i państwowych na całym świecie. W wieku 16 lat rzucił Vettriano szkołę i zatrudnił się w kopalni. Na 21. urodziny otrzymał od swej dziewczyny akwarele i od tego czasu odkrywszy w sobie artystyczne powołanie poświęcił się malarstwu. Szesnaście lat później, w roku 1988 odważył się przedstawić swoje prace na wystawie The Royal Scottish Academy. Tam zostały entuzjastycznie przyjęte i wykupione w pierwszy dzień wystawy.
Tak więc i ja kupiłem i wiszą Wściekłe psy w pokoju gościnnym mojego mieszkania. Dlaczego od razu wiedziałem? Po pierwsze morze, plaża, słońce i na pierwszy rzut oka pogoda zeń bijąca, jakiś bajkowy magnetyzm, który przyciąga i nakazuje patrzeć, by dostrzec kryjące się wszak na pierwszym planie zło.
W wierszu Bez odpowiedzi  na początku pytałem: „gdzie gromadzi się zło?/ jakie miejsce sprzyja/ do powrotu/ tego dziwnego zjawiska?", by kończyć słowami, które jak mantra wciąż człowieka zajmują:

gdzie gromadzi się zło?
powtarza
i nie ma i nie ma
odpowiedzi

Jest zatem ono, jak na obrazie Vettriano, na pierwszym planie. Ale przecież nie o to mi tu chodziło i w znaczeniu sensu wiersza, gdzie człowiek „z niechętną wizją mitologii Kaina/ która za bardzo się sprawdza" wciąż poszukuje, dalej pozostaje bez odpowiedzi. Ta odpowiedź bowiem jest w tym znaczeniu nieodpowiednia, gdyż dalej to „miejsce" zostaje nieodgadnione. Poszukać więc trzeba raz jeszcze, czyli zacząć poniekąd od początku. Narodziny dziecka, ono przychodzi na świat  i jest według religii chrześcijańskiej naznaczone Grzechem Pierworodnym. A zatem od jego pierwszego krzyku ono kryje się w nim. Czyżby to oznaczało, że człowiek jest zły ze swej natury?  Nie, to nie jest zadowalająca odpowiedź. Przychodzi do mnie myśl inna. Jezus nigdy źle nie wypowiadał się o dzieciach. Zawsze miał dla nich czas i otaczał je szczególną troską. Dziecku zatem należy się przyjrzeć bliżej. A w tym przede wszystkim jego poczuciu czasu, a właściwie tego poczucia brakowi. Dla niego wszystko dzieje się tu i teraz. Czas przeszły i przyszły nie istnieją, są poza zasięgiem postrzegania świata. Tym sposobem niczego nie analizuje i równie niczego nie pragnie. „Dziecko nie wie <nic>, niczego się nie spodziewa i właśnie dlatego wie tak wiele i tak wiele rozumie" pisze Jan Krasicki w eseju Dziecko a zło, a wcześniej wysuwa tezę: „Zło przychodzi do dziecka jako źle pojęta dorosłość." i dalej dodaje: „Dorosłość nie jest kwestią wieku biologicznego, społecznego znaczenia, prestiżu czy pełnionej funkcji zawodowej. Można być biologicznie młodym, ale duchowo dorosłym, <sędziwym> (o czym mówi np. liturgiczne czytanie z Księgi Mądrości w święto św. Stanisława Kostki: <Wcześnie osiągnąwszy doskonałość, przeżył czasów wiele> - Mdr 4,13), a paradoks prawdziwej dorosłości polega na tym, że nie można stać się dorosłym, nie pozostając jednocześnie dzieckiem. Nie ma dorosłości bez dziecięctwa; to dziecięctwo jest warunkiem prawdziwej dojrzałości. Dziecko nie może być infantylne. Infantylizm to duchowy regres, a nie rozwój, dlatego infantylny może być tylko dorosły."
Przyjrzymy się tym słowom bliżej. Dziecko „(...) tak wiele rozumie." Skąd ta mądrość, choć niewypowiedziana? I czy tak jest w istocie? Tak zwany dorosły odbiera otaczający go świat za pomocą uczuć, emocji, rzadziej rozumu, choć z pozoru wydaje mu się inaczej. Jego reakcje na rzeczywistość, która go otacza w bliższym bądź dalszym planie są więc wynikiem nagromadzonego bagażu doświadczeń oraz jednocześnie pragnień i pożądań co do tego, co zdarzyć się może. A ponieważ to co było, to często nie obraz z krainy mlekiem i miodem płynącej, a z Ziemi, stąd wnioski nasuwają się same. Czas przeszły jest w tak zwanym dorosłym i to nie tylko te zdarzenia, które obdarzyła pamięć, ale również, a może przede wszystkim te zapadłe w sferę, jak nazywają psycholodzy, podświadomości. Nie trzeba dodawać, że jedne i drugie są probierzem działań i zachowań dzisiaj. Podobnie rzecz ma się z przyszłością. Przy czym tu im większe oczekiwania, im bardziej wybujałe ego, tym zderzenie ze światem przynosi więcej roszczeń, a tym samym i rozczarowań. Tu również nie trzeba dodawać, że to całkiem spory papierek lakmusowy tego, co dzisiaj.  Dla dziecka, jak wspomniałem, czas przeszły i przyszły nie istnieje, stąd jest tych problemów „pozbawione". Jest czystą kartą i dlatego „(...) tak wiele rozumie." I chodzi tu nie o rozumienie w potocznym tego słowa znaczeniu, a rozumienie w odniesieniu nie do czasu przeszłego i przyszłego, ale wiecznie trwającej aktualności, by można powiedzieć. A zatem do – wieczności. Stąd słowa z Księgi Mądrości cytowane przez Krasickiego „Wcześnie osiągnąwszy doskonałość, przeżył czasów wiele". Dziecko więc nie rodzi się złe,a zło nabywa poprzez naśladownictwo tak zwanych dorosłych. Grzech Pierworodny zatem, to w istocie nie wskazanie na to, że człowiek przy narodzeniu naznaczony jest złem, ale sytuacja w której dusza (Ewa) oddzieliła się od Adama, jak przedstawia to Ewangelia \Filipa. O przedstawieniu Grzechu Pierworodnego według tej ewangelii pisałem w eseju Nowy król II.
Tym sposobem ujawnia nam się „umiejscowienie" zła. To „miejsce" nie ma charakteru statycznego, nie jest wskazaniem na to, nie jest rzeczą, lecz tak jak  Jezus Chrystus jest drogą, tak i kinetyczny i dynamiczny charakter ma „miejsce" zła, a dzieje się ono tym bardziej im mniej w  dorosłym jest dziecięctwa. „Nie ma dorosłości bez dziecięctwa; to dziecięctwo jest warunkiem prawdziwej dojrzałości." I oczywiście nie chodzi tu o infantylizm. Bo ten to „(...) duchowy regres, a nie rozwój, dlatego infantylny może być tylko dorosły." jak zauważa Krasicki. Właściwe dziecięctwo osoby dorosłej to rozumienie, że przeszłość, jakakolwiek by ona nie była, nie jest dobrym doradcą w zdarzeniach dziejących się tu i teraz. Podobnie przyszłość, która przecież na dobrą sprawę nie jest w naszej gestii. Gdy odrzucimy od siebie ten szkodliwy balast czasu, dopiero wtedy mamy możliwość zauważyć, że „pozbawiamy się" myśli, które nam ciążyły i nie pozwalały widzieć tego co jest.
Po tych stwierdzeniach możemy już „umiejscowić" zło jeszcze bardziej. Dziecko uczy się poprzez naśladownictwo, a więc w głównej mierze poprzez to, co postrzega u osoby dorosłej.  A to co widzi to zachowania, gesty, mimika twarzy, słyszy słowa, a zatem, by tak rzec, nie wnika w naszą osobowość i nie analizuje co jest powodem czego. To co naśladuje jest więc powierzchnią.  Gdzie więc gromadzi się zło?... Ktoś powie, no ale przecież oprócz zachowań złych występują również i te dobre. Tak, lecz nie zmienia to faktu, że właśnie zło tylko na powierzchni się czai. Ten wynik oddzielenia duszy od ciała. Nie ma ono dostępu tam, gdzie dusza z ciałem jest scalona. „ Kiedy Ewa była w Adamie nie było śmierci. Kiedy oddzieliła się od niego wówczas pojawiła się śmierć. Jeśli zaś ona wejdzie do niego ponownie, on zaś ja przyjmie, to śmierci znów nie będzie." czytamy w Ewangelii Filipa. Aż strach pomyśleć, co by to było, gdyby naśladownictwo dziecka polegało tylko na tym, że „pobiera" ono od dorosłego tylko zło. Nie zmienia to jednak faktu, że  zło nie ma dostępu do wnętrza człowieka. Nie ma ludzi, by tak powiedzieć, z serca złych. A to zauważenie pozwala nam na to, by stać się dzieckiem. A co za tym i jeszcze, by nie szukać przyczyn zła, nie „umiejscawiać" go we wnętrzu, gdyż go tam nie ma. Najlepiej w ogóle go nie szukać, bo nie ma czego. Ono jest widoczne, dzieje się na powierzchni. A to widzenie jednak jest możliwe tylko wtedy, gdy będziemy wyzbywać się poczucia czasu ziemskiego i zastępować wiecznie trwającą aktualnością. „Czasowo" to ten świat, w którym żyje dziecko.
Można więc pomyśleć, że skoro żyję czasem teraźniejszym, to zło mnie nie dotyczy. Otóż należy dokonać wielkiego rozróżnienia między teraz jako bezrefleksyjnej codzienności, gdzie emocje, uczucia biorą górę nad pokorą i rozumem, a bezczasowym światem dziecka.  W pierwszym przypadku owo życie czasem teraźniejszym jest w istocie tylko pozorne. To co nim manipuluje, to właśnie przeszłość i przyszłość poprzez wspomniane emocje oraz uczucia. W drugim natomiast  mamy do czynienia tak jak u Stanisława Kostki: „Wcześnie osiągnąwszy doskonałość, przeżył czasów wiele." Co to dokładnie oznacza, „(...)przeżył czasów wiele"? To osiągnięcie świadomości czasu wiecznego. Nieświadomość dziecka jest w gruncie rzeczy taką właśnie świadomością. To Dar, który traci tzw. dorosły na skutek działań własnego ego, gdy zderza się z czasem ziemskim, z powierzchnią życia, ze złem. On przeżywa, by tak powiedzieć, kolejne czasy, lecz nie możemy o nim powiedzieć, że przeżył ich wiele. Jak to możliwe – możemy zapytać – że tak dzieje się w przypadku dziecka? Przecież w czasie ziemskim żyje ono krótko, brak mu życiowych doświadczeń.  Rzecz ma się w tym, że właśnie ten brak, to powoduje. Przy czym słówko „brak" winno być napisane tak jak przed chwilą, w cudzysłowie. Dziecko wszak doświadcza, lecz wynik tego nie jest  asymilowany w relacji z przeszłością i przyszłością jako notatników ego, stąd są  one  czystą kartą, a wielość czasów w tym się zawiera. I z uwagi na to, ono niczego się nie spodziewa i  nie  podlega temu, co było. Ten Dar, im dłużej człowiek potrafi w sobie przechowywać, im bardziej jest dzieckiem, tym dojrzalsza jest jego dorosłość. „(...) przeżył czasów wiele" to zatem stan, w którym to co było i to co może się zdarzyć nie stanowią przeszkody dla relacji dziejących się teraz.  Niejako automatycznie staje się wszelkie przebaczenie, a to co będzie nie jest powodem  lęku z uwagi na możliwość braku realizacji, z powodu na brak – spodziewania się.
Wróćmy do obrazu Jacka Vettriano Wściekłe psy. Z pewnością jego bohaterowie, dwie kobiety i mężczyzna, nie przeżyli czasów wiele. Ale patrząc na to dzieło, z uwagi na dalszą scenerię i użyte przez artystę kolory, mamy, jak pisałem na wstępie, nie gasnące wrażenie wielkiej pogody tego oleju. Plan drugi jakby przenicował się przez pierwszy i dawał nam w odbiorze to, co moglibyśmy nazwać dobrem. Ta sugestia świadczy i o autorze, jak i odbiorcach. Człowiek nie poszukuje w życiu zła. Dopiero, gdy przyjrzymy się postaciom i faktycznie zauważymy, że to plan pierwszy dzieła, zło widzimy. Patrz opis na wstępie. Plan pierwszy, czyli to co na zewnątrz, powierzchnia jest jego nośnikiem. Nie przenika ono do wnętrza, nie ma takiej możliwości. To, co dzieje się między tymi trzema osobami ma charakter typowo powierzchniowy, emocje i złe uczucia. Oni nie widzą, że jest słońcem przenicowane, upalne lato nad brzegiem morza  dane jako  Dar. I choć ubrani są w pastelowe, pogodne ubrania opowiadają sobą złą historię. Drugi plan dla nich nie istnieje. Plan, który jest planem Boga, wnętrzem jego dzieła stworzenia. Są zamknięci w ziemskim czasie, gdzie przeszłość i przyszłość asymilują ich działania. To Dom zła. Pozwolę sobie kończyć wierszem pod tym tytułem:

tam gdzie gromadzi się zło
pokora nie piętnuje napięć
pęka krucha konstrukcja
z braku wiary że to możliwe
wewnątrz tkanek i kości

krew pulsuje nadmiarem
i wylewa się na powierzchnię
gdzie je spotyka – to dom zła
nie ma tu szlachetnych rozważań
o naturze ziemskiego czasu

tu dar chwili w przeszłość i przyszłość
się przeinacza pragnie lub się spodziewa
toczy boje z czym wygrać nie można
gdy nie przeżyło się czasów wielu

tu wieczność znana tylko z nazwy
i oddzielnie jako smak pośmiertny

a jest to danie główne
do którego można dobrać przyprawy
tylko dzisiaj

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora