Ariana Nagórska - Zabawkarstwo

         Punktem wyjścia będzie tu „kobieta z brodą", która (przez krótki czas) w majowych medialnych dyskusjach i dywagacjach przebiła nawet stado błaznów kandydujących do europarlamentu. Chodzi o brodatego piosenkarza, który w kobiecym stroju, pod żeńskim pseudonimem, śpiewając z lekka kobiecym głosem wygrał Festiwal Eurowizji. Nie wnikam, czy był to rzeczywiście transwestyta, czy też dla sensacji taki wizerunek sceniczny sobie wymyślił. Grunt, że sensację wywołał.
          Jak to w Polsce, rozpoczęły się zżymania, protesty, bluzgi. Z wszystkich stron sypnęło głosami świętego oburzenia. Znany polityk (dotąd z muzykalności niesłynący) dostrzegł (czy może jednak dosłyszał?) w tej piosence zapowiedź upadku całej Europy.
          Ależ się cieszyłam, że przy moich poglądach na tak zwany sukces nie byłam w stanie wykrzesać z siebie ani niesmaku, ani entuzjazmu. Sukces to dla mnie zawsze robienie z siebie małpy (chęć popisania się) lub lokaja (zabiegi o układy, wazeliniarstwo, dostosowywanie się do mód, obowiązujących „trendów", preferowanych w określonych gremiach poglądów itp.). Pseudointelektualiści niech tylko sobie nie myślą, że dotyczy to wyłącznie pogardzanych przez nich estradowców! Dotyczy to wszystkich startujących w wyścigu szczurów: polityków, artystów, biznesmenów, naukowców. Takich obywateli nazywam ZABAWKAMI. Zabawka zawsze zależna jest od czyjejś kapryśnej uwagi. Bez zainteresowania z zewnątrz zabawka sama w sobie jest bytem bezsensownym i nie pełni żadnej roli poza zajmowaniem miejsca. Oczywiście nie każdego bawią lub interesują takie same zabawki. Określona zabawka SŁUŻY SWOIM, a nie wszystkim! Wspomniany piosenkarz mnie akurat zbytnio nie zabawił, ale to nie powód, bym wieszała na nim psy. Skoro wygrał, komuś podobać się musiał, więc jako zabawka swoją rolę spełnił.
          Wzniośli i nadęci osobnicy, choć zwykle w skrytości sami namiętnie marzą, by w jakiejś dziedzinie zostać zabawką, mają zwyczaj powtarzać, że zabawa nie jest rzeczą najważniejszą. Naturalnie, że nie. Telewizję, istną hurtownię zabawek, można przecież w każdej chwili wyłączyć. To samo czynimy z radiem,gdy zaczyna ćwierkać jak plastikowy ptaszek. W Gdańsku od lat działa sławny pisarz-pozytywka, dyżurny gaduła na różnych sesjach i w mediach na wszystkie możliwe tematy. Zapewniam, że nie tylko ja go nie czytam i nie słucham. Nie wszystko, co jest sprzedawane (lub nawet SIĘ SPRZEDAJE), musi być od razu przez nas kupione! Zauważam jednak wyraźną prawidłowość: najbardziej narzeka na ofertę rynku ten, kto jest od niego uzależniony. Kto MUSI „tańczyć tak, jak mu zagrają" i konsumować to, co mu wciskają. Poza tym tak nabito ludziom do głów, iż sukces medialny jest czymś najlepszym, co się może w życiu trafić, że wprost nie mogą wyjść ze zdumienia, widząc, jak co rusz ktoś  ma w mediach swe pięć minut, nie reprezentując nic. Nie skłania to jednak bynajmniej do refleksji, że dziś tak zwany sukces to często farsa, groteska, machloja i iluzja. U „niesukcesowych" zauważam raczej dziką zawiść: małpami, lokajami i zabawkami chcieliby być prawie wszyscy. Taka mentalność szarego tłumu dużo gorzej rokuje na przyszłość niż aberracje osób sławnych.
          Zawsze podziwiałam natomiast tych nielicznych, którzy przez lata oddawali się swym pasjom twórczym, o żadne aplauzy i splendory nie zabiegając, a tymczasem kariera ich dopadła. Podziwiam oczywiście nie dlatego, że „zrobili karierę", tylko że wskutek niej nie załamali się psychicznie. Nawet sława tylko podwórkowa to dla osoby niezależnej straszliwy balast i uwikłanie, a cóż dopiero mówić o jej znacznie szerszym zasięgu! Żadna kasa z tym związana stresów w pełni nie zrekompensuje.
          Zdzisław Beksiński już u początku swej sławy (gdy daleko jeszcze było do jej apogeum) napisał tak: „W sumie malowanie obrazów zaczyna mnie wkurwiać. Praca tylko wtedy może sprawiać przyjemność, gdy jest niepotrzebna, ale malowanie na terminy, wystawy, sprzedawanie, liczenie forsy – obrzydliwość (…). Chcę być Wolny, a praca zabija wolność, czuję się coraz bardziej przytłamszony sobą – malarzem ze świadomością, że sam siebie w to wpędziłem" [M. Grzebałkowska, Beksińscy, portret podwójny, Wydawnictwo Znak, Kraków 2014, s. 154]. Tymczasem on akurat wcale sam siebie w tarapaty nie wpędził. Przez wiele lat żył biednie w prowincjonalnym mieście i robił to, co go fascynowało, nigdzie się nie pchając. To o niego zaczęto zabiegać. Do końca życia nienawidził wszelkich zaproszeń, przyjmowania orderów, spotkań z władzami, wywiadów, wyjazdów, uczestnictwa w wernisażach, wystąpień publicznych (mimo że umiał mówić wartko i ciekawie). Gdy przyszła sława, wciąż musiał walczyć o swą twórczą niezależność właśnie z naciskami z zewnątrz: „(…) KATEGORYCZNIE odmawiam jakichkolwiek dyskusji na temat, co i jak mam malować, aby zdobyć pieniądze, szczęście i sławę. Ani słowa więcej na ten temat!!!" [s. 290]. Inny problem polega na tym, że o sławnym każdy przygłup czuje się w obowiązku coś rzec. „Idioci widzą tylko tyle, ile może dostrzec idiota – trudno im nawet mieć to za złe" [s. 380].
          Doprawdy żelazny charakter musi mieć osoba sławna i wybitna, by nie pozwolić się terroryzować, ograniczać, manipulować i dostosowywać do poziomu otoczenia. Są to jednak wyjątki. Regułę stanowią dziś raczej tabuny sławnych (w różnych dziedzinach) przeciętniaków. Usłużnych małp-maskotek. Zabawek do szybkiej wymiany na inne zabawki.

Również tego autora