Tomasz Jan Szymański - Pożądliwość mima

Unosząc się na czternastocentymetrowych szpilkach ponad prozaicznością życia codziennego, Wiktoria zostawiła za sobą ulicę Bracką i skręciła w Chmielną. Każdy krok młodej studentki iberystyki miał w sobie coś z niewinności, a zarazem niósł za sobą nieuniknioną perwersyjność; jakby nieustannie kusiła ona fizycznością i jednocześnie odgradzała się od świata grubym murem dziecięcej nieświadomości. Identyczna dwuznaczność wymalowana była na jej twarzy. Dwoje atramentowych oczu, wyglądających spod kasztanowych loków, zdawało się czule głaskać każdego, kto pojawił się w ich polu widzenia. Usta za to były koloru krwistoczerwonego i układały się w jakiś niepokojący, ironiczny uśmiech. Na sobie Wiktoria miała miętową sukienkę. A pod sukienką skrywało się jej nagie ciało – ciało, które nie uprawniało do posiadania jakichkolwiek kompleksów. Długie i nieomal anorektycznie chude nogi swój początek znajdywały w smukłych biodrach, a biodra wyrastały pod idealnie kształtnym biustem. Wszystko pasowało do siebie i łączyło się w oszałamiającej symfonii piękna i subtelności.
Mijający ją mężczyźni (ale też i kobiety) zgodnie wpatrywali się w nią, jakby na tym niedługim odcinku pomiędzy stopami a czubkiem głowy Wiktorii Stwórca umieścił odpowiedź na wszystkie dręczące ich egzystencjalne pytania. Była jak posąg ustawiony na postumencie. W przeciwieństwie jednak do nieożywionego kawałka skały, nie pozostawała do końca obojętna wobec swych adoratorów. Choć skrywała się za maską obojętności, to z satysfakcją odnotowywała każde spojrzenie, które zatrzymało się na niej choćby o sekundę dłużej niż nakazywałaby rutynowa ciekawość.
Jej uwagę odwrócił nagle odgłos gromkich oklasków. Rozejrzała się wokoło. Na rogu Nowego Światu i Chmielnej stał tłum rozentuzjazmowanych gapiów, okalających jakąś mglistą postać. Wiktoria chwilę się wahała, lecz wygrała ciekawość. Skorzystała z uprzejmości kilku starszych panów, którzy ochoczo zrobili jej miejsce i już po chwili znalazła się tuż obok sprawcy całego zamieszania.
Był to uliczny mim.
Właśnie szykował się do następnego występu i nie robił najlepszego wrażenia. Ubrany był w poplamioną, białą koszulę i przyduże spodnie od garnituru. Buty – dziurawe i brudne – zdawały się wręcz wołać o zasłużoną emeryturę. Do tego cylinder, który mim zakładał teraz na głowę, wyglądał jak kawałek zmiętej tektury, znalezionej przed momentem na pobliskim śmietniku. Zdecydowanie najstraszniejszy był jednak jego makijaż. Spod skąpo użytej białej farby wychylały się kawałki niezdrowej cery. Zygzakowatych brwi prawie w ogóle nie było widać. Usta, pomalowane dla kontrastu aż nadto obficie, rozlewały się niemal na całej szerokości twarzy. Jedynie te dwie przygnębiające łzy, ściekające po jednej z każdego oka, dorysowane zostały z jako taką starannością.
Ten przykry widok natychmiast przypomniał Wiktorii o jej dzieciństwie. Przed oczyma stanęły jej czasy, kiedy była małą, bezbronną dziewczynką i kiedy jeszcze nie miała najmniejszego pojęcia o władzy, jaką może nieść ze sobą uroda. Wtedy to właśnie, ze zdumiewającą determinacją, mama co weekend zabierała ją nigdzie indziej, jak tylko do cyrku. Zalęknione dziecko bało się tych wymalowanych twarzy i teatralnych gestów, a jednak, nie chcąc robić rodzicielce przykrości, nigdy nie odważyła się o tym powiedzieć. Dlatego Wiktoria miesiąc po miesiącu brnęła coraz głębiej w ten cyrkowy dramat i dlatego też pewnie odczuwała teraz do owego mima tak dotkliwe obrzydzenie.
Gdy jednak spektakl się zaczął, coś wewnątrz nie pozwoliło jej odejść.
Mim nisko się ukłonił i wykonał pół kroku do tyłu, by zrobić sobie więcej miejsca. Powtarzając zapewne już po raz setny dzisiaj te same ruchy, rozpoczął standardowo od scenki z oknem. Bez entuzjazmu przytknął ręce do powierzchni niewidzialnego szkła, a jego palce z rutyną zaczęły prześlizgiwać się po nim, jakby recytował z pamięci aż za dobrze znany kawałek tekstu. Zdawało się, że publiczność doskonale wyczuwała tę jego monotonię. W tłumie dało się słyszeć pierwsze oznaki znudzenia i rozczarowania. Trudno było jednak nie zauważyć, że z każdą chwilą ruchy mima stawały się coraz bardziej lekkie i niewymuszone. Jak pociąg, który potrzebuje czasu, by się rozpędzić, z minuty na minutę przedstawienie zaczęło nabierać jakiegoś porywającego czaru. Potężny podmuch wiatru, który właśnie wstrząsnął ciałem mima, sprawiał tak realistyczne wrażenie, że ludzie z prawdziwym przejęciem zaczęli rozglądać się, czy nie zbiera się na burzę; wyimaginowana piłka zaś, która chwilę później zawirowała między jego nogami, zmusiła prawie wszystkich rodziców, by siłą powstrzymali swoje pociechy przed przyłączeniem się do gry. Nikt już nie zwracał uwagi na jego brudne ubranie i nie do końca udany makijaż. Za pomocą prostych gestów mim odmalowywał teraz w tłocznym centrum miasta swoją własną rzeczywistość, a ludzie jak zahipnotyzowani zanurzali się w nią.
I nagle opanowała Wiktorię przemożna chęć zawładnięcia nim. W imię wszechogarniającej nienawiści do całego gatunku mimów, klaunów i wszystkich im podobnych istot, zapragnęła ona zemsty i zadośćuczynienia. A żeby oba te cele osiągnąć, postanowiła najzwyczajniej w świecie go uwieść.
Przez jej ciało przebiegł naraz krótki konwulsyjny dreszcz, a kiedy tylko ustał, z jej oblicza zniknął wyraz wcześniejszej odrazy. Zamiast niego na jej twarzy znów zawitała ta sama prowokacyjna dwuznaczność, którą jeszcze niedawno tak szczodrze obdarzała mijanych przechodniów. Pomału wciągnęła do ust powietrze niczym myśliwy, który szykuje się do polowania. Miał to być prawdziwy test dla jej wdzięku i nabytego w różnorakich okolicznościach doświadczenia i po trosze tak też sama do tego podchodziła. Wypięła uroczyście piersi i niby przypadkiem zsunęła z lewego ramienia sukienkę. Wraz z kawałkiem miętowej tkaniny ku dołowi powędrowało również ramiączko od biustonosza. Na powierzchnię wydostał się teraz znaczny fragment czarnej koronki, która z taką gracją trzymała w ryzach dorodny biust. Następnie Wiktoria pozwoliła swej dłoni, jak zagubionemu ptakowi, który szuka spoczynku, przysiąść na odsłoniętym właśnie kawałku skóry. Zaczęła się długa i mozolna wędrówka. Opuszki palców, poczynając od nagiego ramienia, ruszyły w głąb jej ciała. Zmysłowo przesuwały się one po mapie powierzchowności Wiktorii, nie omijając żadnej doliny, skarpy, wzniesienia czy nawet najmniejszego wąwozu. Geograficzne punkty łączyły się ze sobą jak na dziecięcych rysowankach i tworzyły coraz bardziej skomplikowaną sieć, i to właśnie w tę sieć chciała ona schwytać swą ofiarę.
Choć mim patrzył w jej stronę, a raczej przelatywał pobieżnym spojrzeniem przez tę część widowni, w której ona się znajdywała, to nie zwrócił na nią uwagi. Był jak w transie, obojętny na wszelkie sygnały płynące z zewnątrz. Można wręcz było odnieść wrażenie, że owa szyba, której obecności jeszcze parę chwil temu tak niezłomnie próbował dowieść, naprawdę istniała i odgradzała go od upajających wdzięków Wiktorii.
Pozostając dla mima kawałkiem bezosobowej przestrzeni, zaczęła ją ogarniać narastająca frustracja. Gniew wypełniał kolejne członki jej ciała jak czarna, kleista smoła i kiedy nagle, w jakimś niezwykłym zbiegu okoliczności, ich spojrzenia spotkały się ze sobą, ona bez zawahania podciągnęła sukienkę, obnażając przed nim ostatnie szczegóły swojej bielizny.
Mim nie mógł już udać, że tego nie spostrzegł. Jego oczy rozbłysły nieokiełznanym żarem i chociaż jeszcze przez kilka chwil próbował toczyć ze sobą walkę i jakby nigdy nic kontynuować spektakl, zaraz jego wzrok znów powędrował ku niej. Wiktoria wiedziała, że ma go już w garści. Za nic na świecie nie zamierzała go stamtąd wypuścić. Między nimi rozpoczęła się subtelna gra. Lawirując pomiędzy tylko przez siebie widzianymi przedmiotami, mim jak narkoman, który potrzebuje halucynogennej substancji, co i rusz obracał łapczywie głowę w jej stronę. Ona natomiast nie omieszkiwała wykorzystać każdej sposobności, by zaprezentować mu kolejne atuty ze swojego szerokiego wachlarza miłosnych sztuczek. Gdy więc tylko mim spoglądał na nią, Wiktoria w mgnieniu oka wysuwała z ust język i delikatnym ruchem oblizywała wargi albo figlarnie uśmiechała się, by zaraz posłać mu namiętnego całusa. Mrugała do niego i stroiła na tyle wymyślne miny, że kilkakrotnie zdarzyło mu się wypaść z roli i na ten przykład zapomnieć o olbrzymiej sztandze, którą ponoć właśnie podnosił. Nie było wątpliwości, że pod warstwą pośpiesznie nałożonej farby na dobre już w mimie rozpaliło się pożądanie.
Puentę dla swojego bogatego repertuaru Wiktoria miała już zaplanowaną od dawna. Sprowadzała się ona do prostego ruchu dłonią, który miał równie nieskomplikowane znaczenie – "zostaw tę błazenadę i natychmiast chodź do mojego mieszkania, żeby przez całą noc i następny dzień bez żadnych zahamowań kochać się ze mną". I kiedy tylko Wiktoria uznała, że nadeszła odpowiednia chwila, wykonała właśnie ten gest. Po nagłej zmianie wyrazu twarzy mima, wnioskować można było, iż nie miał on problemów ze zrozumieniem go. Jego reakcja jednak znacznie odbiegała od oczekiwań Wiktorii. Przerywając na moment spożywanie niewidzialnej koli w puszce, wydał z siebie pojedyncze prychnięcie i chcąc pokazać jak bardzo absurdalna jest dla niego propozycja przerwania występu w połowie, ostentacyjnie odwrócił się od Wiktorii i zajął się inną częścią widowni.
Jej odpowiedź była błyskawiczna – nie przejmując się falą narastających szeptów i mrowiem zdumionych spojrzeń, zostawiła za sobą tłum gapiów i zdecydowanym krokiem ruszyła ku głównemu bohaterowi tego zajścia. Niepowodzenie nie wchodziło dla niej w grę.
Spośród dziesiątek mnożących się w głowie Wiktorii scenariuszy, wybrała ona ten, który wedle jej opinii miał w sobie najwięcej romantyzmu i który napełnił ją czymś w rodzaju sadystycznej przyjemności. Zdecydowała się pokonać go jego własną bronią. Stanowczo wyrwała mu puszkę, z której tak skwapliwie spożywał gazowany napój i akceptując jego wyimaginowaną rzeczywistość, zgniotła ją w dłoni, rzuciła na ziemię i nadepnęła na nią obcasem. Mim zamarł w bezruchu, ze wzrokiem utkwionym w Wiktorii. Łzy ściekające po jego policzkach wydawały się teraz jeszcze bardziej nabrzmiałe i ponure niż wcześniej. Widać było, że jest on tak samo onieśmielony urodą dziewczyny, co panicznie zalękniony tym, do czego mogła być ona zdolna. Chciał zapewne, by Wiktoria okazała się tylko senną marą. Z chwilą jednak, gdy przekroczyła ona magiczną granicę między widownią a sceną, sama stała się częścią przedstawienia i w gruncie rzeczy nie mógł on już zignorować jej obecności.
Mim znalazł się nagle pod ścianą. Pozbawiony możliwości zwerbalizowania swoich myśli i zapędzony jak dzikie zwierzę w pułapkę, mógł się już tylko bronić. Bez przekonania, po środku chodnika zaczął ni stąd, ni zowąd konstruować mur. Drżącymi dłońmi układał teraz w rzędzie cegły, szpachelką nerwowo rozsmarowywał na ich powierzchni zaprawę, kładł kolejną warstwę cegieł, znów rozsmarowywał zaprawę i tak w kółko. Choć skrupulatnie przykładał się do tej pracy, zdawało się, że sam do końca nie wierzy w jej sensowność. Tym większe było jego zdziwienie, gdy Wiktoria nagle przylgnęła do muru, a jej dłonie zaczęły bezradnie o niego uderzać. W jej ruchach była jakaś nieokiełznana furia i gdy tylko na chwilę zrobiła sobie przerwę, by złapać oddech, przez zachwyconą publiczność przebiegła fala oklasków. Mim także wydawał się wielce ukontentowany obrotem zdarzeń. Zanim jednak zdążył jakkolwiek nacieszyć się chwilą triumfu, Wiktoria już sięgała po leżący na ziemi, ogromny młot i przymierzała się do pierwszej próby przebicia się przez ceglaną ścianę. Jej delikatne dłonie z trudem radziły sobie z takim ciężarem, lecz już po kilku uderzeniach w murze zaczęła tworzyć się wyrwa. Mim, nie czekając na to aż jedyna jego linia obrony zamieni się do końca w pył, odskoczył gwałtownie do tyłu. Następnie chwycił pokaźnej wielkości tekturowe pudło. Flamastrem wymalował na jednym z boków nazwę egzotycznego kraju, pośpiesznie nakleił kilkanaście znaczków, wskoczył do środka i grubą taśmą zakleił paczkę od wewnątrz. Pozostało mu tylko czekać na listonosza. Zamiast niego jednak nad tekturowym pudłem zawisła zaraz Wiktoria i bez najmniejszego problemu, nożyczkami rozcięła je. Dalej mim próbował ukryć się w wykopanym przez siebie dole, wdrapać się na drzewo, a nawet groził jej serią strzałów z karabinu maszynowego. Wszystko na nic. Wciąż z tą samą finezyjnością i erotyzmem dziewczyna pokonywała każdą przeszkodę, którą stawiał przed nią mim.
Wokół nich wciąż gromadził się coraz większy tłum. Niemal cały wylot ulicy Chmielnej na Nowy Świat zatarasowany był przez widzów, żywiołowo reagujących na każdy ruch tej dwójki. Mim już jakiś czas temu pogodził się z tym, że nie uda mu się uciec przed Wiktorią, i przestał się bronić. Kontury dwóch odseparowanych od siebie postaci zlały się w jedną ruchomą rzeźbę. W atmosferze intymności nastąpiła pomiędzy nimi jakaś przedziwna komunia i nagle w ciele Wiktorii wybuchł niesamowity pantomimiczny talent. Kołysząc na boki kasztanowymi lokami i raz po raz pozwalając poderwać się do lotu czternastocentymetrowym szpilkom, przelewała ona teraz całą swą zmysłowość na te kilka surrealistycznych scenek. Z podziwu nad jej zdolnościami nie mógł wyjść nawet jej partner. Zapomniał on już dawno o wcześniejszych obawach, a wszystkie jego myśli zaczęły obracać się wokół tego, by ten magiczny występ nigdy nie musiał się kończyć.
W pewnym momencie metaforyczna nić porozumienia, która rozpięła się między ich egzystencjami, przybrała namacalną formę grubej liny. Wiktoria i mim, w jakimś obustronnym uniesieniu dla siebie, zaczęli naraz ją przeciągać – jedna osoba po jednej stronie, druga po drugiej. Dziewczyna jednak nie zamierzała ugiąć się pod naporem stereotypów i nieco wbrew regułom, zamiast sznur ciągnąć, poczęła wzdłuż niego się przesuwać. Jej oczy nie miały już w sobie wcześniejszej delikatności, lecz wyzierała z nich zachłanna chęć zdominowania mima, czego ten w swojej euforii naturalnie nie mógł dostrzec.
– Wiem, że mnie pożądasz. Nie wygrasz z tym – wyszeptała Wiktoria, kiedy ich zaczerwienione twarze były już tylko kilkanaście centymetrów od siebie.
Ściskając kurczowo linę i z całej siły zapierając się nogami o ziemię, dziewczyna niespodziewanie nachyliła się w kierunku mima i już po chwili przylgnęła do jego wymalowanych ust. Od strony gapiów, w powietrze wzbił się wibrujący szum. Jej język powoli wyślizgnął się zza idealnie miękkich warg i zanurzył gdzieś pomiędzy jego zębami. Do Wiktorii raptownie dotarło, że wreszcie dopięła swego i pokonała własną traumę. I tak by pewnie rzeczywiście się stało, gdyby przed oczami mima nagle nie zaczęła przelatywać cała jego przeszłość – pierwsze nieśmiałe występy dla rodziców, emigracja do Francji, zapyziały teatr pod Paryżem, gdzie pierwszy raz wszedł na scenę, nowe przyjaźnie i znajomości, tournée po najwspanialszych miastach Europy, Azji i Ameryki i nagły koniec kariery i powrót na ulicę. Przez cały ten czas, co by się nie działo, nigdy podczas żadnego występu nie uległ podobnej pokusie.
Ta myśl zaważyła. Mim machinalnie cofnął głowę i wypuścił z rąk linę. Naprężone jak struna ciało Wiktorii nagle straciło punkt oparcia. Z pokracznie wystawionym językiem i wyrazem niedowierzania na twarzy, zachwiała się na anemicznych nogach i runęła z hukiem na chodnik.
Mim powstrzymał zbliżający się atak śmiechu i ukłonił się tak samo nisko, jak na początku.
Aplauz, który po tej scenie nastąpił, nie był porównywalny nawet z występami ulicznego grajka, który kilka miesięcy wcześniej wygrał główną nagrodę w telewizyjnym show i który nadal występował nieopodal. Publiczność była wniebowzięta tym zagadkowym duetem. Liczby tygodni i miesięcy, podczas których musieli oni przygotowywać to widowisko, przelatywały rozrzutnie przez głowy widzów, którzy teraz wyskubywali ze swych portfeli ostatnie drobne. A gdy wszyscy już wrzucili do podniszczonego cylindra to, co mieli wrzucić, mim zebrał na plecy cały swój ekwipunek, rzucił niechlujne "dowidzenia" w kierunku wciąż leżącej na ziemi Wiktorii i ruszył przed siebie.