Anna Kokot - W KLATCE Z POTWORAMI (1)

Potwory na co dzień kojarzą się nam bardziej ze światem fantastyki i dzieci, obdarzonych zbyt wielką wyobraźnią, które dostrzegają ich całe hordy tuż przed zaśnięciem w ciemnym pokoju. Moczenie nocne i pełne przerażenia krzyki dochodzące z dziecięcego pokoiku mogą mieć swój początek właśnie w tych meandrach strachu, wyhodowanego pieczołowicie choćby podczas oglądania japońskich kreskówek. „Słownik języka polskiego" podaje, że potwór to „stwór mający kształty odmienne od powszechnie spotykanych w naturze; istota brzydka, odrażająca; straszydło, monstrum, maszkara". Pojawia się także druga definicja – „człowiek zwyrodniały, pozbawiony ludzkich uczuć, lubujący się w okrucieństwach, bezlitosny; okrutnik".  Przyglądam się sylwetce poety Zbigniewa Herberta, którego opatrzę kryptonimem „Potwór z Rovigo". Czy był nim rzeczywiście? Postaram się odpowiedzieć na to pytanie w dalszej części eseju. Zatem... gaszę światło i zaczynamy się bać.   
Nie obawiam się, że zobaczę w Zbigniewie Herbercie pełnokrwistego, rozszalałego potwora, ziejącego ogniem i pełnego demonicznych myśli. Zbigniew Herbert zewnętrznie wcale nie wyglądał na potwora. Dobrotliwa twarz z uśmiechem wykluwającym się gdzieś wewnątrz oczu, mały, chłopięcy nosek, strzecha włosów, sporych rozmiarów uszy i młodzieńczy urok. Ten wdzięk – jak twierdzili jego znajomi i przyjaciele, pozostał w nim do końca życia. Pisarz Aleksander Janta-Połczyński porównywał go raczej do delfina: „Miał coś takiego w inteligentnej twarzy, długiej szyi, pięknych niebieskich oczach. Ale najważniejszy był wdzięk. Zawsze miał masę wdzięku. Tym wdziękiem wszystkich ujmował".  Poza tym nieznacznie kulał na jedną nogę i miał wadę kręgosłupa – czy takie ułomności fizyczne mogą dotykać potwory? Sam Herbert nie za bardzo się sobie podobał – narzekał, że ma za grube nogi, jest krępy i nie wygląda zbyt poważnie. Mimo swoich wątpliwości dotyczących urody - cieszył się zawsze zainteresowaniem płci pięknej. Czyżby to taki bajkowy syndrom „Pięknej i bestii"? Nie, po ukończeniu lat czterdziestu i Herbert zauważył, że stał się bardziej przystojny. Gdzie tu więc możemy szukać prawdziwego potwora? Czyżby był niczym głodny smok wawelski, który codziennie chce, aby podstawiano mu pod nos kolejną owieczkę wypełnioną siarką prawdy, piękna, wierności, by utrzymać płyn humanizmu na stałym poziomie? A może jego dieta jest zbyt jednorodna, żywi się biedaczek zardzewiałymi puszkami ubitej cnoty i wierności ideałom... Cóż – Zbigniew Herbert był zodiakalnym skorpionem, a to specjalistom od magicznych kul i czarów wiele mówi. Rzeczywiście nim był, podobnie jak Leonardo Di Caprio, Julia Roberts czy Demi Moore. Trudno te osoby nazywać potworami. Można co najwyżej mówić o nich, że są potwornie utalentowane. Jednak tajemne księgi pełne horoskopów szepczą mi do ucha, że skorpiony ponoć bywają poligamiczne, zdobywają kobiety po to, by je za chwilę porzucić, są zazdrosne i pamiętliwe, a ich humory znoszą tylko osoby gotowe na ciągłe wybuchy złości. Tutaj moja teoria ulega pewnemu wypaczeniu, bo przecież powszechnie wiadomo, że Zbigniew Herbert w życiu prywatnym nie dzierżył nad głową złocistej aureolki, miał trudny charakter, o czym otwarcie niejednokrotnie po jego śmierci wypowiadała się cierpliwa żona Katarzyna. Przyznawała, że jej mąż nie był łatwy w obyciu, uchodził wręcz za konfliktowego. On sam w wywiadach przyznawał, że zdarza mu się pić, wciąż palił papierosy. Czyż jednak nie każdy z nas skrywa w sobie na dnie duszy mroczną postać potwora, który w sprzyjających warunkach może wyjść z ukrycia i zaatakować? Freudowska podświadomość aż roi się od wynaturzonych mar i demonów, które w codziennym życiu zagłaskaliśmy na śmierć,  otępiliśmy środkami uspokajającymi o nazwie telewizor, telefon, internet. Być może także Zbigniew Herbert żył w symbiozie z jakimś wewnętrznym demonem, którego jednocześnie żywił i nienawidził, drapał za brzydkim uszkiem i kopał w przyrodzenie, gdy ten głośnym ryczeniem nie pozwalał mu napisać ani linijki liryki. Może potwór inteligentnie ujawniał się gdzieś pomiędzy ciasnymi wagonikami sylab w jego wierszach, rzucał się na tory wersetów - wypaczał ich znaczenie, by potem śmiać się z zawstydzonego poety, który został źle zrozumiany przez swoich czytelników.
A niby dlaczego potwór ma pochodzić z sielskiej miejscowości Rovigo, z rejonu Wenecji Euganejskiej, z tego miasta w północno-wschodnich Włoszech, na Nizinie Padańskiej? Tego samego, w którym rozgrywa się zapomniana już dziś opera miłosna o niejednoznacznym zakończeniu „Eleonora z Rovigo", autorstwa Arzeli Ascolego. Po dziś dzień miejscowość ta znana jest przede wszystkim z turystyki. I tak, z tym miejscem związany był także Zbigniew Herbert - autor wydanego w roku 1992 tomiku wierszy „Rovigo". Miejscowość ta była dla niego uosobieniem normalności. Tam ludzie żyli spokojnie, prowadzeni własnym rytmem wyznaczanym przez przyrodę. To według poety takie ciepłe, zwykłe miasteczko, można nieomal powiedzieć, że szare w swej zwyczajności, ale nie jest to dla niego tożsame ze słowem „bylejakość". Owa normalność jest niezwykle atrakcyjna, bo zapewnia duszy odpoczynek i daje możliwość zagłębienia się we wnętrzu własnego serca. Tam zaś właśnie w chwili ciszy człowiek ma szansę zatęsknić – jak to określał w maksymie wybitny prawnik z II wieku n.e – Celsus - do „ars boni et aequi" (czyli sztuki stosowania tylko tego, co dobre oraz słuszne). Moralizm etyczny poety wciąż na nowo nakazywał mu określać się względem takich uniwersalnych wartości, jak zasady „bonum, aequitas, humanitas" (dobra, słuszności oraz humanizmu). To w Rovigo Herbert jadał w przydrożnych barach, zachwycając się smakiem cebuli spożywanej w cieniu dumnego Akropolu. Nie tęsknił w tym momencie za światowymi centrami rozrywki, za wszelkie dzieła wystarczała mu uważna obserwacja ludzi oraz ich otoczenia. Sztuka nie była przedstawiana jako swoisty absolut, ale jako zwyczajny element środowiska. Za to blada codzienność po dziś dzień przywdziewa królewskie gronostaje i siada na tronie tuż przed naszymi oczyma. Herbert pokornie oddał jej pokłon, uznał panowanie tej wszechmocnej metafizyki codzienności. W niewielkich miasteczkach sacrum wyciąga ugodowo przyjacielską rękę w stronę profanum, a przypadkowe wydarzenia rosną szybko niczym drożdżowe babeczki i stają się przeznaczeniem. Ludzie są życzliwi, a także prości w „obsłudze towarzyskiej", nie tęsknią za nieznanym. Wystarcza im to, co już mają. Są pogodzeni ze sobą, a więc są i szczęśliwi na tych odległych kresach prawdziwej kultury.    
Zdesperowana skanuję przyrządem pamięci poszczególne utwory Zbigniewa Herberta i przypominam sobie jeszcze o tych „potwornie" znanych i popularnych. Może w popularności tkwi ich potworność, może pod wpływem wielokrotnego czytania przez wiele osób tych samych wersów, gdzieś pomiędzy nimi wykluwa się zło, jakiś poetycki Obcy. W szkole podstawowej moje pokolenie przerabiało utwór „Kamyk" i pokornie uczyło się, co poeta chciał powiedzieć w tym wierszu. A powiedzieć chciał, że kamień jest czymś stoicko doskonałym, bez wad i duszy, w przeciwieństwie do człowieka. To jednak człowiek, a nie kamień - potrafi czuć i kochać, nawiązywać przyjaźnie i współczuć bliźniemu. Wypalona zawodowo, stara nauczycielka czytała nam też monotonnym głosem „Pana od przyrody". W szkole średniej uczniowie poznają wiersz „Dwie krople", pochodzący z debiutanckiego tomiku poety „Struga światła". Dowiadują się, że Herbert - w odróżnieniu od Tadeusza Różewicza czy Krzysztofa Kamila Baczyńskiego uznawał, iż przeżycia wojenne nie spowodowały zaniku u ludzi zapotrzebowania na uniwersalne wartości moralne i etyczne (czyli patriotyzm, kult prawdy, sprawiedliwość czy piękno). W zeszytach uczniów pojawia się także omówienie wiersza „Nike która się waha", będącego hołdem dla młodego chłopca (z „cierpkim obolem ojczyzny"), który musi zginąć. Młodzież czyta także utwór „Powrót prokonsula", czyli monolog rozdartego wewnętrznie rzymskiego urzędnika, który podejmując decyzję waha się między względami emocjonalnymi a racjonalnymi, a to wszystko poeta pokrywa potężną ilością konfetti ironii. Na przyswajalną przez młodzież papkę przerabiany jest także utwór „Apollo i Marsjasz", oparty na wątku mitologicznym - młodzi ludzie zaczynają rozumieć, że od nieludzkiego ideału estetycznej harmonii większą wartość ma ludzkie cierpienie. Herbert przeciwstawiał się w tym utworze sztuce obojętnej oraz zimnej, niejako ją prowokował, by wyszła poza swoje ograniczenia. Może i dlatego w jego dorobku pojawił się wiersz „Studium przedmiotu", który propaguje całkowicie abstrakcyjny wzorzec piękna, a także utwór „Stołek", w którym w kręgu życzliwego zainteresowania poety znalazł się znany, codzienny przedmiot użytkowy. W głowy uczniów wtłaczana jest również wiedza dotycząca swoistego programu poetyckiego twórcy, zatytułowanego „Dlaczego klasycy". Podpierając się autorytetem Zbigniewa Herberta - nauczyciel wyjaśniał, iż literatura powinna być niezwykle precyzyjna i charakteryzować się dyskrecją oraz powściągliwością w wyrażaniu uczuć. Także sztuka winna poszukiwać tych najtwardszych i jednocześnie najprostszych wartości, jakie posiadali starożytni, a które człowiek w toku ewolucji zwyczajnie zagubił. Kolejny utwór pojawiający się niczym duch na lekcjach języka polskiego w szkole średniej to „Pieśń o bębnie". Instrument muzyczny przedstawiony został jako demoniczny symbol. Stał się źródłem dźwięku, który każdemu przywodzi na myśl marsz. Jak ostrzegał poeta, może on doprowadzić ludzkość do zagłady, bo tak naprawdę jest to systemem totalitarny, który chce zdławić swą muzyką nieświadomą niczego jednostkę, bezwolnie kroczącą ku przepaści. Pesymizm wdarł się także między wersy wiersza „Ze szczytu schodów", gdzie wyraźnie widać, że autor stracił zaufanie do społeczeństwa – zauważył, iż ono całkowicie pogodziło się już z rzeczywistością społeczno-polityczną. Tekst „Raport z oblężonego miasta" stał się apelem o zachowanie godnej postawy w okresie próby i mocowania się z takimi wartościami, jak godność, tożsamość narodowa czy indywidualizm. Poeta nieomal z ręką na sercu obiecywał czytelnikowi, że człowiek może uratować swój honor nawet pośród zdrady oraz nieludzkiej przemocy. W wierszu „Potęga smaku" - poeta wyjaśniał odbiorcy dlaczego nie zgodził się na uznanie w swej twórczości istnienia socrealizmu. W jego odczuciu był on bowiem zbyt prymitywny, prostacki, a w związku z tym nieestetyczny, a jak wiadomo – estetyzm urósł w twórczości Herberta wprost do programu poetyckiego, a sformułowanie tytułowe „potęga smaku", na stałe weszło do naszego narodowego języka moralności. Socrealizm to zbytnie upraszczanie mowy, która zbudowana jest na bezustannie, bezmyślnie powtarzanych tautologizmach. Poeta czuł się wręcz zniesmaczony komunizmem. I ten niesmak potwierdził także w wierszach, których bohaterem uczynił „Pana Cogito". Już sama nazwa łatwo wpada w uszy odbiorcy, może więc i dlatego uczniowie zwykle tę postać najszybciej łączą z poetą. Pokazała ona czytelnikowi stanowisko autora - człowiek zawsze powinien być w centrum zainteresowania, chcąc zaś go bliżej poznać - należy stosować różne metody badawcze. Żadne zmiany okoliczności nie powinny prowadzić do zarzucenia ideałów. Członkowie społeczności powinni posiąść umiejętność uczenia się na błędach przodków.  Zdaniem badaczy literatury Pan Cogito miał swoich poprzedników – między innymi „Pana Teste" Paula Valéry’ego oraz postać z dzieła „Niejaki Piórko", którego autorem jest  Henri Michaux.
Pan Cogito to postać wykreowana na pożywce kartezjańskiej sentencji „Cogito ergo sum" – myślę, więc jestem. Kieruje się więc w życiu rozumem, ale taka postawa wbrew pozorom nie gwarantuje mu powodzenia. Co więcej – wydaje się, że aktywny proces myślowy zwiększa ilość pułapek, jakie zastawia na niego życie. Jeżeli przyjmiemy, że rozum potrafi być prawdziwym potworem – to owszem, rozum Zbigniewa Herberta na miano potwora zasługuje z całą pewnością. Nawet najwybitniejszy umysł może płatać figle sercu, innym ludziom, a nade wszystko samemu właścicielowi. Stąd czasami zauważamy, że poeta identyfikował się z tym smutnym Panem Cogito, a czasami wyraźnie dystansował się od niego, dzierżąc szablę ironii. Wraz ze swoim bohaterem uparcie poszukiwał jednak skarbu prawdy, nie zważając na to, gdzie aktualnie przebywał. W wierszu „Przesłanie Pana Cogito"  otwarcie wyłożył zasady, jakimi kierował się ów bohater. Współczesny człowiek winien zawsze demonstrować swą moralność, wciąż pokazywać dobre świadectwo z czerwonym paskiem ze swego człowieczeństwa oraz bezkompromisowości – „(...) idź wyprostowany wśród tych co na kolanach". Nie powinien nigdy wątpić czy wybrał słuszną drogę, nie może się poddać, musi wciąż na nowo odrzucać wszelkie kalekie postawy, które przybierają swoiste duchy rozmydlonej cnoty. A siłą ma być gniew i siostra pogarda. Heroizm moralny to plecak, z którego nieustannie powinniśmy wyciągać amunicję, jednak ta ambitna postawa nie może nikogo wpędzić w samouwielbienie – stąd potrzeba dystansu do siebie („oglądaj w lustrze swą błazeńską twarz/ powtarzaj: zostałem powołany – czyż nie było lepszych"). Zakłamana rzeczywistość w ostatecznym rozrachunku nie może zatriumfować, choć ona pokona tego samotnego bohatera, noszącego w sercu wielkie słowa i wzorującego się na znanych postaciach z przeszłości. Odważnego człowieka czeka „chłosta śmiechu zabójstwo na śmietniku", a potem przyjęcie do dostojnego grona „zimnych czaszek" swoich znamienitych przodków – Gilgamesza, Hektora, Rolanda. Zostanie po nim tylko godność i tożsamość. Ów tekst stał się swego czasu hymnem polskiej opozycji politycznej, nazywany bywa także dekalogiem człowieka XX wieku, osadzonym w tradycji antycznej i chrześcijańskiej.
W utworze „Pan Cogito – powrót", tytułowy bohater stapia się z losem Polaków lat osiemdziesiątych XX wieku – tych, których stan wojenny zastał poza krajem. Historia postawiła przed nimi dramatyczną alternatywę: wracać czy zostać. Wybór którejś z opcji był obarczony sporym ryzykiem błędu, gdyż wiedza o stanie wojennym za granicą była nader skąpa. Informacje wydostające się z naszego kraju były często filtrowane i modyfikowane. Pan Cogito odważnie postanawia jednak wrócić. Czuje bowiem, że nic tak naprawdę nie wiąże go z aktualnym miejscem pobytu, może tylko parę drobiazgów. Swój stosunek do tego miejsca nazywa życzliwą obojętnością. Z krajem łączy go zaś cała przeszłość. Powrót jednak oznacza wybór braku szczęścia. Pan Cogito – ten, który kieruje się rozumem, próbuje swoją dramatyczną decyzję uzasadnić, ale nie czyni tego w sposób przekonujący. Używa nieporadnie argumentów racjonalnych, gdy tak naprawdę górę biorą nad nim emocje. Herbert wykazał w tym utworze, że jako poeta nie dopuszcza istnienia moralnych kompromisów, jest wyznawcą moralnego absolutyzmu.  Tego wymagał od siebie, tego wymagał od innych. Uważał, że los cywilizacji zależy właśnie od zajmowania przez ludzi sztuki wyraźnych, określonych stanowisk moralnych, które będą odporne na modyfikacje i przeobrażenia pod wpływem niesprzyjających okoliczności. Artyści według poety muszą być zaszczepieni przeciwko ideologiom, sączonym przez komunistycznych inżynierów dusz ludzkich. Jak twierdzili jego znajomi – sam autor wydawał się być człowiekiem, który odpowiada wyłącznie przed swoim sumieniem. Według amerykańskiego poety Roberta Hassa - Herbert tworzył tak, jakby „zadaniem poety w świecie głośnych kłamstw było powiedzieć zrównoważonym głosem to, co jest nieodwołalnie prawdą". A czy prawda może być potworna? Oczywiście, może. I może beznamiętnie pożerać słabych i tych wszystkich, którzy nie potrafią się przed nią obronić. Ale może również nieść wyzwolenie i w konsekwencji zawsze prowadzi do pomyślnego finału. Tylko ona przecież wyzwoli, tylko ona zawsze nas wyzwoli. Tego w końcu uczył Herberta jego mistrz – filozof, któremu poświęcił pełen czułości wiersz „Do Henryka Elzenberga".
Jeżeli uznamy, że wśród twórców i artystów o byciu potworem decyduje stosowanie przez nich skomplikowanych i trudnych do rozszyfrowania figur stylistycznych, to poezja Zbigniewa Herberta nie mogła z pewnością wychodzić spod pióra potwora gramatyki oraz ortografii. Stosował najczęściej wiersz wolny, pozbawiony rymów, na ogół unikał także  znaków interpunkcyjnych. Z mocnym szkłem lupy albo lepiej z mikroskopem - szukać można u niego kropek czy przecinków, czasami brakuje nawet wielkich liter. Nad większością wierszy rozpościera się natomiast ochronny daszek tytułu, więc czytelnik bezpiecznie może się pod nim schować i odpocząć, zanim rozpocznie zgłębianie tekstu poetyckiego. Pośród nielicznych, wyważonych słów, pełnych pozornego emocjonalnego dystansu, trudno jednak o wypoczynek, gdy wokoło skaczą wysoko jak pchły epitety, metafory czy przemykają szczupakiem przerzutnie. Nie brakuje także przenośni oraz porównań, a najczęściej stosowaną formą wiersza jest poetycka parabola, charakteryzująca się swoistym schematyzmem fabuły, uproszczoną konstrukcją postaci, selekcją realiów oraz obiektywnym narratorem. Herbert był rzecznikiem dyskrecji i intymności w wierszach, chłodnej powściągliwości oraz umiaru estetycznego, postulował istnienie w poezji formy oszczędnej i klarownej, rzadko używał pierwszej osoby liczby pojedynczej. Operował wywrotkami humoru, a przy tym chętnie przywoływał mitologiczne opowieści, dzieła sztuki, postacie oraz wydarzenia historyczne i czynił z nich materię poetycką. Przewrotnie potrafił jednak także obsługiwać mechanizm demitologizacji, gdy starał się odrzucić kulturowe nawarstwienia, zdrapać z nich cienką warstewkę przeszłości, która wcale nie jawiła mu się jako coś odległego i ostatecznie zamkniętego. Był niezwykle nieufny wobec krytyków i krytyki, w zasadzie wielokrotnie podkreślał, że zależy mu przede wszystkim na tym, by zrozumieli go odbiorcy, zwykli ludzie, którym nieobca jest miłość do ojczyzny, umiłowanie honoru. W tamtych czasach różnica pomiędzy krytyką a cenzurą była bowiem niezwykle cienka, można by wręcz powiedzieć – zacierała się. Zabiegi cenzorskie niejednokrotnie łudząco przypominały klimat rzeźni w godzinach roboczych. Herbert chciał, by go czytano, słuchano, próbowano zrozumieć i poznać. Cechowała go wielka – znów chciałoby się rzec – potworna dyscyplina myśli i wyobraźni, stąd jego wiersze mają wybitnie intelektualny, erudycyjny charakter. Są trudne, gdy autor podejmuje tematy ontologiczne, ale jednocześnie ten wyciszony i skupiony ton jest tylko pozorną maską. Sprawia on jednak, że od czytelnika twórca wymaga już pewnego poziomu przygotowania, nie każdy może od razu zrozumieć pierwotne znaczenia i ukryte wątki. Herbert nie udaje w swej liryce kogoś, kim nie jest, nie sili się na kaznodziejski ton, nie przemawia głosem tysiąca potworów, nie narzuca się czytelnikowi. W wierszu „Hymn Fortynbrasa" nie odpowiada wprost na pytanie, która postawa  jest godna naśladowania – marzycielskiego, wciąż wątpiącego, żyjącego ideałami Hamleta czy Fortynbrasa, brutalnego wojownika, człowieka bardziej czynu niż słowa. Staje jednak zawsze po stronie pokrzywdzonych, jest wrażliwy na konflikty moralne swojej epoki. Jako narrator znajduje się jakby w tle, ale wnikliwa dusza niejednego czytelnika potrafi go dostrzec. Podmiot liryczny (najczęściej nie będący samym autorem) zadaje pytania, zawiesza je na niewidzialnych hakach nad głową czytelnika, dzieli się odczuciami i myślami wielu ludzi. Co ciekawe - wybór podmiotu lirycznego decyduje o charakterze naszych odczuć względem niego – to czytelnik decyduje: możemy się z nim wściekle kłócić, bądź też pokornie zgodzić. Język jego dzieł uruchamia kilka znaczeń jednocześnie: znaczenie pierwotne, podstawowe ulega rozszerzeniu, autor w ten sposób stara się określić jakąś wszystkim znaną, ogólną prawdę. Trzeba pamiętać, że każde słowo w wierszu miało dla niego bardzo duże znaczenie. Zanim podał kolejny utwór do przepisania swojej żonie – wytrwałej, cierpliwej sekretarce, długo skreślał go, poprawiał, zmieniał. Często pisał wiersz od końca, od ostatniego wersu czy dwóch - bywało, iż zaczynał zdanie, które stawało się zaledwie środkiem utworu. Jednocześnie drżał przed próbami oskarżenia go o patos, choć wiedział, że czasami jego poezja niebezpiecznie balansowała na krawędzi wzniosłości. W wierszach operował trzema kategoriami: wydziedziczenia, ironii oraz wierności. Ironia była z jego strony formą solidarności, ofiarowała człowiekowi wyzwolenie spod władzy wszelkich komunałów, pomagała zrozumieć świat oraz żyć w sposób godny. To on, ów Książę Poetów, wprowadził także do polszczyzny jakże znaną formułę, która stała się naszym jakby jedenastym przykazaniem: "Bądź wierny Idź". Wierzył, że nawet zawierucha wojenna i prześladowania nie mogą zatrzeć w człowieku piękna oraz etyki. Miał przez całe życie wyrzuty sumienia, że przeżył wojnę, a inni zginęli (choćby Tadeusz Gajcy czy Krzysztof Kamil Baczyński). Nie potrafił także pogodzić się z tym, że jest już za stary, by nosić broń i walczyć jak inni. Pomimo wewnętrznych rozterek i żalu za straconymi okazjami, poczuwał się do tego, by wciąż stać na straży uniwersalnych wartości, o które inni wycierali z pogardą ubrudzone zdradą ręce. W swojej poezji stał się depozytariuszem skarbu ideałów. O tym, jak bardzo jego poezja była charakterystyczna, jak wyróżniała się na tle innych, świadczą słowa noblistki Wisławy Szymborskiej, która po śmierci poety w jednym z wywiadów powiedziała, że można było ręką zasłonić nad wierszem nazwisko jego autora, a i tak tekst Herberta zawsze był rozpoznawalny.  
Uwaga, oto jakiś potwor wyłania się z jego wierszy! Osobisty, nieomal udomowiony. Potwór wszystkich osób doświadczających okrucieństwa hitleryzmu oraz socrealizmu: totalitaryzm. Wynurza się z gładkich toni jego utworów, szczerzy kły, zionie ogniem zniszczenia wszelkich ludzkich, społecznych zasad. Herbert poświęcił mu wiersz – „Potwór Pana Cogito". To twór pozbawiony wymiarów, wymykający się definicjom. Pan Cogito chce z nim walczyć „na ubitej ziemi", zaatakować fizycznie. Zmaga się jednak zaledwie z nicością i bezkształtem. Mimo to taka aktywna postawa znajduje uznanie w oczach poety. Jednak Pan Cogito na zawsze już pozostanie na kartach jego tomików wierszy uosobieniem rozdarcia między poczuciem rzeczywistości a pragnieniem chwały. Miotać się będzie do końca świata, stojąc nad przepaścią, która tak naprawdę dopiero pozwala doceniać zwykle życie („Przepaść Pana Cogito"). Cnota zaś od paru wieków wydaje się pokrywać kurzem, pachnie przecież stęchlizną, ludzie na jej widok niechętnie odwracają wzrok, bo nie przypomina Liz Taylor ani Bogini Zwycięstwa („Pan Cogito o cnocie"). Tymczasem poeta wspominał „ręce swoich przodków", które nakazywały mu walczyć, urabiały go jak ciasto chlebowe, by każdy mógł posmakować pysznej, świeżej kromki prawdziwego człowieczeństwa.
Prywatny potwór Zbigniewa Herberta wciąż dawał o sobie znać nie tylko pod postacią choroby - depresji z fazami obniżonego nastroju i silnego pobudzenia. Tego potwora dostrzegało wyraźnie jego otoczenie. Tomasz Jastrun dostrzegał u niego „niezłomność, pogardę dla kompromisu i cholerny temperament". U Herberta wyraźnie dało się u niego zauważyć postawę nonkonformistyczną. Jednak tuż przed śmiercią, gdy był ciężko chory -powrócił do Polski, a jego potwory na stałe wyszły na światło dzienne. Czuł się wobec nich bezsilny, nie znajdował należytego oparcia wśród przyjaciół i znajomych, którzy najchętniej widzieliby go tylko niemego na cokole. Kraj go rozczarował, otwarcie przyznawał, że czuje się tutaj jak nie u siebie. Zmiany dokonujące się po czasie „okrągłego stołu" nie satysfakcjonowały go, przed jego oczyma rozgrywała się swoista „hańba domowa", w której nie chciał brać udziału. Ale w końcu i jego wewnętrzny potwór zaangażował się w rozgrywki polityczne.  

Wydawca: Towarzystwo Inicjatyw Kulturalnych - akant.org