• +48 52 321 33 71
  • akant24@wp.pl

    Jan Strękowski - Oblatywanie budyniu

    Był rok 2010. Wybory prezydenckie, przyspieszone przez katastrofę smoleńską, wywołały masę komentarzy internautów. Zwrócił wtedy moją uwagę jeden wpis, a raczej pytanie dotyczące konsekwencji pewnej hipotetycznej sytuacji wyborczej. Jego autor rozważał całkiem poważnie, co się stanie, kiedy w drugiej turze wyborów prezydenckich, do której przeszło dwu kandydatów (Jarosław Kaczyński z PiS i Bronisław Komorowski z PO), żaden nie uzyska 50% głosów. Pytanie podpisał „Oblatywacz budyniu". I jest to podpis znamienny.
        Kiedy zastanawiałem się, dlaczego pytanie „Oblatywacza budyniu" nie spotkało się z właściwą reakcją internautów, nie myślałem jeszcze, że niejeden raz przyjdzie mi usłyszeć czy przeczytać podobne brednie.
    Kolejny przykład. Pewna pani, która stara się o pracę, pyta, jaka jest najniższa średnia krajowa. Nie wywołując tym pytaniem zbytniego zdziwienia, nawet prawników, którzy z całą powagą odpowiadają jej, ile ta... najniższa średnia wynosi. I nic nie pomagają protesty jednej z internautek, podpisującej się Zołza, która uparcie twierdzi, że średnia to średnia, nie może być więc najniższej średniej, bo taka średnia to brednia. Pytająca czuje się urażona tymi... insynuacjami. Ona przecież wie, że istnieje średnia średnia, średnia najwyższa i średnia najniższa. Skąd wie? Nie wiemy, może nauczyła się w szkole, może z telewizji, może przeczytała gdzieś w prasie? Wszędzie mogła się natknąć na te rewelacje.
    Polska to kraj „Oblatywaczy budyniu". I niejedno podobne odkrycie jeszcze nas czeka. Wystarczy włączyć radio i posłuchać, co odpowiadają na najprostsze pytania chcący wygrać oferowane im byle co, rodacy. Włosy się jeżą, może dlatego w naszym kraju większość mężczyzn goli głowy na łyso? Była kiedyś sobie niewielka rozgłośnia, nazywała się „Radio Jazz". Na paśmie zajmowanym przez tę rozgłośnię nadaje dziś „Radio Chilli" czy coś w tym rodzaju, ze zwykłą sieczkę muzyczną, podobną do oferowanej przez większość stacji. „Radio Jazz" było inne, oprócz jazzu nadawało audycje na tematy, by tak rzec, sąsiednie, m.in. był tam program poświęcony rock’n’ rollowi, prowadzony z wielkim znawstwem przez prof. Andrzeja Śródkę, historyka nauki w PAN i historyka medycyny z UJ, obecnie prowadzącego w Akademickim Radiu Kampus audycję „Archipelag Rocka". Profesor, jak to jest w modzie we wszystkich rozgłośniach, a może zobligowany przez szefostwo, pod koniec programu zadawał słuchaczom dotyczące przedstawianej przez siebie muzyki lub muzyków pytanie. Trafna odpowiedź miała być nagradzana książką lub płytą. Czyli standard. Tak jak standardem jest w tego typu konkursach, że zwykle nikomu z dzwoniących na takie pytanie nie udaje się odpowiedzieć prawidłowo. Bo i nie o to chodzi. Wszyscy wiedzą, że wystarczy wysiłek w postaci wykręcenia czy wystukania numeru stacji. Potem trzeba powiedzieć byle co, licząc na to, że sam wysiłek dodzwonienia się (przy natłoku dzwoniących) wystarczy. A jednak nie standard. Bowiem profesor nie akceptował odpowiedzi mających się do jego pytania jak przysłowiowy piernik do wiatraka. Nic dziwnego, że każdy kolejny konkurs kończył on coraz głębszym zdziwieniem i coraz bardziej ponurym zapewnieniem: – No może następnym razem komuś uda się odpowiedzieć prawidłowo.... Poziomu jednak nie zaniżał, fantów za byle jaką odpowiedź nie rozdawał i po jakimś czasie jego ciekawa audycja... znikła z anteny.
    A znikła dlatego, że dzwonili do niego tylko i wyłącznie... Oblatywacze budyniu, tacy, którzy bez wstydu wygłoszą każdą brednię i w innych stacjach za te brednie zostaną nagrodzeni. Nie spodziewali się więc, że trafią na Ostatniego Mohikanina prawdziwej wiedzy w osobie profesora Śródki.
    To nie jedyny przykład Oblatywania budyniu. Także w prasie oblatywaczy co niemiara. Podekscytował mnie mocno pewien prasowy tytuł: „I znów krwawa bitwa pod Olszynką". Tekst w „Życiu Warszawy" mówił o mającej się nazajutrz odbyć rekonstrukcji bitwy w Olszynce Grochowskiej, która miała miejsce 25 lutego 1831r. Bitwy zwycięskiej, w której słabsze liczebnie wojska polskie pod wodzą gen. Józefa Chłopickiego dały łupnia... komu? No właśnie, komu? Oddajmy głos autorowi artykułu: „Ponad 200 rekonstruktorów z grup historycznych wystąpi w strojach z epoki, po stronie polskiej i bolszewickiej."
        Człowiek uczy się historii przez całe życie. Ten, kto myślał, że pod Olszynką walczyli z nami Moskale jest jak widać w błędzie. Walczyli z nami... bolszewicy, pod wodzą feldmarszałka Iwana Dybicza, na szczęście przegrali. Bo co byłoby z Warszawą, gdyby nie ten pierwszy Cud nad Wisłą?
    Kiedy to czytam, przypomina mi się znany wierszyk, po raz pierwszy wydrukowany w warszawskim „Kurierze Świątecznym" z 7 listopada 1869r. pod znamiennym tytułem: „Rys historii powszechnej do użytku młodzieży salonowej", potem wielokrotnie przedrukowywany w różnych wersjach i pod różnymi tytułami, m.in. w 10 lat później we lwowskim piśmie satyrycznym „Szczutek", pod tytułem: „Wykład historii dla panien". Od słów pierwszego wersu znany jako: „Kiedy Kara Mustafa..."
    Wiersz jest bardzo długi, zacytuję tylko pierwszą zwrotkę, która daje pewne pojęcie o jego dalszej zawartości:
    Kiedy Kara Mustafa, wielki wódz Krzyżaków,
    Szedł ze swymi wojskami przez Alpy na Kraków
    Do obrony swych granic będąc zawsze skory,
    Pobił go pod Grunwaldem król Stefan Batory...
    W dawnych czasach, kiedy jeszcze „Przekrój" był „Przekrojem", do ulubionych lektur jego czytelników należała rubryka „Humor z zeszytów szkolnych". Były to wypisy, najczęściej przysyłane przez polonistów, pochodzące z wypracowań pisanych przez uczniów. Choćby taki: „Konopnicka żyła od urodzenia aż po śmierć", albo taki: „Prostokąt różni się od kwadratu tym, że raz jest wyższy, a raz niższy". Były to jednak przeważnie lapsusy, nieporadności językowe, czy stylistyczne. Ich autorzy nie musieli wcale wyrosnąć na Oblatywaczy budyniu. Wydaje mi się, że dopiero w wolnej Polsce obrodzili oni masowo, opanowując wszystkie media, łącznie z najbardziej powszechnymi, czyli telewizją i internetem.
    Przez wiele lat myślał, że o ogórkowej wie już wszystko...
    – wołają reklamy skierowane do rzeszy Oblatywaczy budyniu, którzy są przekonani, że wiedzą wszystko, przynajmniej o budyniu. Co znaczy, że ich wiedza jest porównywalna z tak pożądaną przez naukowców Ogólną Teorią Wszystkiego.
    Na trasie między Rzeszowem i Krakowem pociąg mija miejscowość o obiecującej i skłaniającej do myślenia nazwie „Będziemyśl".
    Pociąg pełen Oblatywaczy Budyniu. Jaka więc ta myśl będzie?
    Byle nie taka, jak w telewizyjnej reklamie.

    Z archiwum

    Piotr Grygiel - Fokus fizjograficzny – magia czy irracjonalizm?

    Wstęp
    Nosić głowę wysoko to nie tylko lub nie dokładnie objaw cechy antropomorficznej. To nie tylko „pustogłowie" lub zadomowiony tik nerwowy. To coś więcej. U homo sapiens mieć oczy dookoła głowy to przysłowiowe wszechwidzenie, subspostrzegawczość, domena – marzenie owej głowy. Oczy człowieka są bodaj najważniejszym organem zmysłu postrzegania – wrotami dociekania rozumowego zjawisk nas otaczających, dotyczących także nas samych. Natomiast proces poznawania, rozumowania owych zjawisk, ze względu na spektrum doznań, fascynuje otwierając nieskończone możliwości poznawcze.
    Piszącemu poezję przyjemnie jest w tym miejscu użyć określenia w rodzaju: „nosić głowę
    w chmurach". To swoiste sacrum wyznaniowe. Jeśli głowa w nich, to jakby być i nie być. Zawisnąć w przestrzeni, być bytem nierealnym. W chmurach, co też nietrwałe
    i nieprzewidywalne. Jakby dwa byty w nierzeczywistości. Natomiast tak naprawdę zatapiamy wzrok, lustrujemy, wodzimy, przenikamy itd. w przestrzeni zjawiska lub obiekty nad naszymi głowami. My zwykli śmiertelnicy. Chyba, że wystrzelą nas w kosmos lub polecimy statkiem powietrznym w obszar naszej penetracji. A wówczas to już  tylko moje wierszowe:

       Wizje stokrotne                    
       - fullereny niebiańskości                

     Moja starożytność to gulgająca niepokojem        
                   wielka niebiańskość z rozrzuconą promieniście        
     koroną basilensa w potędze woni kadzideł        
                  raczkującej dwoistości – kaprysu chwil        
             poczętych miechem wiatru                
                 niedookreślona skrycie przeobrażona            
                 stokrotnie pulsująca kolumnami rozświetlonych        
                  sensów bezpiecznych wkad pod firmamentem        
                  wyrastającej niepewności gdzie uparta strzyga        
                            zasiadła w katach powiek                
                              a suburbium pozbawiało stanów spoczynku        
            późniejsze zaś dotknięcie nieodległej            
           starożytności odmitologizowanej w pieluchach        
                wypranej miłości to już centrum gwieździstego        
                 zbiegu ulic przygasających lampionów            
    \                            - fullerenów mojej obecności                

    Doza spektralna
    Chmury są jedną z najpiękniejszych form spotykanych w przyrodzie. Od lat były obiektem zachwytu i fascynacji. Urzekały, wywoływały lęk i trwogę. Od wieków uznawano je za objaw łaski i niełaski. Stwórcy karzącego i nagradzającego ziemskich śmiertelników, a ich ulotne dostojeństwo, piękno, nieskończona zmienność, stawała się przedmiotem rozważań marzycieli i uczonych. Pod chmurami my, a nad nimi wyżej i wyżej to już tylko aniołowie, tajemna moc, i dociekania. Fizyczne  przenikanie tych warstw jest dane ciągle nielicznym, zwłaszcza wysokich form chmurowych, przekraczających warstwę tropopauzy, sięgających aż do granicy dolnej stratosfery, czyli wysokości blisko 20 km nad poziomem ziemi.
    Czy nasz wzrok, w sensie doskonałości soczewkowej natury, sięga wyżej? Otóż, tak. Jednakże, zajmującym się zjawiskami pogody, wystarczy obserwacja „jądra" przestrzeni nad głową, tzn. stosunkowo cienkiej warstwy nadziemnej zwanej troposferą do jej granicy, czyli tropopauzy, mającej styk z obszerniejszą stratosferą (w niej znajduje się zbawienny dla życia ozon).
    Oczywiście, przepowiadaczom pogody, do których zalicza się piszący niniejszą rozprawkę, by wyczerpać minimum błędu w diagnozie, potrzebna jest obszerna wiedza na dany temat.
    W skład wiadomości wchodzą: przygotowanie teoretyczne zweryfikowane poprzez lata praktyki oraz pozytywna ocena wiedzy wydana przez uznane autorytety przedmiotu; w moim przypadku był to prof. dr Marian Molga, a także znany z poznańskiego radia „Merkury" dr M. Karliński. Obserwować  - trzeba wiedzieć co, kiedy, w jakiej kolejności, do czego przywiązywać większą lub mniejszą uwagę, hierarchizować zdarzenia, zapisywać, analizować, wnioskować i starać się tworzyć zjawiska wyprzedzające hipotetyczne (krótkoterminowe i w większej rozciągłości czasowej). A, że pogoda „kipi" nawet w okresie bezchmurnego, słonecznego dnia, wiedzą nie tylko znawcy przedmiotu. Ta świadomość winna przyświecać obserwatorom – przepowiadaczom. Pogoda na kuli ziemskiej to jeden zwarty, czyli powiązany ze sobą cykl – szyfr zmienności, na który to wpływ ma szereg zjawisk innych gatunkowo i odległościowo. Nie wystarczy tu obracanie głowy wokół wodząc oczyma, pomocne są akcesoria techniki wizualnej przedstawiające układy baryczne, także podstawowe dane – zmienne mające bezpośredni wpływ na ów wahliwy układ (proces dynamiczny – ciągły). W szerszym (pełniejszym) zakresie jest to introspekcja zachowania się zwierząt, roślin, etc. słowem – ekosystemu, szczególnie tych jego przedstawicieli będących w sposób szczególny podatnych na zmiany czynników pogodowych. Im więcej czynników składa się (szyfruje) nam na określoną „układankę" tym prawdopodobieństwo trafienia – przewidzenia pogody wyższe. Jednakże nie jest to warunek zasadniczy. Nie zgadzam się tu z tezą wypowiedzianą przez niektórych zawodowych meteorologów, że zrozumienie podstawowych mechanizmów rządzących pogodą wystarczy aby przewidzieć ją lokalnie. Mechanizmy lokalne i globalne bowiem wzajemnie się przenikają.
    Chmury bezpośrednio odzwierciedlają dynamikę atmosfery, są wizualnym odbiciem różnorodności zawirowań konwekcyjnych będących wynikiem zmian ciśnień, wilgotności, temperatury, etc. Już w starożytności uważano je za symbol niepokoju i potęgi natury. Grecki komediopisarz Arystofanes w 420r. p.n.e. określił je jako „boginie mecenasa bezczynnych ludzi". Kobieca zmienność nastrojów przez wielu mężczyzn od wieków porównywana była do wielu czynników egzogennych. Podobieństwa do chmur, z wyjątkiem wysubtelniałych form, raczej unikano, częściej nadużywając słońca, jako ciepłego oddechu serca. Chmury jako twór wyjątkowej ulotności i niestałości zmieniają swój wygląd w każdej sekundzie. William Szekspir w Antoniuszu i Kleopatrze napisał: ich kształty ukazują się „tak niewyraźnie jak woda w wodzie".

    Jerzy Suchanek - Między białymi skarpetkami, a białymi dywanami

    Każda kolejna książka Stefana Pastuszewskiego umacnia moje przekonanie, że mam do czynienia z pisarzem wyjątkowym, bo nie robiącym artystowskich uników przed koszmarami naszej rzeczywistości. Podobnie jak w zbiorze opowiadań „Coś się kończy, coś się zaczyna...”, Pastuszewski w książce „Trumna nie ma kieszeni” sięga tam, gdzie współczesna proza polska najczęściej nawet nie zagląda z obawy przed popełnieniem „grzechu” niepoprawności politycznej lub z braku wrażliwości na koleje życia tzw. zwykłych ludzi (zwykłych, bo np. nie będących ani artystami przez duże „A”, ani kochającymi inaczej, ani jakąkolwiek inną mniejszością, byle społecznie agresywną).

    Zazwyczaj nie zwraca się na to uwagi - w końcu lektura prozy Pastuszewskiego jest zajęciem frapującym przede wszystkim ze względu na treść, a nie formę - że język, którym posługuje się autor „Proboszcza”, to specyficzna odmiana polszczyzny. Słuchamy jej, ale nie słyszymy - często bowiem sami już mówimy taką polszczyzną. Nie ma nic bardziej zaraźliwego niż sposób mówienia, a raczej wysławiania się. Wszyscy usiłują mówić tak, jak wyobrażają sobie, że kiedyś (czyli zanim ukończenie studiów wyższych stało się intelektualnie łatwiejsze, niż zdobycie w XIX wieku czeladniczych umiejętności rzemieślniczych) mówili ludzie wykształceni. Ponieważ jednak w społeczeństwie, które wydało tylu mistrzów słowa (od Kochanowskiego po Miłosza), czytanie dzieł tych mistrzów, czy w ogóle literatury pięknej,  uważane jest za coś uciążliwego i zbędnego, wysławia się ono tak, jak się wysławia. I obecnie ludzie uważający się bez spuszczania oczu za wykształconych, bo mają to udokumentowane na świadectwach dojrzałości, dyplomach licencjackich i magisterskich, mieszają to, co wydaje im się poprawną polszczyzną, z lokalnymi „gwarami” wiejskimi, miejskimi i specyficznym językiem codziennych gazet i mediów elektronicznych oraz bełkotem polityków (który jest postdemokratyczną wersją peerelowskiej nowomowy - a ta swój udział w języku współczesnym też ma niemały). Pastuszewski nadaje tej mowie III Rzeczpospolitej jedynie niezbędny szlif stylistyczny i frazeologiczny. Odmiennie jednak niż np. Maciej Malicki, który z poziomu powierzchni zdarzeń, również językowych, próbuje odnajdywać sensy egzystencjalne, wskazywać pęknięcia w „skorupie”, przez które czytelnik może (jeśli potrafi) zajrzeć w głąb. Autor „Dwunastu pań i panów w lusterkach” nie zajmuje się rejestracją zjawisk na styku języka i świata, on się tym językiem posługuje, nie tylko jako wszystkowiedzący narrator. Również odtwarza go w mowie bohaterów tej prozy.

    O nie, ten język nie jest bezbarwny - między białymi skarpetkami, od których główny bohater pierwszego opowiadania pt. „Nadzieja” zaczynał, a białymi dywanami, wśród których kończy, jest spora paleta różowości wymieszanych z szarościami. Sukces materialny okazuje się fiaskiem w obliczu doświadczenia ostatecznego, jakim jest śmierć. Bohater tego opowiadania ostatecznego pocieszenia nie szuka we wspomnieniu ciekawego życia, czy w synu (ten zresztą jest utracjuszem i zdaje się właścicielowi białych dywanów nie synem-następcą, lecz synem-konkurentem), lecz w informacji o aktualnych kursach walut. Umiera, dzwoniąc po księgowego. To jego jedyna nadzieja. Innej zresztą być nie może w takim systemie wartości, w którym rozrastające się atrapy szczęścia (od skarpetek do dywanów) nie pozostawiają miejsca na emocje i uczucia bardziej skomplikowane, niż samozadowolenie z zamożności. Czy taka jest cena ograniczonego i specyficznego „sukcesu” gospodarczego III Rzeczpospolitej? U jej początków nieracjonalnie i utopijnie mogło wydawać się, że kombinatorzy w białych skarpetkach bardziej niż białych dywanów będą pożądać białych kruków...  Pastuszewski dobija to złudzenie. Arystokracja pieniądza w znanej nam rzeczywistości nigdy nie stanie się arystokracją ducha. A arystokracja ducha nie sięgnie po fortuny i tym samym zostanie zmarginalizowana. Chyba że weźmie się za realizacje konkretnych interesów politycznych, najczęściej sprzecznych - z obśmianym przez nią - dobrem narodowym. „Nadzieja” jest najkrótszym opowiadaniem w tomie, ale ewokuje skojarzenia, a za nimi rozważania wykraczające daleko poza standardowy namysł nad utworem literackim. Swoistym dopełnieniem „Nadziei” jest opowiadanie „Papier toaletowy”, opisujące kilka godzin z życia emeryta, któremu brakuje środków na zaspokojenie podstawowych potrzeb, takich jak ogrzanie mieszkania w zimie, zakup najtańszej żywności i... papier toaletowy. Winien tu jestem krótkie wyjaśnienie dla młodych czytelników. W czasach peerelu papier toaletowy był „dobrem” deficytowym. Trudno go było „zdobyć”, a jak już się udało trafić na dostawę do sklepu, czy kiosku, to się kupowało kilkanaście rolek. Szczęśliwcy za pomocą sznurka robili sobie z rolek naszyjnik i tak przyozdobieni pędzili przez miasto do domu rozpromienieni, jakby jakieś wieńce olimpijskie mieli na szyjach. W szaletach publicznych babki klozetowe wydzielały papier na łokcie, jeśli go akurat miały, lub oferowały kawałek starej gazety (najlepiej do tego celu nadawała się „Trybuna Ludu” lub wydawana na Śląsku „Trybuna Robotnicza”). Z toalet biurowych, fabrycznych i pociągowych papier toaletowy znikał natychmiast po uzupełnieniu jego braku, jeśli ten brak sprzątaczka raczyła uzupełnić. Przezorni zabierali ze sobą odpowiedni metraż papieru toaletowego wszędzie, a szczególnie, gdy wybierali się w podróż. Pod koniec peerelu pojawiły się nawet specjalne torby i aktówki z kieszonką na spory zwitek tego papieru - kieszonki podobne do tych, jakie teraz producenci przeznaczają na telefon komórkowy. Niestety, epoka obfitości papieru toaletowego, która zaczęła się wkrótce po tzw. okrągłym stole, rychło stała się dla takich emerytów, jak Zenon z opowiadania Pastuszewskiego, epoką niedoboru środków na (prze)życie.  Chcąc nie chcąc, Zenon musi kontynuować podkradanie papieru toaletowego z toalet biurowych. Tymi kradzionymi rolkami broni resztek swej godności. Szkoda, że autor nie wspomina, czy Zenon nie używa do tego celu „Gazety Wyborczej” ze względów estetycznych, politycznych, czy po prostu się boi.

    W opowiadaniach „Pucio, Pucio...”, „Woreczki foliowe i papierowe” i „Nowa praca Juliusza” pokazuje Pastuszewski, jak się w Polsce robi karierę literacką, jak skorumpowani są ekolodzy i jak się tworzy synekury dla partyjnych kolesi pod pozorem realizacji wydumanych projektów, finasowanych ze środków publicznych i unijnych. Uważny czytelnik może tutaj mieć tylko jedno zastrzeżenie do rozpoznań autora „Coś się kończy, coś się zaczyna...”. Otóż pozostawia przekonanie tytułowego bohatera opowiadania „Pucio, Pucio...”, że „(...) nie zrobisz kariery, nie należąc do którejś ze światowych mafii: pedalskiej albo żydowskiej, najlepiej (należeć - przyp. JS) do obydwu (...)”, bez głosu polemicznego. Jakby taka teza nie wymagała riposty. Ale czy w ogóle takie przekonanie zasługuje na jakiś z nim dialog, czy spór? Sądzę więc, że to nie „błąd w sztuce” lub niedopatrzenie autora „Proboszcza”. Przecież pisze dla umiejących czytać, a więc potrafiących myśleć, czyli zdolnych do dokonania samodzielnej oceny cytowanego przekonania. Autor nie musi być podpowiadaczem. Ani jako narrator, ani poprzez stworzone przez siebie postaci. Oczywiście ryzykuje wtedy więcej, bo zostawiając czytelnikowi (szczególnie takiemu, który reaguje histerycznie) całkowitą swobodę, naraża się i na to, że ten uzna Pucia za porte parole autora.

    Do jakiej desperacji może doprowadzić rozbudzona, lecz nie spełniona ambicja artystyczna, dowiemy się z opowiadania pt. „Wrzutka”. Artyści imają się różnych sposobów, by zaistnieć. Choćby przez godzinę, piętnaście, pięć minut u osowiałej od nadmiaru bodźców wizualnych i dźwiękowych publiczności. O wartości dzieła nie decyduje już jego idea i mistrzostwo wykonania, ale czy jest dopuszczone do nośnego medialnie miejsca. Nie jestem pewien, czy Pastuszewski nie oparł „Wrzutki” na autentycznym wydarzeniu (lub wydarzeniach). Jeśli tak, to również chwała mu za to. Historia nieznanego malarza, który zawiesza swój obraz obok dzieł uznanych mistrzów w Luwrze, zasługuje na coś więcej niż kilkunastosekundowy  news w telewizji śniadaniowej, lub wzmianka w dziale ciekawostek jakiegoś plotkarskiego czasopisma dla kobiet.

    Zgryźliwemu zgłębianiu kobiecej duszy poświęca Pastuszewski kolejne trzy opowiadania. „On” to opowieść o zakłamaniu i wyznaniu, skrytym  w literacką formę. Traktowanie małżeństwa, jako instytucji ekonomicznej li tylko, prowadzi główna bohaterkę do utraty swej tożsamości. Rodzi dzieci poczęte nie z mężem, gdyż ten okazuje się bezpłodny, ale z kochankami, byle tylko - dzięki dzieciom - nie stracić statusu materialnego, jaki zapewniło jej małżeństwo. Z kolei bohaterka „Powłoki” niechęci do swej kobiecości daje wyraz ostateczny. Natomiast w opowiadaniu „Moja kochana Zosieńka” - dość karkołomnie, choć ironicznie - czyni Pastuszewski z bohaterki swoje alter ego i orędowniczkę między innymi swych przekonań o ścisłym rozgraniczeniu biologicznych i społecznych ról damskich i męskich. W tych trzech opowiadaniach kontynuuje autor „Tancerki” swoje - z punktu widzenia emancypantek i feministek - mizoginiczne obserwacje. Według pisarza wykraczanie poza naturalny ład biologiczny i społeczny w relacjach między kobietami i mężczyznami prowadzi do rujnowania ładu moralnego.  I jest w tym nieomal pozytywistycznie przekonujący.

    Szczególnie w opowiadaniu pt. „W megafonie”. Narrator nie ukrywa, że jest pisarzem. Nie dziwi więc, że pilnie wsłuchuje się w opowieść kobiety, której praca polega na zapowiadaniu przez dworcowy megafon przyjazdów i odjazdów pociągów. W zwykłości jej życia jest jakaś niesamowita aura spokoju i równowagi. Życia jakby znieruchomiałego pośród tętniących ruchem dworcowych torowisk oraz zapełniających się i wyludniających peronów. Cóż z tego, że konstatacje filozoficzne tak kobiety, jak i narratora brzmią nieco staroświecko, jakbyśmy czytali dziewiętnastowieczną rozprawkę filozoficzną wiejskiego nauczyciela? Oto okazuje się, że wśród zgiełku zmian każdy, nawet mniej wyróżniony niż kobieta zapowiadająca przez megafon, może znaleźć ład i szczęście. Czy tylko wtedy, gdy potrafimy być niezależni od odjeżdżających i przyjeżdżających pociągów, od tych zmian, które im bardziej oszałamiają, tym mniej zmieniają?

    W zapewne autobiograficznym opowiadaniu „Bóg jest!” Pastuszewski udanie mierzy się z odnalezieniem znaków Boga w codziennym życiu, natomiast zamykające książkę opowiadanie „Pan Bóg na żużlu” okazuje się czymś więcej niż socjologicznym obrazkiem z życia kibiców tej dyscypliny sportu. To, że autor „Dziwnych spraw” jest zawołanym kibicem żużlowym i zna doskonale wszelkie realia, pozwoliło mu w opowieści o uobecnianiu się Pana Boga w trakcie meczu drużyn żużlowych zawrzeć moralitet o marnych skutkach wszelakiej nieuczciwości. Cóż, niektóre machloje bez boskiej interwencji czy to w żużlu, czy w piłce nożnej, czy w jakiejkolwiek innej dyscyplinie sportu, a szczególnie w codziennym życiu III Rzeczpospolitej byłyby zapewne nie do rozwikłania.

    Tyle tylko, że ja wolałbym, by narrator tego opowiadania konwersował z Panem Bogiem na przykład po łacinie, a nie w języku upstrzonym nieco już zapomnianymi kibicowskimi sloganami. Nie w języku III Rzeczpospolitej.

    Jerzy Suchanek

     

    Stefan Pastuszewski, Trumna nie ma kieszeni, Instytut Wydawniczy „Świadectwo”, Bydgoszcz 2009, ss. 116.