• +48 52 321 33 71
  • akant24@wp.pl

    Jan Strękowski - Oblatywanie budyniu

    Był rok 2010. Wybory prezydenckie, przyspieszone przez katastrofę smoleńską, wywołały masę komentarzy internautów. Zwrócił wtedy moją uwagę jeden wpis, a raczej pytanie dotyczące konsekwencji pewnej hipotetycznej sytuacji wyborczej. Jego autor rozważał całkiem poważnie, co się stanie, kiedy w drugiej turze wyborów prezydenckich, do której przeszło dwu kandydatów (Jarosław Kaczyński z PiS i Bronisław Komorowski z PO), żaden nie uzyska 50% głosów. Pytanie podpisał „Oblatywacz budyniu". I jest to podpis znamienny.
        Kiedy zastanawiałem się, dlaczego pytanie „Oblatywacza budyniu" nie spotkało się z właściwą reakcją internautów, nie myślałem jeszcze, że niejeden raz przyjdzie mi usłyszeć czy przeczytać podobne brednie.
    Kolejny przykład. Pewna pani, która stara się o pracę, pyta, jaka jest najniższa średnia krajowa. Nie wywołując tym pytaniem zbytniego zdziwienia, nawet prawników, którzy z całą powagą odpowiadają jej, ile ta... najniższa średnia wynosi. I nic nie pomagają protesty jednej z internautek, podpisującej się Zołza, która uparcie twierdzi, że średnia to średnia, nie może być więc najniższej średniej, bo taka średnia to brednia. Pytająca czuje się urażona tymi... insynuacjami. Ona przecież wie, że istnieje średnia średnia, średnia najwyższa i średnia najniższa. Skąd wie? Nie wiemy, może nauczyła się w szkole, może z telewizji, może przeczytała gdzieś w prasie? Wszędzie mogła się natknąć na te rewelacje.
    Polska to kraj „Oblatywaczy budyniu". I niejedno podobne odkrycie jeszcze nas czeka. Wystarczy włączyć radio i posłuchać, co odpowiadają na najprostsze pytania chcący wygrać oferowane im byle co, rodacy. Włosy się jeżą, może dlatego w naszym kraju większość mężczyzn goli głowy na łyso? Była kiedyś sobie niewielka rozgłośnia, nazywała się „Radio Jazz". Na paśmie zajmowanym przez tę rozgłośnię nadaje dziś „Radio Chilli" czy coś w tym rodzaju, ze zwykłą sieczkę muzyczną, podobną do oferowanej przez większość stacji. „Radio Jazz" było inne, oprócz jazzu nadawało audycje na tematy, by tak rzec, sąsiednie, m.in. był tam program poświęcony rock’n’ rollowi, prowadzony z wielkim znawstwem przez prof. Andrzeja Śródkę, historyka nauki w PAN i historyka medycyny z UJ, obecnie prowadzącego w Akademickim Radiu Kampus audycję „Archipelag Rocka". Profesor, jak to jest w modzie we wszystkich rozgłośniach, a może zobligowany przez szefostwo, pod koniec programu zadawał słuchaczom dotyczące przedstawianej przez siebie muzyki lub muzyków pytanie. Trafna odpowiedź miała być nagradzana książką lub płytą. Czyli standard. Tak jak standardem jest w tego typu konkursach, że zwykle nikomu z dzwoniących na takie pytanie nie udaje się odpowiedzieć prawidłowo. Bo i nie o to chodzi. Wszyscy wiedzą, że wystarczy wysiłek w postaci wykręcenia czy wystukania numeru stacji. Potem trzeba powiedzieć byle co, licząc na to, że sam wysiłek dodzwonienia się (przy natłoku dzwoniących) wystarczy. A jednak nie standard. Bowiem profesor nie akceptował odpowiedzi mających się do jego pytania jak przysłowiowy piernik do wiatraka. Nic dziwnego, że każdy kolejny konkurs kończył on coraz głębszym zdziwieniem i coraz bardziej ponurym zapewnieniem: – No może następnym razem komuś uda się odpowiedzieć prawidłowo.... Poziomu jednak nie zaniżał, fantów za byle jaką odpowiedź nie rozdawał i po jakimś czasie jego ciekawa audycja... znikła z anteny.
    A znikła dlatego, że dzwonili do niego tylko i wyłącznie... Oblatywacze budyniu, tacy, którzy bez wstydu wygłoszą każdą brednię i w innych stacjach za te brednie zostaną nagrodzeni. Nie spodziewali się więc, że trafią na Ostatniego Mohikanina prawdziwej wiedzy w osobie profesora Śródki.
    To nie jedyny przykład Oblatywania budyniu. Także w prasie oblatywaczy co niemiara. Podekscytował mnie mocno pewien prasowy tytuł: „I znów krwawa bitwa pod Olszynką". Tekst w „Życiu Warszawy" mówił o mającej się nazajutrz odbyć rekonstrukcji bitwy w Olszynce Grochowskiej, która miała miejsce 25 lutego 1831r. Bitwy zwycięskiej, w której słabsze liczebnie wojska polskie pod wodzą gen. Józefa Chłopickiego dały łupnia... komu? No właśnie, komu? Oddajmy głos autorowi artykułu: „Ponad 200 rekonstruktorów z grup historycznych wystąpi w strojach z epoki, po stronie polskiej i bolszewickiej."
        Człowiek uczy się historii przez całe życie. Ten, kto myślał, że pod Olszynką walczyli z nami Moskale jest jak widać w błędzie. Walczyli z nami... bolszewicy, pod wodzą feldmarszałka Iwana Dybicza, na szczęście przegrali. Bo co byłoby z Warszawą, gdyby nie ten pierwszy Cud nad Wisłą?
    Kiedy to czytam, przypomina mi się znany wierszyk, po raz pierwszy wydrukowany w warszawskim „Kurierze Świątecznym" z 7 listopada 1869r. pod znamiennym tytułem: „Rys historii powszechnej do użytku młodzieży salonowej", potem wielokrotnie przedrukowywany w różnych wersjach i pod różnymi tytułami, m.in. w 10 lat później we lwowskim piśmie satyrycznym „Szczutek", pod tytułem: „Wykład historii dla panien". Od słów pierwszego wersu znany jako: „Kiedy Kara Mustafa..."
    Wiersz jest bardzo długi, zacytuję tylko pierwszą zwrotkę, która daje pewne pojęcie o jego dalszej zawartości:
    Kiedy Kara Mustafa, wielki wódz Krzyżaków,
    Szedł ze swymi wojskami przez Alpy na Kraków
    Do obrony swych granic będąc zawsze skory,
    Pobił go pod Grunwaldem król Stefan Batory...
    W dawnych czasach, kiedy jeszcze „Przekrój" był „Przekrojem", do ulubionych lektur jego czytelników należała rubryka „Humor z zeszytów szkolnych". Były to wypisy, najczęściej przysyłane przez polonistów, pochodzące z wypracowań pisanych przez uczniów. Choćby taki: „Konopnicka żyła od urodzenia aż po śmierć", albo taki: „Prostokąt różni się od kwadratu tym, że raz jest wyższy, a raz niższy". Były to jednak przeważnie lapsusy, nieporadności językowe, czy stylistyczne. Ich autorzy nie musieli wcale wyrosnąć na Oblatywaczy budyniu. Wydaje mi się, że dopiero w wolnej Polsce obrodzili oni masowo, opanowując wszystkie media, łącznie z najbardziej powszechnymi, czyli telewizją i internetem.
    Przez wiele lat myślał, że o ogórkowej wie już wszystko...
    – wołają reklamy skierowane do rzeszy Oblatywaczy budyniu, którzy są przekonani, że wiedzą wszystko, przynajmniej o budyniu. Co znaczy, że ich wiedza jest porównywalna z tak pożądaną przez naukowców Ogólną Teorią Wszystkiego.
    Na trasie między Rzeszowem i Krakowem pociąg mija miejscowość o obiecującej i skłaniającej do myślenia nazwie „Będziemyśl".
    Pociąg pełen Oblatywaczy Budyniu. Jaka więc ta myśl będzie?
    Byle nie taka, jak w telewizyjnej reklamie.

    Z archiwum

    Tadeusz Buraczewski - Ironezja narracyjna opus 13

    Życie – to rodzaj nijaki.
    Nijakich...
    Nie ma to większego znaczenia,
    bo dzisiaj fakt – zastępuje narracja!
    Tak literatura dopływa do życia
    postmodern-rynsztoczkiem...

    Janusz Orlikowski - Mój daimonion

    Leżała obok mnie, gdzieś w odległości jednego metra, na boku z głową wspartą na dłoni.  Postać jakby z biało - siwej porcelany, taka niby figurka lecz rozmiarów – połowa dorosłego człowieka. Była żywa, jej spokojne, opiekuńcze spojrzenie wskazywało na to. Nieruchoma, jakby ruch do życia nie był jej całkowicie potrzebny, milcząca. Patrzyła też na mnie tak, jak się patrzy na dopiero co zakończone własne dzieło. Poeta zna ten stan gdy napisze wiersz i ma przekonanie, że jest on dobry. To porównanie, sadzę, jest tu właściwe. Nie wiem czy była kobietą, czy mężczyzną, zresztą nie miało to żadnego znaczenia. Po prostu była, leżała w miejscu gdzie znajdowała się metalowa, szpitalna szafka mojego sąsiada z pokoju 39A kliniki chirurgii onkologicznej. Wyciągnięty na łóżku, wpatrzony w biały sufit nie chciałem z nią podjąć walki. Niech pozostanie – pomyślałem i nie zwróciłem ku niej wzroku. Chciałem, aby była. Poza tym to nie mógł być przypadek, że zjawiła się nie przed moimi oczami, a z prawego boku tak że musiałbym przekręcić głowę aby rozpocząć bitwę o jej pozbycie się. Zupełnie inaczej niż w przypadkach innych zdarzeń z którymi toczyłem wojnę przez kilka dni. Zdarzeń, nie wizji bo były one tak rzeczywiste, że całkowicie niemal zastępowały świat, który zna nasza świadomość. Siedmiogodzinna operacja i podawana morfina  znalazła swe odbicie. Wtedy zamykałem i otwierałem oczy do skutku aż pojawiające się postaci, przedmioty, dziejące się epizody znikały. By po czasie ponownie się pojawić tak jak ta szpitalna ściana, która zawsze po krótkim śnie zjawiała się tuż przed oczami, aby po paru zamknięciach i otwarciach powiek odjechać na swoje miejsce, a po tym działy się rzeczy inne o których nie będę tu pisał, lecz nie ze względu na ich ewentualną makabryczność, bo tak nie było, ile z uwagi że nie jest to tematem eseju.