Barbara Tylman - Drągal

Wpadliśmy na siebie przypadkiem. Może ten dziwny zbieg okoliczności przyczynił się do przywołania wspomnień. Skoro już na siebie wpadliśmy, to znaczy, że tak widocznie miało być. Idąc deptakiem, zatrzymałam się na moment, aby wyjąć z torebki telefon i zadzwonić do męża. Chciałam mu dać znać, że pochodzę trochę po sklepach i może sobie coś kupię. Trzymając komórkę przy uchu poczułam lekkie trącenie. Już miałam na języku coś ostrego do powiedzenia, lecz kiedy ujrzałam sprawcę potrącenia, zamarłam. Czyżby to był „drągal"? Jakieś przywidzenie? Przede mną stał facet, którego znałam jeszcze z czasów szkolnych. Ile to lat minęło od tamtego ostatniego pożegnania?
 – Cześć Baśka! – usłyszałam głos, który kiedyś strasznie mnie denerwował.
Myślałam, że się przesłyszałam. Piskliwy jak kiedyś, ale przecież teraz należał do dorosłego mężczyzny. Bardzo wysokiego i straszliwie chudego. Mało się zmienił. Jak tylko pamiętam, zawsze takim był. Mówiliśmy na niego „drągal" i chyba o tym wiedział.
 – O, Karol! Cześć! Jak miło cię widzieć – odpowiedziałam nie kryjąc radości ze spotkania – doszły mnie słuchy, że się gdzieś wyprowadziłeś. Co porabiasz w mieście?
– A, tak przyjechałem. Właściwie musiałem przyjechać żeby pozałatwiać różne sprawy, głównie finansowe. Jeśli ma się firmę, to najlepiej wszelkich spraw pilnować samemu. Ludzie w dzisiejszych czasach są różni, a jak ktoś raz się sparzy, to i na zimne dmucha.
– No tak. Takie czasy nastały. Masz może chwilkę? Wpadniemy gdzieś na małe piwko, pogadamy – zapytałam, odsuwając na razie potrzebę skontaktowania się z mężem.
– Piwko? E, nie. Ale może jakieś lekkie jedzonko? Jestem cholernie głodny. Śniadanie jadłem wcześnie rano i to takie dietetyczne. Jak z pewnością pamiętasz, lubiłem zawsze dobrze zjeść, czego zresztą po mnie wcale nie widać. Bo odezwały się wrzody i jakieś tam przypadłości i musiałem przejść na lżejszą dietę. Teraz żona pilnuje mojego zdrowia. Same jarzynki, papki i ryże bez soli i tłuszczu. Boi się, żebym czasem nie wywinął orła, bo kto się zajmie firmą. Ona nie ma za grosz pojęcia o prowadzeniu interesów. Jest malarką.
– A czym ty właściwie się zajmujesz? Co to za firma, jeśli można wiedzieć? – zapytałam coraz bardziej ciekawa, co też porabia mój szkolny kolega.
– Opowiem ci, ale usiądźmy gdzieś, bo nie czuję nóg.
Z chęcią przystałam na propozycję, bo również odczuwałam ból w łydkach. Od pewnego czasu coraz częściej zdarzało mi się przysiadać na napotkanych po drodze ławkach. Dwie ulice dalej nowo otwarty lokal zapraszał na greckie dania. Lubię takie jedzenie. Specyficzny smak, potrawy nie za tłuste i nietuczące.
Karol zamówił dla siebie dwie porcje, mnie wystarczyła jedna. Patrzyłam na niego z podziwem, kiedy zaczął pałaszować. Gdzie on to mieścił? W przerwach pomiędzy wkładanymi do ust porcjami, zagadywał:
– Pamiętasz, kiedyś kupowaliśmy bułki i wątrobiankę. Potrafiłem zjeść nawet pięć. I to nie były takie małe jak teraz. Wtedy to były buły. Nosiłem przy sobie składany kozik, a ty rozkrawałaś nim bułki i bardzo dokładnie smarowałaś je tą wątrobianką. Zawsze byłaś we wszystkim dokładna. Wiesz co? Czasem mnie to drażniło i chyba cię za bardzo nie lubiłem. Bardziej lubiłem dziewczyny trochę roztrzepane. Ty byłaś taka dobrze ułożona. A dzisiaj, co z tobą?
–  Dzisiaj? – zapytałam patrząc zazdrośnie jak wcina przyniesioną drugą porcję.
– Dzisiaj? – jestem nie ta sama. Nieco inna niż tamta Baśka. Może poważniejsza, taka bardziej serio. Chociaż niektórzy mówią, że jestem trochę zakręcona. Ale powiedz mi wreszcie czym się zajmujesz. Pominąłeś moje pytanie. A może nie chcesz mi odpowiedzieć?
„Drągal" odłożył na chwilę sztućce, otarł serwetką usta i chwycił mnie za rękę.
– Ciekawe – pomyślałam. – Nigdy mnie za rękę nie trzymał.
– A, bo widzisz, kuzyn mojej żony mieszka za Odrą. Namówił mnie kiedyś do współpracy i założyłem niewielką firmę, która sprowadza drobiazgi potrzebne w gospodarstwie domowym.
Takie łopatki, kopystki itp. głównie z sylikonu, przydatne w każdej kuchni. Specjalnych kokosów z tego nie ma, ale i wysilać się za bardzo też nie potrzeba. Nigdy nie lubiłem ciężkiej, fizycznej pracy. A teraz coś grosza z tego jest, trochę dorobi żona, dzieci nie mamy, no i w małych miastach żyje się dużo taniej.
– Znam twoją żonę? – przerwałam.
Może było to niegrzeczne z mojej strony, ale chciałam cokolwiek usłyszeć o jego życiowej partnerce. Tak po prostu, z babskiej ciekawości. Nigdy nie byliśmy parą i oprócz dobrego kumpelstwa nie łączyło nas nic. Lubiliśmy przesiadywać całą paczką na plantach i do późnych godzin wieczornych gadać o wszystkim i o niczym. Spośród naszej grupy jedynie Karol wyróżniał się wzrostem, a swoim piskliwym śmiechem był w stanie rozweselić nawet największego smutasa. I to właśnie zostało mi w pamięci najbardziej.
– Nie znasz jej – zaczął Karol - Pochodzi z małego miasteczka. Wżeniłem się w tradycyjną małomiasteczkową rodzinę. Chociaż, czy tradycyjna? Artystyczna. Teściowa kiedyś ładnie śpiewała, podobno była po jakiejś szkole muzycznej, teściu grywał na skrzypcach. Moja żona odbiegła od muzyki, ale otrzymała dar malowania. Jej prace mają nawet wzięcie. Jest ode mnie nieco starsza, lecz odkąd pamiętam wciąż ma jakieś kłopoty ze zdrowiem. Dlatego też nie mamy dzieci. Ale nie będę cię zanudzał sprawami, które dla ciebie nie mają żadnego znaczenia. Inna sprawa, gdyby nas coś bliżej kiedyś łączyło, a tak – szkoda czasu na gadanie.
    Patrzyłam na niego w zamyśleniu. Tak, na pewno byśmy do siebie nie pasowali. Nie czułam nigdy sympatii do tak wysokich facetów. Ale kumplem był fajnym.
– A co z resztą paczki? Widujesz się z kimś? – zapytał, skończywszy dopijać colę.
– Tak, czasem. Przelotnie. Z Alą, Piotrasem, Zygą. Ale nikt teraz nie ma czasu. Każdy się gdzieś spieszy, za czymś goni. Ogólnie mówi się, że czas ucieka, że coraz go mniej. Guzik prawda! To my uciekamy. Od znajomych, od wspomnień, od bycia razem. Wiesz co, fajnie, że na siebie wpadliśmy. Chociaż przez chwilę mogłam powrócić do młodych lat. Ale teraz – spojrzałam na zegarek – muszę lecieć. Staremu trzeba dać jeść, bo sam sobie nie uszykuje. Rozpuściłam dziada przez te wszystkie lata tą swoją miłością i dobrocią. Tym poukładanym porządkiem dnia. Ale wiesz co? Weź mój numer komórki. Jak będziesz znowu w mieście z interesami, to daj znać. Może uda mi się zebrać kilka osób z naszej paczki. Posiedzielibyśmy gdzieś przy dobrym jedzeniu. O winku nie mówię, bo dzisiaj każdy przemieszcza się samochodem. Ja niestety nie jestem posiadaczką żadnego auta.
– Baśka, ty się nic nie zmieniłaś. Nawet przez ten krótki czas, kiedy tu siedzimy, twój rozum pracuje. Pomyślałaś o spotkaniu na przyszłość. Nic a nic się nie zmieniłaś. Zawsze zorganizowana i skrupulatna. Taki ktoś byłby mi potrzebny w firmie.
– A ty co, leżał byś brzuchem do góry?
– No nie. Tylko tak wypaliłem. Zresztą jestem więcej niż pewny, że nie przeniosłabyś się do małego miasteczka. Za bardzo wrosłaś w to pełne ludzi i spalin miasto. A ja, tutaj bym już nie wrócił. Za nic w świecie.
– No to cóż, każdy w swoją stronę, co?
– Tak wychodzi. Ale pamiętaj co obiecałaś. Jak zadzwonię – organizuj spotkanie.
– Oczywiście. Płacisz jednak ty. Jako prywaciarz masz więcej kasy niż my wszyscy, nie?
– Wszystko jest do obgadania – odparł Karol swoim piskliwym, ale już nie tak drażniącym  głosem.
Żegnając się, uścisnął mi ręce. Był to serdeczny, przyjacielski i ciepły uścisk. Stałam i patrzyłam na wyróżniającą się w tłumie wysoką postać. „Drągal" odwrócił się i ponad głowami przechodniów pokiwał mi swoją wielką dłonią.
Co dalej?

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież