Rafał Jaworski - Bezdomność dla idei: – anachronizm czy zdradzona oblubienica?

„Gdy doktor Judym (…) będzie miał do okrycia i wykarmienia nie tylko swoje studenckie ciało, ale także osoby drogiej kobiety i dziecka, wówczas da Bóg doczekać, może usłyszymy od niego mniej surowe słowo…" –  tak altruistyczny wykład  i praktyczne żądania pro–zdrowotnych działań dla ogółu młodego eskulapa, kontrował     dojrzały głos rozsądku ustawionych, pogodzonych  w swej sytości, średnich sfer schyłku wieku XIX–ego. Okres totalitaryzmów, następnie rewolucji elektronicznej i dominacji kreatorów pozytywnego wizerunku, nic w tej domenie nie zmienił. Straszak: – „mam żonę i dzieci", podnoszony do wysokich potęg w różnorakich wersjach samousprawiedliwienia typu: – „to nic nie da (sprzeciw)", „po co się wychylać", „nie jestem straceńcem", reguluje stosunki w sferze mikroorganizmu społecznego, wpływa na zachowania makro–organizmu, dezaktywuje bunt czystości etycznej jasnego umysłu i czystego od koniunktury serca.  A jednocześnie powyższe stwierdzenie usłyszane od kogoś innego – jak w casusie Judyma – jest skutecznym szantażem, poważnym ostrzeżeniem, choć w formie łagodnej perswazji. Ta formuła zaczynająca się od „masz" była i jest wykorzystywana powszechnie przez bliskich danej osobie, suche instytucje, policje, tajne służby, zwykłych aferzystów i pracodawców wszelkiego autoramentu. Dodajmy, że wykorzystywana owocnie, dla tłumienia buntu dla prawdy. Dobro, w strefie swego oddziaływania,  nie potrzebuje trampoliny szantażu, degradacji rangi osobowości.
          Wywodzimy się, czy ktoś chce, czy jest mu to niewygodne wobec założeń ideologicznych, z kręgu cywilizacji judeo–helleno–chrysto–śródziemnomorskiej i w nim pozostajemy mimo marginalizacji tej spuścizny przez trendy oświeceniowe, potem modernizm, marksizm, teologię wyzwolenia, post–modernizm, LGTB – gender.  Jezus oświecał i oświeca swych uczniów w wymiarze materialnym naszego bytowania: „ Nie troszczcie się zbytnio  o życie wasze, o to cobyście jedli, ani o ciało wasze, czymbyście się okrywali. Czyż dusza nie jest ważniejsza niż pokarm? a ciało niż odzienie? Patrzcie na ptaki w powietrzu: nie sieją, ani żną, ani do gumien nie zbierają, a Ojciec wasz niebieski je żywi. Czyż wy nie ważycie więcej niż one?" W naszej ściśle–racjonalnej, hiper–bankowej i ubezpieczonej finansowo rzeczywistości takie „nihilistyczne" przesłanie jest traktowane jako zaprzeszły romantyczny lapsus, semicką przesadę rodem z konfesji pierwszego wieku naszej ery, którą można teraz obserwować  jedynie u ortodoksów, starowierców, sekt pustyni. Zauważmy, że banki, które wywołały światowy kryzys ekonomiczny roku 2008 dostały od organizmów państw gigantyczne wsparcie, czyli rządy naszych rządów są niebywale pozorne. Władza systemu lokuje się gdzie indziej i brednią jest publiczne artykułowanie, że to teoria spiskowa dziejów.
          Do krwiobiegu mowy ojczystej (cóż to za piękne, zaprzeszłe określenie na język, którym się posługujemy!) wchodzą zdania, wersety, powiedzenia z dzieł literackich (oczywiście, coraz rzadziej, bo wpływ literatury na kształtowanie rzeczywistości, i osób w niej funkcjonujących, jest z każdym dniem coraz mniejszy).  I w tej mowie swobodnie egzystują, zyskują autonomię, z rzadka ktoś je kojarzy ze źródłem, z którego zostały wyługowane, wreszcie, szczególnie w naszych czasach, nabierają w kontekście cywilizacyjnym zupełnie innych znaczeń, niż w dziele pierwotnym. Np. spójrzmy na wskazanie „A to Polska właśnie". W dramacie Wyspiańskiego , grosso modo znaczyło, że jądro Polski to żywo bijące serce ludu. Miało znaczenie na wskroś pozytywne
i krzepiące, było wektorem znalezienia ukrytych sił do wskrzeszenia wolnej Ojczyzny. Poprzez przekształcenia cyniczno–prześmiewczo–koniunkturalne, mówiąc w dobie obecnej:  – „A to Polska właśnie" wskazujemy głównie na bagno moralne i etyczne, na zacofanie cywilizacyjne, na kunktatorstwo i nieudacznictwo rządzonych, rzadziej rządzących i stanowiących o etycznym i gospodarczym obrazie rzeczywistości. A tam gdzie serca biją rzeczywiście dla Ojczyzny szczerze (a jest ich wiele) i z oddaniem, węszymy chore odstawanie od „ducha teraźniejszego czasu", wręcz  nawiedzenie, tzw.  sprzeciwu jest być internowanym przez reżim, niż za poglądy i godność osobistą tylko tracić pracę. Na internowanego ojca dzieci patrzą jak na bohatera, a na tracącego zarobek jak na nieudacznika i pasożyta, który nie zapewnia ciuchów firmowych. Aktualnie bohaterstwem jest odrzucić mobing
i zyskać pogardę najbliższych. Dokonać aktu, o którym prawie nikt nie będzie wiedział. A wiedzący wzruszą ramionami: – głupiec, bo przecież pokorne cielę dwie ssie mat„moheryzację", zaprzeczenie modernizacji stosunków społeczno–wytwórczych, anachronizmy, brak tolerancji. Tak oto mówimy językiem Poety, ale z treścią wprasowaną w zbiorowy umysł przeciw wskazaniu tegoż Poety, przeciw jego intencjom i konstatacją poznawczą.  
          Przenieśmy się ze sfery języka do strefy nieszczęścia. Przeskok dość karkołomny, ale nie bez logicznego i intuicyjnego uzasadnienia. Ludzie bezdomni, bezdomni fizycznie wzbudzają bezpośrednie współczucie. Te rzesze nieszczęśników, śpiących
w ciepłowniczych kanałach i na kolejowych dworcach, są wykluczone z udziału
w „podziale łupów postępu" w sposób oczywisty, gryzący oczy sumień, jednoznaczny. Snuje się wygładzające chropawe zadry sumienia teorie, że ci nieszczęśnicy są sami sobie winni, że rodzi się parę procent populacji, tak populacji – nie „obywateli", która nigdy nie dostosuje się do wymogów bytowania w zorganizowanej społeczności post–industrialnej.  Wolontariusze, nie zawsze czystych fundacji,  ruszają im na pomoc, zresztą fundacje – częstokroć przesłony brudnych przepływów kasy –  rodzą się jak grzyby po deszczu. Dobroczynny przemysł, który maskuje zyski w innej zonie, wyciska łzy przysłowiowym kucharkom i imponuje łże–elitom; potwierdza dość fałszywie, że w dużej skali ludzie bogaci, to ludzie dobrzy, wspaniałomyślni. Tylko na ogół muszą tą dobroczynnością brylować na salonach, inaczej spotkałaby ich oschłość opiniotwórczej szpicy. W końcu część zysku trzeba marginalnie re–dystrybuować w nisze biedy. Dwanaście lat temu pracowałem na Śląsku (Tomasz Judym uciekł w pobliskie Zagłębie) u właścicielki kilku cegielń, agencji handlującej węglem, za który (jak wskazują akta afery węglowej) z rzadka płaciła i Bóg wie czego jeszcze (np. stadniny koni). Emitowała „Uśmiechnięte obligacje", które miały nieść pomoc ubogim dzieciom. A  jej pracownicy harowali w najgorszych z możliwych warunkach: – w ponadnormowym zapyleniu (krzemionka) i wysokiej temperaturze, albo w  niskich temperaturach przy tropikalnej wilgotności za najniższą płacę krajową. „Na dziecko" dostawali raz w roku skromną paczkę z funduszu socjalnego. Zawsze pozostaje pytanie czy proces generacji współczucia instytucjonalnego jest autentyczny (tzn.  po prostu szczery).
           Ludzie bezdomni fizycznie „widziani" narządem wzroku i węchu są bezapelacyjnie dosłowni. Tym (którzy wyrażą zgodę na pomoc) można pomóc na sposób dość bezpośredni, skutecznie. Bezdomność jest też formą banicji ze świata normalnych i żyjących dla przyszłości w dowolnym jej horyzoncie czasowym. Bezdomni to „bezczasowcy", zatrzymani w drodze, która jest życiem, formalnie powtarzalni jak glon z glonem. Trudno znaleźć właściwe, drapieżne określenie, ale jest oczywistością, że osoba bezdomna miała rodzinny dom, czy choćby jakąś jego namiastkę i nosi w sobie jego ciepłe, coraz odleglejsze wspomnienia, co z natury rzeczy jest nieustającą boleścią, może tym „robakiem", który trzeba nieustannie zalewać.
     Najbardziej znanym ze starożytności przykładem bezdomności, wynikającym  z motywów wyższych, niż społeczna alienacja jest „beczka Diogenesa". Bezdomność cynika z Synopy, dwadzieścia kilka wieków temu, płynęła z jego pychy i pozerstwa  na miarę celebrytów z pozornie „naszych" mass mediów i choć okupiona, trudno zrozumiałym teraz, trudem biedy i ekscentryzmu, nie wzbudza specjalnego współczucia. Diogenes nie był sam, brylował na agorze Miasta. Pyszne „nie zasłaniaj mi słońca" – rzucone Aleksandrowi Wielkiemu, który chciał spełnić każdą  jego prośbę, było intronizacją osoby samą w sobie; w myśl zasady, że cnota jest nagrodą. Ta postawa była zapewne  pre–figuracją dla dzisiejszych prowokacji dla prowokacji w sferze show–businessu, mainstreamu, plastyki (instalacje), ale i literatury. Może to, co wyżej napisałem, jest jednak niesprawiedliwe dla Diogenesa cynika, bo przecież chodził ze świecą w tłumie szukać ludzi, chodził z żywą autentycznością.  Jego „szukanie", w pewnym sensie, wiele wieków później przejął Norwid, który swymi „rewelacjami" ideowo–literacko–historiozoficznymi i postawą życiową, dorobił się bezdomności nie tylko fizycznej, ale i środowiskowej. Na dowód  jego świadomości istoty rzeczy przytoczę cytat z „Milczenia": „Oto jest etyczne pytanie kardynalne i wprost podejmujące zacny ów Diogenesa utysk względem akademickich pracowników, skoro, widząc ich prawdy szukających (quaerere verum), słusznie wołał: Kiedyż oni czas będą mieli, ażeby znalezioną praktykować?!"
        Ileż razy, w swym ułożonym życiu, w życiu o lekkiej preferencji dla buntu, słyszałem przedmiotową argumentację i szantaż?! Te słowa „mam żonę i dziecko",  „nie jestem na tyle odważny" tłumaczyły wszystko, zamykały „agitujące" usta. One na równi z frazami Mickiewicza (np. „Jakoś to będzie"), Miłosza (np. „Lawina kształt od tego zmienia po jakich toczy się kamieniach", Herberta (np. „Bądź wierny idź") przyjęły się     w mowie potocznej, praktycznej, ale i incydentalnej. Najczęściej jednak nastąpiło odwrócenie znaczeń.  To „mam żonę, dzieci" w języku nowoczesnym przekształciło się w krótkie: –  „nie wychylać się".  Kto się wychyla nie znajdzie współpracowników, nie znajdzie współpracowników, „współwychylaczy". „ Świat jest to chytry przemysłowiec…"   – mówi ku przestrodze pisarz sprzed wieku, albo spotykamy prześmiewcze, kabaretowe: „Poznaj silę swych pieniędzy, no bo cudzych przecież znasz", którą to śpiewkę wykonywał zespół „Trzeci oddech Kaczuchy" w roku 1990, w czasach maksymalnej drapieżności polskiej transformacji ustrojowej.
         Bezdomność ideowa  jest ubocznym skutkiem procesów społecznych, ale głównie konsekwencją wyborów ideowych. Pytanie fundamentalne to:  – do jakiego stopnia można w konkretnych warunkach zaangażować się w „służbę dla idei", by być bezpiecznym fizycznie i aby bliscy byli elementarnie zabezpieczeni, nie zostać ostańcem w świecie smreków, które gnie wiatr, a który to ostaniec staje się bezbronny
w związku z obnażeniem faktu, że wśród elastycznych smreków jest samotny? Oczywiście, inną kategorią konsekwencji ki  i dobrze wychodzi na konformizmie ten ssący i jego bliscy.
            Paradoksalnie koniunkturalizm ideowy też wywołuje bezdomność. Zdradza się samego siebie, a zdradzając siebie zdradza się najbliższych, bardzo boleśnie, niezbyt ostentacyjnie. Kapłan wstuka w drewno konfesjonału zdrewniały dźwięk rozgrzeszenia
i żyje się niby harmonijnie, ale z nieheblowaną zadrą w szczegółowym sumieniu. „Dom, który pustoszeje wskutek rozłąki kochanków jeszcze brzmi muzyką ostałą w środku jego pustki. Lecz dom, który jest pusty ponieważ serca się rozdzieliły jest okropny w swym milczeniu. Nawet krzyk bólu jest tam nie na miejscu." – pisał Rabindranath Tagore. Można być całe życie w drodze, przemieszczać się, migrować, ale jednak być człowiekiem udomowionym. Bezdomność nie jest kwestią stałego adresu i więzów rodzinnego i przyjacielskiego kręgu. „Mam wrażenie, że całe życie byłem w drodze nieustannie, a teraz wróciłem do domu" – mówi bohater „Demiana" Hermana Hesse. I zaraz dostaje odpowiedź: „Do domu nie wraca się nigdy. Ale tam gdzie zbiegają się przyjazne drogi cały świat przez chwilę wydaje się domem".  Zauważmy: „przez chwilę".
        Jednocześnie jest aspekt „bezdomności dla idei" zupełnie odwrotny. Zwykłe staje się po przyjęciu dyktatu w obliczu przedmiotowego stwierdzenia: – „ma pan/pani żonę/męża dzieci". Człowiek przyjmuje dyktat w formie łagodnej perswazji: – po co ci to chłopie!? „Chłop" swe ustępstwo/poddanie motywuje wewnętrznie miłością do najbliższych, nieprawdopodobieństwem  realnej pomocy od podobnie myślących, tym że jawi się sam sobie jako trybik machiny, który zmiażdżony nie zachwieje jej wydolnością do generowania zła. I wydaje się pogodzony z losem, zajmuje stanowiska „po linii i na bazie" jak to mówiło się trzy/cztery dziesiątki lat wstecz. Jednocześnie cały czas tkwi w nim trucizna ugody i bunt, który czeka na okoliczności swego objawienia. Transparencja tej konstrukcji mentalnej była bardzo wyrazista w sierpniu, wrześniu 1980 r., kiedy do Ruchu Społecznego „Solidarność" dla skrywanych urazów ideowych i konfesyjnych, przy budzącej się gwałtownie nadziei i wstrętu do uprzednich ugód moralnych, wstąpiło ponad 10 milionów pracujących Polaków.
           Zwykle „bezdomność dla idei"  była ujmowana w aspekcie wykorzenienia osoby, indywiduum jako skutek upartego trwania w wierności dla niepopularnej myśli
i emitowania jej przesłania. Szkolne, licealne wykorzenienie Korzeckiego z „Ludzi bezdomnych"  jest bezdomnością innego, wyższego typu, ale jednocześnie zabarwioną dewiacyjną maścią. Można mu zarzucić arystokratyzm, egocentryzm; mimo pozorów zainteresowania cierpieniem innych, bezbronnych, bezradnych. To nie współczucie dla cierpienia innych, czy dług wobec swego pochodzenia ze strefy dotkliwego ubóstwa, z którego się człowiek wyrwał dzięki pracy i talentom. To jest bezdomność na odwrót alienacji Raskolnikowa, odarta z pocieszenia Soni i wspólnocie wynikającej z faktu wspólnego czytania przypowieści o synu marnotrawnym z Łukaszowej Ewangelii. Odarta z pokuty i opamiętania. To rozpacz egocentryczna. Przytoczmy cztery wersy Rilkego, który był mistrzem opisu przeżycia egzystencjalnych rozdarć traktowanych serio: „Czy ból, skoro tylko do nowej warstwy/  dotrze lemiesz, ostro płużący trzewia,/ czy ból jest niedobry? Który jest ostatni,/ który nam przerwie wszelkie cierpienia?"
        Charytatywna, dla charytatywności samotnicza i ekspiacyjna wizja życia podana w „Rozdartej sośnie", idealistyczny projekt życia dla innych bez  miłości dla siebie samego i kochającej osoby, to wobec zwykłej rozpaczy Judyma, była konstrukcja wzniosła, wręcz kosmicznie soteriologiczna, by przyrzucić nieco ironii.  Problemy Korzeckiego z „Ludzi Bezdomnych" są odbiciem problemów postaci osób „wyklętych" a la Dostojewski. Nieco inną ich wersją, mniej metafizyczną, bardziej człowieczą, rykoszetem poznawczym, ale w współbraterstwie, współcierpieniu. Właściwie to nie „ludzie bezdomni" są centralnym problemem „Ludzi bezdomnych" w wydaniu  braci Judymów,  ale  casus Korzeckiego, postaci drugiego planu. Bo  może na drugim planie dzieją się rzeczy najważniejsze, ważkie personalnie. Nasze szkolne odczytywanie „Ludzi bezdomnych" było i jest fałszywe. Widzę te ściągi w necie, plany wypracowań, klasyfikacje bezdomności. „Rzeczywistość skrzeczy" –  mówi inne powiedzenie wyprute z inletu literackiego dzieła. Jednak samobójstwo to sprawa poważna, samoistna, jednak generowana przez okoliczności, choćby wewnętrzne procesy ludzkiej persony. Samobójstwo uwiarygadnia wagę problemu, dla którego zostało popełnione. Nie ma procesu odwrotnego,  bagatelizującego w pełni świadome samobójstwo. Oczywiście, śmierć w obronie idei, tę ideę uwiarygadnia w sposób ostateczny. Idea jednak może być absurdalna.
             Coraz wyższy stopień organizacji społeczności, jego mobilności instytucjonalnej, ale i atomizacji poprzez środki masowej komunikacji, i możliwości wyboru (powierzchownego, ale jednak) stara się łagodzić jednostkowe klęski ponoszone w jednostokowych reakcjach na zło, działanie w imię „wyższych celów". Teraz  „wyższym celem" ma być gratyfikacja materialna i wtedy człowiek szlachetny zasługuje na opinię „cwaniaka wyższego rzędu".  Reakcją na ułomne, hołdownicze  „mam żonę, dziecko", czy też cuchnące groźbą: –  „masz żonę i dzieci" stała się w nowoczesnym społeczeństwie możliwość zrzeszania się, tworzenia stowarzyszeń, działania w partiach politycznych, ruchach praw człowieka, fundacjach celowych, wspólnotach religijnych. Ta możliwość przy łatwości komunikacji międzyosobowej: media, internet – daje zaplecze, łagodzi straszak konsekwencji tych postaw. Człowiek samotny może stać się mniej samotny, wyemitować swoje SOS, szukać podobnych ludzi o podobnych celach, cechach i problemach, o analogicznych postawach, które wywołują poczucie doznawanej krzywdy. To też nie jest łatwe, nie tworzy oczywistej traczy  ochronnej. Łatwiej takie słowa wstukać w klawiaturę komputera, niż za ich pomocą stworzyć autentyczne więzy międzyludzkie.
           Bezdomność to też kwestia miejsca „personalnego". W tłumie – to oczywiste.
W gronie kilku osób też, bezdomność we dwoje…  Trzeba też powiedzieć, że aktualnie, w strefach niby bogatej stabilności funkcjonuje skutecznie inny straszak: –  będziesz (będę) miał żonę dzieci, a jak je utrzymasz (utrzymam) na takim poziomie materialnym, aby nie były poniżone jego statusem. Bariera przed odważnym zakładaniem rodziny, wprasowywana w mentalność życiowych singli staje się regułą osła, czyli przekory. Regułę tę, jeszcze na studiach chemicznych, wprasowywał we mnie pewien magister od laboratoryjnych ćwiczeń, który bardzo pilnie przestrzegał reguł minimalistycznego zużycia destylowanej wody do mycia menzurek i szklanych kolb.
            Przechodząc od mycia menzurek do pryncypiów ideowych trzeba by stwierdzić:

To właśnie to
z kim płaczesz
z kim się śmiejesz

to właśnie to
komu przytakniesz
kogo się wstydzisz

to właśnie to
z kim wobec kogo
odzyskujesz twarz

a te ledwie pół
łzy które wsiąka w poduszkę
te konwulsje policzków
twój żart z prawdziwej radości
te przymilne banały
bo ktoś ich chce
ten odczepny granat chłodu
który rzucasz uważnej czułości

to właśnie
twe ja –
w zwierciadle społecznym
tężec wrażliwości

a ty
masz być

           „Masz być" – podałem „kawonaławiczny" imperatyw, dość zasadniczy, który nie jest wymierny w skali etycznej wartości, nie jest pozbawiony kolców róży, czy innego „trującego" zielska z domeny platońskiego „piękna". „Jak być",  każdy z nas, który chce „być", musi niestety sam sobie ustanowić, by na to „być", w czasie pozornie linearnym, rozpisać pewien scenariusz, plan działania i zaniechań incydentalnych.
        Trzeba zauważyć: –  blisko w brzmieniu polskiego języka jest słowo „Judym" i imię Judasz". Obydwaj poszli na zatracenie. Pierwszy literackie, drugi boleśnie realne. Niech pochwalone będą media i Internet, choć ta laudacja jawi się jako głębokie nadużycie.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora