Barbara Kęcińska-Lempka - Zapiski książkowego mola

Kiedy i gdzie zjedzono murzyńską królową

Kadź służy wyłącznie do dobywania gliny. Ludziom używać jej jako windy nie wolno pod groźbą kary. Jeden dzwonek z góry oznacza, że kadź spuszczają, dwa dzwonki z dołu – że napełniona, trzy dzwonki – że w kadzi jadą ludzie (napis w kopalni w łagrze).

    Spory księgozbiór odziedziczony po teściach kryje w sobie nieprzebrane skarby. Jedną z takich literackich perełek odkryłam przypadkowo, niestety nie w czasie odkurzania (tu biję się w piersi). „Diabła w raju", bo o tej książce mowa, przeczytałam jeszcze tej samej nocy. Zachwyciła mnie od pierwszego opowiadania i niejednokrotnie będę do niej wracać. Tadeusz Wittlin (1909 – 1998) został w styczniu 1940 roku aresztowany przez Sowietów podczas próby przekroczenia granicy i, po półtorarocznym pobycie w więzieniu, skazany na karę śmierci. Wyrok zamieniono na zesłanie do łagru w Workucie. Zwolniony na mocy „amnestii" dotarł do Armii Polskiej, organizowanej w ZSRR przez generała Andersa i rozpoczął służbę w Drugim Korpusie. Po wojnie pozostał w Londynie, w 1952 roku przeniósł się na stałe do USA, gdzie m.in. redagował pismo „Ameryka", był dziennikarzem Radia Wolna Europa, wykładał literaturę słowiańską. Jego waszyngtoński dom był zawsze otwarty dla polskich pisarzy, tym smutniejsze, że w Polsce jego twórczość jest tak mało znana.
 „Diabeł w raju" to książka niezwykła. Wydana po raz pierwszy w Londynie w 1951 roku zdobyła wielkie uznanie. Przetłumaczono ją na angielski, francuski, a nawet japoński. Jej pierwsze i jedyne wydanie ukazało się w Polsce dopiero w 1980 roku. Z natury rzeczy, słowo drukowane o Sowietach ma charakter posępny – pisze w przedmowie do pierwszego wydania generał Władysław Anders – Może dlatego wielu ludzi na Zachodzie woli nie czytać tragicznych opisów, odzwierciedlających makabryczną rzeczywistość. Książka Tadeusza Wittlina uderza w inny ton. Autor jej szkicuje życie w sowieckim więzieniu, ludzi i więzienie narodów w sposób satyryczny. Jest to przysłowiowy śmiech przez łzy.
    Już pierwsze opowiadanie wprowadza w klimat książki. Autor śni dzieciństwo i czyta o Liliputach przywiązujących Guliwera, w chwilę potem o Indianach skalpujących białych. Sen pierzcha, lecz wrażenia z książek pozostają: Czułem, że mnie oskalpowano lub że każdy włos czupryny przywiązany był do słupa. Najmniejsze usiłowanie podniesienia głowy powodowało potworny ból. Z opresji wyratował Wittlina brygadzista Toporow, który okręconym w szmatę kawałkiem szkła odciął mu włosy przymarznięte do ściany w czasie snu. Sen o Guliwerze i wodzu Indian z pięknych czasów beztroskiego dzieciństwa szybko rozwiał się w szarej mgle syberyjskiego świtu. Tadeusz Wittlin otworzył książkę wspomnieniem dziecięcych lektur nieprzypadkowo. W opowiadaniach jest jak chłopiec przeniesiony na karty okrutnej baśni i przeżywający tam straszne przygody. Z uwagą przygląda się napotkanym ludziom, niczego nie ocenia, pisze tak jakby w każdej chwili mógł wrócić do normalnego świata. Dzięki dziecięcej wrażliwości obozowa rzeczywistość nie skaziła go jak Tadeusza Borowskiego. Nawet tytuł książki nawiązuje do ludowych baśni, w której diabły pojawiają się nader często. Tytułowy diabeł to autor – zamożny przedwojenny prawnik, pisarz, i dziennikarz – jednym słowem burżuj i inteligent a słowo inteligent stanowiło najbardziej pogardliwą obelgę, rzucaną zarówno przez bandytów uważających się za gospodarzy kryminału, jak i przez sowieckich sędziów śledczych przesłuchujących aresztanta. Raj, z kolei, to ironiczna nazwa Związku Radzieckiego. Sowiecki raj – mawiali z przekąsem ci, którzy posmakowali życia w ZSRR. Podobnie jak w baśniach opowiadania Wittlina kończą się przesłaniem dla czytelnika, stylizowanym na sowiecką propagandę. W „Oddechu Markina" grupa więźniów pije zdobytą z najwyższym trudem wodę kolońską, a w dalekiej Moskwie największa w Sowieckim Związku wytwórnia kosmetyków wyrabia wspaniałe perfumy zwane „Oddech Stalina". Jeśli na Syberii oddech prostego Kozaka Markina, który pił tanią, za siedem rubli, wodę kolońską pachniał wonią leśnych fiołków, to pomyśleć jakiemiż fantastycznymi zapachami kwiatów rozchodzi się na Kremlu oddech wodza, który prawdopodobnie spija najlepsze sowieckie perfumy.
Opowiadanie „Dziwna rozmowa" po opisie techniki tatuowania, wymyślonej przez więźniów (Wittlin rysował dziewczyny do przeniesienia na męskie torsy) następuje stwierdzenie: Wypadki zakażenia nie zdarzały się niemal nigdy, potwierdzając starą prawdę, że higiena jest to przesąd burżuazyjny oraz nieuczciwy chwyt reklamowy chytrych aptekarzy, zachwalających dla zarobku nikomu niepotrzebne środki dezynfekcyjne.
Próbką mistrzowskiego pióra Wittlina jest opis jego aresztowania: Oficer siedział bez płaszcza. Na piersiach, w kieszeniach bluzy munduru, miał wpiętych po kilkanaście wiecznych piór. Wyglądał jak Czerkies w narodowym stroju z patronami nabojów karabinowych. Odczytał głośno formalny nakaz aresztowania mnie z poleceniem odesłania do więzienia, po czym kazał podpisać. Ująłem obsadkę biurowego pióra, bezskutecznie usiłując skreślić me nazwisko jako że złamana stalówka zaledwie skrobała papier. Zniecierpliwiony oficer wyrwał z kieszeni jedno ze skonfiskowanych piór i wręczył mi je. Wziąłem pewny, że będzie pisało bez zarzutu. Pióro to, jeszcze do niedawna było moją własnością. Nie przypuszczałem jednak, że po raz ostatni użyję go przy podpisaniu nakazu aresztowania na samego siebie.
    Związek Sowiecki jest krajem najwyższej wolności obywatela. Uwięzienie, zesłanie na ciężkie roboty na Syberię lub rozstrzelanie wymaga wyrażenia pełnej, nieprzymuszonej zgody podsądnego. I ciekawe, że podobno nie było dotąd wypadku, by skazany zgody tej nie wyraził własnym podpisem. Oto najwyższy szczyt swobody.
    Ironia i humor nie przesłaniają tragedii i nieszczęść – na marginesie opisów łagrowego życia czytamy o torturach, wyrokach śmierci, pozorowanych egzekucjach, głodzie, umieraniu, ale to wszystko jest tylko tłem dla pełnokrwistych postaci opisanych tak, że zapadają w pamięć na długo. A w czasie uwięzienia i zesłania Wittlin zetknął się z wieloma ludźmi. Spotykamy inżyniera pułkownika z Moskwy, miłośnika judo, którego zwierzchnik - oficer oświatowy - tak upodobał sobie jego mieszkanie i żonę, że donosem doprowadził do uwięzienia pułkownika w łagrze po oskarżeniu o szpiegostwo na rzecz Japonii. Jest brygadzista Romancew skazany na 5 lat więzienia za spóźnienie do koszar. Niewielki Lońka „skrzywdzony krasnoludek" to agronom, za którego wyszła za mąż Tania, zawodowa agentka, śledząca go już na studiach. Jej kuzyni, którym pomagał w nauce też okazali pracownikami policji politycznej. Lońkę, na podstawie ich zeznań skazano za krytykę kołchozów na 10 lat bez prawa korespondencji z matką staruszką. Obok „politycznych" do łagrów trafiali kryminaliści. Wołodźkę skazano na 3 lata za zamordowanie żony zdradzającej go z milicjantem. Chciała na niego donieść, więc wykalkulował, że „za zarżnięcie baby" dostanie dużo mniej niż za sprawę polityczną. Inżyniera Szturma, Polaka z Warszawy zaprowadziła do łagru naiwność: Jako student politechniki, czynny działacz komunistyczny pełen entuzjazmu dla innego porządku zbiegł do Rosji. Zatrzymany przy przekroczeniu granicy, oskarżony o szpiegostwo w sądzie bronił się twierdząc, że jest ideowym komunistą i dlatego uciekł z kapitalistycznego kraju. Oświadczono mu wówczas, że jeśliby to była prawda, to zostałby w swej ojczyźnie, gdzie powinien był przygotować przewrót, a nie przychodzić na gotowe do Związku Sowieckiego. Pewnego dnia do łagru przywieziono grupę młodych mężczyzn w jasnych kapeluszach, spacerowych ubraniach i letnich półbucikach. Kilku trzymało gitarę lub mandolinę. Byli to Łotysze zatrzymani podczas letniej przechadzki na ulicach Rygi. Władze sowieckie, tworząc z Łotwy jeszcze jedną republikę wyłapywały mężczyzn zdolnych do oporu.
W roku 1938 (podaję za Wikipedią) w łagrach na terenie ZSRR siedziało milion osób, w 1950 roku 2,6 miliona. Do obozu pracy trafić mógł każdy, o czym przekonywali się przeznaczeni do transportu więźniowie podczas kąpieli w łaźni. Ci, którzy sądzili o drugich, że na wolności zajmowali wysokie stanowiska spotykali domniemanych dygnitarzy w więziennej łaźni. Często niejeden dostrzegł tu swego wroga, który go niegdyś zadenuncjował lub świadczył w sądzie przeciw niemu, a teraz dzielił z nim ten sam los.
    Sowiecki system dążył do zabicia człowieczeństwa poprzez ciężką pracę, osamotnienie, zmęczenie, brak nadziei i głód. Udawało mu się tylko chwilowo, bo woli przetrwania i bujności życia nie da się ująć w żadne karby i zadrutować. Książka Wittlina jest hołdem dla siły życia i ludzkiej pomysłowości. Można się zadziwić czytając o tym, co wymyślają więźniowie by oszukać nadzorców, walczyć z zabójczą apatią, w którą wtrącał głód i obawa o los rodziny. Jednym z opisanych sposobów była gra w szachy. Szachowe figury wykonywano z chleba – przy białych do chleba dodawano zeskrobane ze ścian wapno, przy czarnych. popiół ze spalonej szmaty. Mistrzem w toczeniu szachów był Eryk, tokarz ze Śląska. Szachy chińskie miast koni posiadały pięknie wykonane smoki, królowa trzymała w dłoni parasolkę, król stał wsparty na mieczu, a żołnierze – kulisi w szpiczastych kapeluszach mieli misternie splecione warkocze. Szachy indyjskie miały słonie, inkrustowane pagody zamiast wież i królewską parę maharadży z małżonką. Szachy polskie przedstawiały konie w galopie z jeźdźcem w siodle, króla w koronie i wojsko w mundurach z epoki Księstwa Warszawskiego. Po wykonaniu szachy chlebowe schły kilka dni, stając się twarde jak kość. Szachy były tak piękne, że zamawiali ja nawet najwięksi skąpcy, a nawet nieumiejący grać. Bawiono się tymi figurynkami jak mali chłopcy bawią się blaszanym wojskiem(...). Wkrótce magia szachów zapanowała niepodzielnie. Zapomniano o głodzie, grano po kątach, na łóżkach i pod łóżkami Pewnej nocy rozległo się zagadkowe chrupanie. Z początku ciche, później przeciągłe, uporczywe, coraz głośniejsze, Sprawcą hałasu okazał się marynarz Sieroża, który właśnie konsumował najpiękniejszą kolekcję szachów – białych hiszpańskich kolonistów i murzyńską wioskę. Zdążono w porę. Nie brakowało ani jednego pionka, prócz tęgiej czarnej królowej, którą z ludożerczym sapaniem kończył pożerać marynarz.
    Dla zachodnich czytelników szokiem przy lekturze „Diabła w raju" była zapewne naiwność sowieckiej propagandy, gigantyczne marnotrawienie ludzkiej energii, absurdalność komunistycznej rzeczywistości i brak logiki, czyli tzw. logika sowiecka (drobnym przykładem jest, przytoczony na wstępie, napis z kopalni). Wybitny francuski sowietolog Alain Besancon pisał, że dla zachodniego badacza komunistycznej Rosji najtrudniejszym jest uwierzyć w nieprawdopodobne.

*
    Tym zdaniem chciałam zakończyć niniejsze zapiski, gdy wieczorem, na chybił trafił otworzyłam książkę Mieczysława Grydzewskiego „Silva rerum" Mieczysław Grydzewski po wojnie nadal redagował (na emigracji w Londynie) przedwojenne „Wiadomości Literackie" i do każdego numeru, szperając w archiwach i bibliotekach, przygotowywał notatki dotyczące aktualnych zdarzeń, mało znanych faktów z przeszłości i przeczytanych lektur. Odnosząc się do książki Rebeki West „ A Train of Powder" tak pisze o procesie niemieckich zbrodniarzy wojennych w Norymberdze: Być może w polityce potrzebne są parszywe kompromisy ale majestatu prawa kalać nie wolno, Jawną parodią sprawiedliwości było, że za sprowokowanie wojny skazali Ribbentropa również przedstawiciele Rosji, tej samej Rosji, która wzięła w tym sprowokowaniu tak czynny udział, i która zasługi Ribbentropa w tym sprowokowaniu uczciła orderem Lenina. Zbrodniarze niemieccy skazani zostali m.in. za zsyłki mężczyzn i kobiet, za zmuszanie ich do pracy w ciężkich warunkach, bez możności widywania się z rodzinami, Rebecca West  pisze, że w tym, iż właśnie tę część wyroku odczytywał przedstawiciel Rosji, była pewna ironia. Wydaje się nam, że był to bezmierny cynizm.
    Przypuszczam, że „Silva rerum" otworzyła się nieprzypadkowo na tej stronie. Być może sprawcą był duch więźnia z łagrów, który nawet na tamtym świecie nie może pogodzić się z tak jawną niesprawiedliwością.

Tadeusz Wittlin „Diabeł w raju" Wydawnictwo Polonia, Warszawa 1990.
Mieczysław Grydzewski: „Silva rerum" Wydawnictwo „Silva Rerum", Gorzów Wlkp. 1994.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież