Jarosław Sułkowski - Wszyscy jesteśmy Cyrenejczykami

Rok 2014 przez wielu ludzi na całym świecie, wierzę, że przez Polaków w sposób szczególny, jest i będzie kojarzony z kanonizacją Jana Pawła II - największego z rodu Słowian zapowiadanego w XIX wieku proroczym piórem Juliusza Słowackiego. Z pewnością majowe wyniesienie sławnego rodaka do chwały powszechnej będzie owocowało wzmożonym zainteresowaniem jego osobą; przez ekrany telewizorów przeleją się znów dobrze nam znane klipy, wiele razy usłyszymy Barkę i Abba,Ojcze. Zajrzymy do Wadowic, w specjalnie przygotowanych studiach telewizyjnych i radiowych zasiądą osoby, które współpracowały z hierarchą i miały możność bycia z nim na co dzień. Pewnie też nie zabraknie komentarzy fachowców od wszystkiego, naprędce wykreowanych przez medialne lobby autorytetów o nieznanych lub farbowanych twarzach. W prasie zaroi się od różnego autoramentu świadectw i poręczycieli. Może obudzą się w nas te dawne, szlachetne pierwiastki, może odkurzymy portrety naszego brata, przejrzymy albumy albo rzucimy się na głębię papieskich encyklik, adhortacji, homilii. Może niejeden utonie w substancji utraconej i odzyskanej wiary. Zapewne my- naród - staniemy się lepsi. Oczywiście (bądźmy poważni)  na chwilę,  bo to nam najlepiej wychodzi, na kilka dni, tygodni, aż największemu z rodu Słowian skończy się antenowy czas, aż media wyłączą mu światła i każą się wszystkim rozejść, a świętego zamkną w odległych niebiosach. I znów pozostaniemy na poziomie wiedzy elementarnej: że będąc Karolem chodził na kremówki, że pływał w kajaku, jeździł na nartach, że – o rewelacjo! - został papieżem, że ojcowsko wystylizowanym spojrzeniem ogarniał morza ludzkich istnień z różnych okien, że całował i głaskał dzieci po główkach. Że wielkim Polakiem był. I dobrze. I miło.
    Wpisując się w ten szczególny moment dziejowy, chciałbym wywołać jedną z wcześniejszych, bo okołosynodalnych (czytaj Sobór Watykański II) prób poetyckich nie tyle kapłana i największego kościelnego dostojnika, ale przede wszystkim poety Karola Wojtyły. Istnieje bowiem w jego dorobku pewien tajemniczy, ze wszech miar niewygodny w intelektualnej obróbce poemat zapewne znany tylko badaczom literatury i nielicznym fanatykom. Myślę o rozpisanej na przestrzeni dziewięciu stron lirycznej partyturze, o Profilach Cyrenejczyka, które Wojtyła wymyślił w 1957 roku i opublikował w Tygodniku Powszechnym pod pseudonimem Andrzej Jawień. Do niemal powszechnej nieznajomości wczesnych utworów najdobitniej rękę przyłożył sam autor, ukrywając je, publikując sporadycznie i to pod przybranym nazwiskiem. Po konklawe w 1978 roku i wyborze Ojca Świętego niektóre wydawnictwa (na przykład „Znak") zainteresowały się twórczością poety i uzyskały zezwolenie na wydanie wierszy, poematów oraz artykułów poświęconym teatrowi rapsodycznemu. Sława Jana Pawła II w czasach zsekularyzowanej kultury przyćmiła jednak literackie dokonania dawnego Lolka, znacząco zredukowała zainteresowanie Renesansowym psałterzem, Kamieniołomem, Hiobem, Jeremiaszem i innymi rzeczami sprzed pontyfikatu. Jak już to zostało zasygnalizowane Profile Cyrenejczyka podzieliły los wyżej wymienionych utworów. Pochylałem się nad tą nietuzinkową materią wiele dni, uderzałem głową w mur genotypowego pisarstwa Wojtyły, nieraz prując piórem pustkę i osiągając ledwie refleksy sensów i ustaleń, którymi pragnę się podzielić.
    Warto na początku przyjrzeć się tytułowi. Profile Cyrenejczyka dają pewne podstawy do wybicia się konkretnego bohatera eponimicznego, choć w strukturach tekstowych kryje się zaproszenie do intelektualnej gry, w trakcie której czytelnik może się przekonać, że figury ludzkie wypełniające poemat tworzą mnogość, zbiorowość, którą przy odpowiednim potraktowaniu możemy opisywać jako jeden swoisty charakter. Będzie miał on jednak różne profile... I tu kilka rozstrzygnięć semantycznych. „Profil" jest wyrazem bardzo pojemnym znaczeniowo. Implikuje formę, postać, powierzchowność, wchodzi w relacje z fizycznością sylwetki, wyobraża postawę, pozycję, układ czy ułożenie. Słowniki synonimów kojarzą „profil" z konturem, obrysem, sylwetką, rysunkiem oraz linią. Wspólnym mianownikiem większości wybrzmiałych wyżej wyrazów jest ich plastyczność, schematyczność. Profil ma prawo tu działać jak oryginał, matryca, od której można odrysować rzeczy niemal identyczne. Niemal. I ten Cyrenejczyk w tytule. Karol Wojtyła  dołączył do niezliczonej rzeszy artystów, którzy ożywiali bohaterów biblijnych, ale jak od Hioba i Jeremiasza pochodzą potężne księgi, tak nadmiarem wiedzy o Cyrenejczyku Biblia nie rozpieszcza. Człowiek ten pojawia się w ewangeliach przypadkowo i wspominają o nim tylko synoptycy:
Wychodząc, spotkali pewnego człowieka z Cyreny, imieniem Szymon. Tego przymusili, żeby niósł krzyż Jego.(Mt 37,32)
[...] i przymusili przechodzącego niejakiego Szymona Cyrenejczyka, idącego z pola, ojca Aleksandra i Rufa, aby niósł krzyż Jego. (Mk 15,21)
Gdy Go wyprowadzili, zatrzymali niejakiego Szymona z Cyreny, który wracał z pola. Włożyli na niego krzyż, aby go niósł za Jezusa.(Łk 23,26)
Jezus po haniebnym sądzie przed Sanhedrynem, podczas którego arystokracja żydowska wymusiła dlań wyrok śmierci, obarczony krzyżem musiał przejść przez miasto. Od Kwintyliana wiemy, że po werdykcie skazującym formował się exactores mortis – pochód składający się ze skazańca i oddziału zbrojnych odkomenderowanych do wykonania zadania. Ten swoisty spektakl śmierci miał dużą moc w sensie propagandowym; przestrzegał bowiem innych przed łamaniem prawa i rozpościerał wizję potwornych tortur. Wyprowadzony z pretorium Jezus kieruje się ku Bramie Efraima umiejscowionej w Szerokim Murze na wschód od Bramy Narożnej. Jerozolimskie bramy były miejscami, w których często dobijano targu i gdzie gromadziły się tłumy ludzi. Za czasów Nehemiasza na placu przy Bramie Efraima ludzie wznosili szałasy z okazji ważnego żydowskiego Święta Szałasów. Była to najprawdopodobniej brama północna, której nazwa została zaczerpnięta od imienia jednego z dwunastu synów Jakuba nazwanego potem Izraelem. Za nią otwarta przestrzeń, półpustynny, obejmujący wysokie wzniesienia szlak wiodący do Efraima, górskiej części centralnej Palestyny. W tym miejscu Skazaniec spotka Cyrenejczyka, który pomoże mu pokonać ostatni odcinek drogi.
Kwietniowe słońce nie jest jeszcze na tyle rozpalone, aby ludzie musieli się chować w cieniu, ale potrafi już dać się we znaki, zwłaszcza w godzinach południowych. Szymon właśnie wraca z pola. Kim jest, że już w południe zmierza do domu? Najemnicy zazwyczaj pracowali wiele godzin dziennie, ale właściciele dóbr ziemskich mogli zejść z pola wcześniej. W dodatku jest piątek przed świętem Paschy, więc zgodnie z zaleceniami żydowskich rabinów, prace przerywano właśnie w południe, aby mieć kilka godzin wolnych przed rozpoczęciem świętego odpoczynku. Szymona pewnie jednak bolą plecy, ręce ma umęczone całotygodniowym trudem. Ten niczym się niewyróżniający człowiek przybył z Cyreny, starożytnego miasta położonego w północnej Libii w odległości około 16 km od Morza Śródziemnego. Osada ta została założona w roku 630 p.n.e. a od IV wieku przed Chrystusem była siedzibą jednej z najbardziej wpływowych wspólnot żydowskich w Afryce Północnej. Jeśli damy wiarę greckiemu geografowi Strabonowi, przyjmiemy, że na tym terenie 25% ludności stanowili Żydzi. Obecnie Cyrena jest stanowiskiem archeologicznym niedaleko wioski Szahhat. Wspominał o niej również Herodot z Halikarnasu w pionierskich, napisanych dwa i pół tysiąca lat temu Dziejach. Co Cyrenejczyk porabiał w Judei? Może przyszedł tu w poszukiwaniu zatrudnienia? Jeśli tak, to je znalazł. Chętnie napiłby się wody, wargi jego są  spieczone, a całe ciało pragnie. Prawdopodobnie towarzyszą mu Aleksander i Rufus, starsi jego potomkowie znani zapewne w Kościele rzymskim i trzeci młodszy syn. Widzi już Bramę Efraima, zaraz schroni się w cieniu, ulży spracowanemu ciału. Chce tylko wrócić do miasta. Nie może jeszcze wiedzieć, że wszystkie kroki, którymi dotąd odmierzał bezkres Libii i Egiptu, którymi w polach Judei wydeptał swoje strudzone ścieżki, że wszystkie były potwornym znieruchomieniem, ale i cudownym przygotowaniem do tego kroku pierwszego. Czy pamiętasz ów pierwszy krok, którym dotąd idziesz bez przerwy? – zapytuje Karol Wojtyła w Profilach Cyrenejczyka. W przepięknej antytezie znajduję odpowiedź: Idę, lecz cały stoję, nie czuję żadnego ruchu. Ale cóż robi ten odmieniony tłum przy bramie? Och, Szymon jest zmęczony, ociera dłońmi spoconą twarz. Dlaczego się tak tłoczą? Czego chcą ci żołnierze? Nie, dajcie mu spokój!
Oko w oko z Człowiekiem. Ulica i wiele twarzy –
i uderzenie w skroniach jak kuźni miarowy huk.
Ja nie idę szukać przygód. Nikogo nie chcę obrażać.
Chcę wystarczyć sobie samemu.
Siepacze z Piłatowej eskorty podbiegają do Szymona, popychają go, razami i kopniakami zmuszają, aby niósł krzyż. Nie, to nie jego sprawa. Dajcie mu spokój! Czyście oślepli? Nie widzicie – on nie chce, by wdzierał się w niego żaden nędzarz, skazaniec czy Bóg. Cyrenejczyk pragnie uniknąć spojrzeń żołnierzy i tłumu. Jak wymknąć się z objęć cierpienia i bólu Skazańca? Jak ominąć ten los zstępujący nań z krzyża? Mój niby szczęśliwy byt wystarcza mi, nie potrzebuję nikogo i niczego oprócz siebie. Proszę was, drodzy nędzarze, chorzy i skazańcy, i ciebie proszę, panie Boże, nie wdzierajcie się we mnie. Nic mi po tym. Jestem sprawiedliwy! Wcześniej napastnicy wodzili wzrokiem po tłumie, lecz nie znaleźli godnego. Ten zaś, który właśnie przechodził przez bramę pewnie podoła, pewnie udźwignie. Ma szerokie ramiona, wygląda na silnego. Błogosławiona Anna Katarzyna Emmerich w widzeniu Pasji dostrzegła czterdziestoletniego krzepkiego mężczyznę w krótkim, obcisłym kaftanie. Głowa była odsłonięta, uda miał owinięte szmatami, na nogach sandały. Dwaj synowie byli ubrani w barwne sukienki, trzeci syn jeszcze mały.
Ulica i wiele twarzy.
A miało przyjść wytchnienie. Zasłużony odpoczynek. Szabat.
Oko w oko z Człowiekiem.
Szymon chyba nie znał tego Człowieka. Zresztą niewielu by Go teraz rozpoznało. Zmasakrowany strzęp ludzkiego ciała przygnieciony zbitymi w krzyż belkami. Odrażający widok upokorzonego Męża Boleści. Wcześniej był biczowany, a nie wszyscy poddani tej karze nieszczęśnicy uchodzili z życiem. W środkowej części Sądu Ostatecznego Hieronima Boscha możemy u góry odszukać flagellum, bicz zakończony ołowianymi kulkami, który w tryptyku niemieckiego malarza jest symbolem męki Pańskiej. Okrutne to narzędzie z łatwością rozrywało skórę i mięśnie. Święta siostra Faustyna, mając wizję Jezusa ukrzyżowanego, napisała w swoim dzienniczku: Krew Jego płynęła na ziemię, a w niektórych miejscach ciało zaczęło odpadać. I widziałam na plecach parę kości Jego obnażonych z ciała". Nie jest łatwo wyobrazić sobie dziś okrucieństwo biczowania. Widzimy Szymona z Cyreny w stacji piątej Via Doloresa. Być może podnosi ten kloc krzyża z odrazą, a potem wlecze go dla świętego spokoju, bo zapewne nie rozpoznał wybrania, nie przyjrzał się Temu, z kim teraz idzie, nie pojął wagi tego, co niesie. Poeta Kazimierz Braun w wierszu Cyrenejczyk pisze o człowieku włączonym przemocą w kondukt kaźni, o człowieku przerażonym, że jego też pobrudzi ta hańba. Szymon wcale tego nie chciał, wszak synoptycy zgodnie akcentują akt przymuszenia: tego przymusili, i przymusili przechodzącego, włożyli na niego krzyż. To niesprawiedliwe! Szymon próbował targować się z siepaczami o to, co sprawiedliwość każe, o siebie, o to, co słusznie go ominąć powinno. Krzyż uchodził za fizyczny znak winy, zbrodni, narzędzie haniebnej śmierci, a zatem był emblematem brutalnej rzeczywistości rzymskiego okupanta wszczepianej w kulturę semicką mocą ówczesnego systemu jurysdykcyjnego. Ten, kto niósł krzyż, był winny, a taka świadomość z pewnością ubliżała godności wolnego człowieka, za jakiego uważano Szymona.
Człowiek sprawiedliwy dotąd – a dalej?
Pójdą ludzie – kobiety i dzieci – ci sami,
A ja z nim –
Któż nas odróżni, gdy ciężar złączonych na ziemię powali?
[...] ja nie wytrzymam: sprawiedliwość to nie posąg ze stali.
Cyrenejczyk boi się utraty dobrego imienia, słusznie lęka się, że zostanie zaliczony w poczet zbrodniarzy. Będąc człowiekiem sprawiedliwym, nawołuje o tej sprawiedliwości urzeczywistnienie. Karol Wojtyła w swoim poemacie analizuje ziemskie, ludzkie rozumienie sprawiedliwości. Święta w przestrzeni żydowskiej religijności była fraza: Oko za oko, ząb za ząb. Szymon nikomu nic nie zawinił, dlatego niesprawiedliwe jest jego współcierpienie z Winnym. Sprawiedliwość domaga się buntu. Tyle, że Winny w oczach świata jest najbardziej Niewinny w sensie Bożej ekonomii zbawienia, o której wielokrotnie Jan Paweł II będzie wspominać w późniejszych papieskich encyklikach. W relacji Marka czytamy: [...] arcykapłani i cały Sanhedryn szukali świadectwa przeciw Jezusowi, aby Go zgładzić, lecz nie znaleźli. Niewinny z miłości do ludzi wziął na siebie brudy całego świata, z miłości, a nie w imię sprawiedliwości czy niesprawiedliwości. Wie o tym Magdalena, która w utworze Wojtyły wyznaje z mocą:
To są chwile, gdy miłość boli [...]
Jednak suszę całego świata
nie ja odczuwałam, lecz On
Szymon, nie mający w sobie tej wyniszczającej siebie miłości, domaga się sprawiedliwości, która wzbrania się przez przyjęciem brudu drugiego człowieka. Tutaj poczuć możemy radykalizm i absurd wiary[...]
Melancholik, typ ludzki, który jest przez Karola Wojtyłę w Profilach świetnie diagnozowany, ogłasza:
Nie chciałem wziąć.
Nie chciał wziąć krzyża. Przecież jest jakieś życie, więc po co je sobie komplikować. Schizotymik, człowiek oschły, nieufny, wyniosły i apatyczny widzi w oddali zwierciadło. Chcąc ujrzeć w nim swoje odbicie, swój profil, musi się do przedmiotu przybliżyć. Podchodzi do lustra, ale rysy nie są jeszcze wyraźne. Schizotymik nie rozpoznaje jeszcze osobowości schizoidalnej. Schizotymik przybliża się, lecz lustro jakby oddala. Postać wciąż tonie w przestrzeni odległości. Schizotymik staje jednak przed szkłem prawdy i widzi w nim odbicie Cyrenejczyka mocującego się z własną wolą: nieść czy upaść? Przecież jest jakieś życie, więc po co mi moce, które w ciszy się prężą? Ale ten krzyż przychodzi sam, a głębia, którą otwiera, nie kończy się w Melancholiku, Schizotymiku, Niewidomym i Aktorze, ta głębia nie kończy się we mnie i w Tobie. Zawsze wychodzi poza człowieka. Bohaterowie Wojtyły osiągają świadomość, że rzeczywistość, w którą przez swoje krzyże zostali wplątani bardziej jest wspaniała niż bolesna. Zatem żegnaj melancholio, która ograniczasz człowieka do istnienia niezdolnego rzucać się na głębię, odtąd iść i dźwigać po prostu będę tę całą subtelną strukturę. I oto w jednej z wielkopostnych pieśni słyszymy słowa oznaczające całkowitą zmianę perspektywy: Cyreneusza pod ciężar krzyżowy przyjmuje Jezus. Słowo „przyjmuje" sprawia, że na sytuację zaczynamy spoglądać przez pryzmat woli wyjętego spod prawa, milczącego Skazańca. W Bramie Efraima sponiewierany Chrystus zaprasza Szymona do korowodu śmierci, który paradoksalnie zostanie sfinalizowany wiecznością wolną od wszelkich trosk ludzkich. Ten, który sam nazwał siebie Bramą jawi się jako ktoś, kto obdarza krzyżem; Jego belka jest zatem darem, nagrodą, nie karą. Ewangelista Mateusz poucza, że kto nie jest gotów na solidarne podzielenie życia i śmierci z Nim, nie zasługuje na to Dobro: Kto nie bierze swojego krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien (Mt 10,38). Szymon został więc obdarowany, stał się godzien. Nasz bohater  z Cyreny do żywego dotknięty cichym zaproszeniem Obolałego od przymusu przeszedł do pełnej gotowości. To, co z perspektywy tłumu mogło uwłaczać jego godności nadało mu nową godność w kontekście odkupienia, które, jak się okazuje, od dawna było przedmiotem rozważań Wojtyły. Tutaj zaznaczyć trzeba, że Profile Cyrenejczyka można traktować jako przygotowanie gruntu pod zasiew idei, której pełny kształt nada już Papież Jan Paweł II w encyklice Redemptor Hominis. Podejmowanie ludzkiego krzyża, ponieważ najpełniej urzeczywistnia się w fizycznej bliskości wyrażanej nierozerwalną więzią czy braterstwem, każe sytuować ideowe przesłanie poematu Wojtyły w kategoriach antropocentrycznych.
    Szymon z Cyreny już nie wypuści krzyża z rąk. Pójdzie do samego końca, a Winnego niemal wniesie na Golgotę. Pomoże Chrystusowi i jednocześnie „załatwi" swoją sprawę. Rozprawi się z sumieniem, przez które tego dnia jakaś Zwierzchność zacznie doń mówić alfabetem miłości a nie ułomnej sprawiedliwości. Biedny  Cyrenejczyk, który pragnął tak niewiele, nagle otrzymał wszystko, bo taki jest Winny – Jemu łatwiej dać wiele niż za mało. Pięćdziesiąt jeden dni po śmierci Chrystusa na święcie Pięćdziesiątnicy będzie można dostrzec sporą grupę osób z różnych części Libii. Ewangelia krzyża, którą napisał ów Afrykańczyk współuczestnicząc w męce Pańskiej – oto wyraźna projekcja świadomości, że istnieją krzywdy inne niż krzywda własna. Karol Wojtyła widzi profile tego przedziwnego ewangelisty w bohaterach, którymi zaludnił karty poematu. Niewidomi, którzy chętnie wzięliby cały ciężar człowieka w sposób szczególny przeżywają drogę utopioną w mroku.  Aktor, przez którego przetacza się suma ludzkich masek i doświadczeń, dziewczyna zawiedziona w miłości, dzieci, robotnik z fabryki samochodów, robotnik z fabryki broni, przez którego dłonie przechodzą fragmenty zniszczeń, człowiek emocji, intelektu, woli i Magdalena. Wszyscy w jakiś sposób realizują testament krzyża. Nazwiska nie wymieniaj. Zwiąż z jakimkolwiek „ja" swoje kroki i dźwignij to, co zniszczyć cię może tylko w oczach świata – taką naukę daje Karol Wojtyła, który, uwspółcześniając biblijne źródła odniesień i pozostając pod wpływem modernistycznej poetyki symbolu, rozszerza zakres podejmowanej problematyki do granic powszechności.
W roku 2006 Marek Koterski zrobił film Wszyscy jesteśmy Chrystusami. To być może kontrowersyjny, ale mocny obraz. Czytając Profile przyszłego następcy świętego Piotra, trudno oprzeć się wrażeniu, że wszyscy jesteśmy Cyrenejczykami. Każdy może mieć swojego Chrystusa, każdy może znaleźć jakiś Jego odprysk w innym człowieku lub w sobie. Każdy może nosić w sercu jakąś drzazgę świętej belki. Każdy, kto jest gotowy zrezygnować z dochodzenia sprawiedliwości i pobrudzić się czyjąś nędzą. Odciski palców, które Cyrenejczyk pozostawił na krzyżu są naszymi odciskami.