Ariana Nagórska - Sukcesikarstwo


                                                        Niczym bogactwo, niczym znaczenie,
                                                            tylko wewnętrzne zadowolenie
                                                            stanowi wartość człowieka.
                                                                         (Najmądrzejszy wierszyk wpisany mi do pamiętnika
                                                                           w latach szkolnych)

          Wewnętrzne zadowolenie to jedyny autentyczny sukces, jaki za ziemskiego żywota można osiągnąć. Nie ma ono nic wspólnego z tak zwanym myśleniem pozytywnym, które propaguje się właśnie jako lekarstwo (o właściwościach narkotycznych), mające wewnętrzne niezadowolenie tłumić lub niwelować. Wzorowy adept szkoły myślenia pozytywnego całą rzeczywistość widzi na różowo, nie mając jednak ani różowego, ani zielonego pojęcia, że ulega ostrym odlotom.
          Prawdziwe wewnętrzne zadowolenie to nie jest brak krytycyzmu, głowa w obłokach, klapki na oczach i różowe okulary na nosie. To przede wszystkim duży stopień uniezależnienia od tego, co świat od wieków (a w kapitalizmie zwłaszcza) uznaje za życiowe osiągnięcia. W wierszu z motta bogactwo zupełnie słusznie wymieniono na pierwszym miejscu, bo jako „wyznacznik sukcesu życiowego" zawsze wiedzie prym. Ale potoczne powiedzonko pieniądze szczęścia nie dają, też nie wzięło się znikąd. Na dodatek nie tylko nie dają szczęścia, ale wywołują wręcz stan zagrożenia, a przekonanie, że z bogactwem wiąże się poczucie bezpieczeństwa, to pogląd najgłupszy z możliwych. Aby się o tym przekonać, wcale nie trzeba badać życiorysów czołówki światowej finansjery, wystarczy choćby nawet przelotnie rzucić okiem na znajomków, którzy co nieco zagarnęli. Ze wszystkich stron obawiają się kradzieży, napadów, oszustw, a nawet utraty swego bezcennego, dobrze sytuowanego życia. „Nie informuj na Facebooku, że jedziesz na urlop, bo ci obrabują mieszkanie". „Gdy wychodzimy z domu, zostawiamy zapalone światła, by złodzieje nie wiedzieli, że dom jest pusty. Martwią nas duże rachunki za prąd, ale przecież nie mamy innego wyjścia!" Ot i problem: gdy głupi puka się w czółko, na czółku zostaje mu kółko. Wyjątkowego ubawu doświadczyłam w związku z pewnym śmiertelnie poważnym pytaniem: Czy mogłabyś ujawnić, jaka firma ochroniarska chroni cię tak skutecznie, że przez 7 lat nie było włamania? – U mnie włamania dotąd nie było nigdy, skąd więc przyszło ci do głowy akurat 7 lat? – Bo przecież wiem, że od około siedmiu lat masz po ojcu drugie mieszkanie, a   nie wmówisz mi, że nikt go nie chroni, gdy w nim nie przebywasz! – Chronią je wojska NATO i niebieskie zastępy Michała Archanioła! Po tej odpowiedzi bogaty rozmówca utwierdził się jeszcze mocniej w przekonaniu, że skoro stać mnie na żarty z rzeczy tak świętej jak nieruchomość, to mam ją na pewno zabezpieczoną profesjonalnie. – Przez tyle czasu bez ochrony KAŻDY by ci  budę okradł! – Skoro każdy, to czemu przynajmniej ty nie spróbowałeś, by się przekonać, jak ta niezrównana ochrona działa? Dla złodzieja kusząca byłaby tam tylko zawartość barku. Nie wygląda on jednak standardowo, jak sklep monopolowy. Przypomina raczej skrytkę na cud-produkty dawnych alchemików. Człowiek sukcesu w kapitalizmie musi mieć plan i cel działania, złodziej więc usiłowałby sprawdzić, czy napotkane dobra posiadają walory konsumpcyjne. Wcale nie twierdzę, że jak za komuny piłby od razu do upadłego. W kapitalizmie nawet po symbolicznej degustacji można czasem długo  nie wstać, a to sukces zawodowy z góry wyklucza! Niezależnie od wykonywanego zawodu należy pracować sprawnie i wydajnie, a nie potykać się o czas i przestrzeń. Wyścig szczurów polega na tym, by przemyślnie utrudnić bliźniemu osiągnięcie niemiłego nam sukcesu  (np. złodziejowi zagarnięcie dóbr z mojego barku). Dumna mogę być jednak z tego, że nie stosuję walk zębami i pazurami, tylko skłaniam delikwenta do przewracania się o własne nogi na prostej drodze do bogactwa.

          Po bogactwie wiersz z motta wymienia znaczenie (co obejmuje i władzę, i sławę). Opętanymi żądzą władzy nie będę się tu szczegółowo zajmować, bo moją frajdą jest akurat obserwowanie uzależnionych od tzw. sławy, czyli nałogu w mym mniemaniu najgorszego z wszystkich!  Alkoholik czy narkoman nawet w finalnym stadium nieraz choć na chwilę wytrzeźwieje, a poza tym dopóki żyje, można go leczyć. Uzależniony od tak zwanej sławy nie trzeźwieje nigdy, a leczenie tej epidemii nie istnieje, bo właśnie stan beznadziejny uznawany jest tu za symptom doskonałego zdrowia. Cały czas konsekwentnie używam formuły tak zwana sława, bo gdy bogactwo można obliczyć, a zasięg władzy określić – sława jest zawsze rodzajem bańki mydlanej, a jej związek z poczuciem sukcesu stanowi iluzję  wyjątkowo podejrzaną. Jeśli na przykład (co zdarza się wcale nie rzadko) ktoś zdobył światową sławę i u szczytu kariery popełnił samobójstwo, czy odniósł sukces, czy raczej nie? Tego, co najważniejsze, czyli wewnętrznego zadowolenia (np. ze swej sławy) nie zaznał na pewno.
          Tak się akurat składa, że wielkie, związane ze sławą sukcesy zewnętrzne (bo co do wewnętrznych mam spore wątpliwości) skłonna jestem przypisywać głównie naukowcom, estradowcom i filmowcom, natomiast tak zwana kariera literacka to dla mnie jaja do kwadratu nawet gdyby chodziło o samych noblistów (wskutek powszechnej degeneracji intelektualnej i analfabetyzmu wtórnego pisarstwo wybitne ma coraz mniej czytelników). Ale przecież to nie noblistami „literatura współczesna" stoi (a właściwie leży). Dzięki pomniejszym literatom i grafomanom uzależnionym od sławy mam na co dzień jaja  podniesione do potęg wyższych niż tylko skromny kwadrat. Ten bawiący mnie temat drążyć będę jeszcze długo i to z różnych stron, tym razem skupię się jednak na aspektach tragicznych nałogu sławy, przy czym tych, którzy z poczucia niespełnienia pisarskiego popełnili samobójstwo, zupełnie tu pomijam. Problem widzę właśnie w tych żywych i działających, którzy jakieś talenty literackie posiadają. Gdy są uzależnieni od sławy, mają tylko dwa nieciekawe wyjścia: albo talent swój zmarnować, albo przynajmniej znacząco ograniczyć. Dzielą się oni na dwie grupy: nachalnych (wytrwale domagających się uznania choćby kłamliwego) oraz wycofanych.  Nachalny to typowy chałturnik pod publiczkę, im liczniejsze stado wokół siebie skupi, tym w jego mniemaniu większa sława. W formie i treści ogranicza więc swój przekaz literacki do takiego poziomu, by stado ze zrozumieniem nie miało kłopotu. O wykorzystaniu posiadanego potencjału twórczego (a tym bardziej o jego rozwoju) nie ma tu co mówić. Angażując moce twórcze na pół gwizdka produkuje hałdy chłamu w myśl zasady: im więcej i gorzej, tym dla sławy lepiej!
         Wskutek nieosiągnięcia tak zwanego sukcesu literackiego (czyli sławy) zdolny pisarz może się też wycofać. Tu od razu zaznaczam, że nie chodzi o wycofanie się np. z lataniny po spotkaniach autorskich i pisanie w domowym zaciszu. Taka postawa zdolnemu mogłaby tylko wyjść na dobre, bo ARTYSTA TO NIE AKTYWISTA! Chodzi mi o zrezygnowanie z pisania w ogóle, bo wściekły nałóg sławy i aplauzu całkowicie zniszczył to, co dla artysty najważniejsze: NIEZALEŻNOŚĆ! Nie znalibyśmy dziś na przykład Norwida ani van Gogha, gdyby byli nałogowo uzależnieni od artystycznego sukcesu. Nie zyskując aplauzu współczesnych sobie palantów, jeden by przestał pisać, a drugi malować.
        „Postanowiłem: Nie będę uprawiał kretyńskiej literatury dla kretynów, aby zasłużyć na pochwały kretynokrytyków. Finito!" – napisał mi pewien zdolny poeta, niezły prozaik i eseista oraz całkiem przyzwoity recenzent. Tak właśnie działa nałóg sławy w czystej postaci. Bez tego nałogu nawet na myśl zdolnemu nie przyjdzie, że miałby pisać „dla kretynów". Działa wręcz przeciwnie: pisze tak, by łby próbujących go „ambitnie" czytać kretynów bezsilnie waliły w nieprzebyty dla nich mur! Im liczniejszy fan club kretynów, tym dla artysty większy wstyd, a nie sukces. Czy to nie żenujące, gdy wskutek braku uznania ze strony tak  kompromitującej grupy artysta zakopuje talent w ziemi? I to na dodatek artysta wierzący, który zapewne zna z Biblii przypowieść o tym, jak Bóg ocenił zakopanie w ziemi (a więc niepomnożenie) darowanego człowiekowi talentu.
         Zauważyłam, że swej wolności, zainteresowań i pasji nieintelektualiści znacznie lepiej oraz skuteczniej potrafią bronić przed nieżyczliwością otoczenia, na wyrazy uznania wcale nie czekając. Pewien znany mi  mieszkaniec wsi uwielbiał każdą wolną chwilę spędzać, łowiąc ryby. Wkurzało to zarówno jego piekielną babę, jak i krewnych, bo „czas tylko marnuje, a żadna z tego korzyść!"  W końcu jego „kretynokrytycy" powiedzieli, że więcej nie będą przyrządzać ani jeść złowionych przez niego ryb! Na to wędkarz odpowiedział: Łowię, bo to umiem i lubię, a nie po to, by chamom zapychać brzuchy! Czy ja się naprzykrzam, by byle komu moje ryby smakowały? Ten był mądrzejszy od wszystkich uzależnionych od cudzego uznania intelektualistów  razem wziętych. O jego wewnętrzne zadowolenie też można być spokojnym!
 

Również tego autora