Stefan Pastuszewski - Teatr dla dzieci organowy

Wprawdzie świat myśli, emocji, wyobraźni i intuicji na pewnym etapie rozwoju dziecka jest względnie niezmienny i pozostaje niezależny od ducha epoki, a więc klasyczny Czerwony Kapturek jako moralitet przemawia od wielu lat i długo jeszcze będzie przemawiać do najmłodszego widza, to jednak rozważne próby jego uwspółcześniania zasługują na uznanie. Tym bardziej, że teatr dla dzieci, to gra, zabawa i współudział z dziećmi dorosłych aktorów i dorosłych rodziców. A im też coś z żywej nowości się należy.

Taką żywą nowość stworzył Bydgoskie Teatr Lalek „Buratino" w oparciu o tekst i scenografię swego reżysera i dyrektora zarazem, Czesława Sieńko. Autor premierowego spektaklu, który odbył się 19 stycznia 2014 roku na deskach teatru Miejskiego Centrum Kultury, z klasyki czerwonokapturkowej zaczerpnął jedynie fabułę (w zarysie) i główną intrygę oraz niektóre postaci. Wprowadził jednak do tego moralitetu nowość w formie wyplatania sieci przyjaźni między zwierzętami w lesie (dzieło Czerwonego Kapturka) oraz łagodne, sielankowe zakończenie, kiedy wszyscy bohaterowie dramatu z Wilkiem na czele tańczą i śpiewają w najlepszej komitywie ze sobą. Myśliwy nie kroi wcale brzucha Wilka nożem, lecz na życzenie tegoż, który – skruszony – nie wytrzymuje naporu i perswazji, podaje mu tabakę, której zażycie powoduje, że Babcia z Wnuczką bezkrwawo opuszczają przepastny brzuch zwierzęcia, w którym mieści się nawet…telewizor. To telewizja nadaje komunikat o zaginięciu Czerwonego Kapturka, a atmosferę grozy, ale też leśnej głuszy jako takiej, potęgują obrazy filmowe (fascynujące przedstawienia wilka w naturze) oraz gesty Cieni w czarnych trykotach, granych przez tych aktorów, którzy w danej scenie nie biorą akurat udziału jako bohaterowie. Mamy więc teatr ogromny, trzyplanowy, wzbogacony o piosenki, a śpiewa każdy z pięciu aktorów i to dobrze. Przestrzeń teatralną poszerza interakcja z widownią. Zając (Karolina Suchodolska) pyta przybyłe do teatru dzieci: - Czy damy radę wilkowi?, a dzieci odpowiadają chórem: - Taaak!
Nawiasem mówiąc, przydałoby się jeszcze kilka takich dialogów, aby wyrwać ze znużenia, bo spektakl trwa blisko dziewięćdziesiąt minut czyli dwie jednostki lekcyjne bez przerwy, najmłodszą część widowni, jako że starsza wcale się nie nuży. Skrócenie spektaklu nie powinno raczej wchodzić w rachubę, gdyż byłaby to strata niektórych świetnych, pełnych dowcipu i finezji, także nasyconych aluzjami, dialogów. Bydgoski spektakl został wzbogacony w stosunku do oryginału o intrygę z Lisicą (Karolina Kasprzak), która w batalii o prymat w lesie, stara się przypodobać Wilkowi (Adam Wiśniewski) i wykrada Czerwonemu Kapturkowi (Iga Jambor-Skupniewicz) tabakę i zapałki, bowiem dziewczynka chciała dać radę Wilkowi właśnie poprzez potraktowanie go sproszkowanym tytoniem oraz machanie płonącą gałęzią (świetna informacja edukacyjna o wilczych obyczajach, fobiach i skłonnościach). Nowością w stosunku do oryginału jest też zaangażowanie ptaków jako eskadry zwiadowczej (fantastyczne skrzeki Karoliny Kasprzak i Karoliny Suchodolskiej) w wojnie z Wilkiem.
Leśniczy (Jarosław Siech) z jednej strony pilnuje zaprowadzonej przez Czerwonego Kapturka przyjaźni w lesie (strofuje Lisicę za przegnanie Zająca), a z drugiej smali cholewki do Mamy (Karolina Kasprzak). W ogóle pierwsza scena – wyprawianie przez Mamę Czerwonego Kapturka do lasu – jest bardzo życiową, na pewno znaną młodym widzom z autopsji, przeniesioną na deski teatru sytuacją z przeciętnego domu (nadopiekuńcza, ale też myśląca głównie o swoim wyglądzie, mama). Nowością natomiast są rady i przestrogi dziecka kierowane do matki, bowiem współczesne dziecko nie daje przecież sobie w kaszę dmuchać. Ten dialog dwóch kobietek, które dzieli co najmniej dwadzieścia lat, wyraźnie umniejsza ów czasowy dystans i odzwierciedla partnerski styl współczesnego wychowania, ba, współwychowywania nawet.
Czesław Sieńko wprowadził też do dramatu monologi i dialogi osób połkniętych przez Wilka, co zakrawa już na surrealizm, lecz dla młodej, buchającej wyobraźnią widowni, nie jest to żadnym zaskoczeniem. Po prostu osoby połknięte, lokując się w ciemności wilczego brzucha, czyli na uboczu sceny, posługują się latarką i… oglądają telewizor z owym krzepiącym komunikatem o ich zaginięciu. Jest to dla dzieci normalka, tak jak normalką jest twierdząca odpowiedź na zapytanie, wprowadzającego w przedstawienie reżysera: – Czy widzicie ptaszki i wiewiórki?, podczas gdy – oprócz świergotania – przez spektaklem żadnych leśnych rekwizytów nie ma.
Młodym widzom też nie przeszkadza fakt, że nieco awangardowe lalki autorstwa Marii Balcerek są na kijkach, a aktorzy nie kryją się wcale za parawanami. To skrzyżowanie aktorów z kukiełkami buduje w tym ogromnym teatrze wyobraźni dodatkowy, czwarty plan. Zresztą filigranowa Iga Jambor-Skupniewicz, koncertowo grająca Czerwonego Kapturka, w niektórych momentach jako żywo przypomina pacynkę (fryzura typu wkurzony Chopin).
Nie jestem wróżbitą ani teatralnym jurorem, ale przepowiadam bydgoskiemu Czerwonemu Kapturkowi wysokie miejsce w konkursie teatrów lalkowych.
 

Również tego autora