Elżbieta Stankiewicz-Daleszyńska - MONSTRUM Z UROCZYSKA – OHYDNOMORDY ATAKUJE (1)

Dzień następny już tak słoneczny nie był: niebo zasnuły ciemnopopielate postrzępione – rozstrzępione CHMIURZYSKA, a nawet, gdy to ponownie – terkoczącym autobusem – na SIÓDME GÓRZYSKO się PANI EGUCKA zaturlała i wysiadła, prawdziwie jesienne wichrzysko pędzące od strony wzburzonego JEZIORA WIELKIEGO (to MAŁE, to było dużo dalej, PANI EGUCKA jeszcze nigdy go nie widziała – oglądała), zerwało jej z głowy marynarską lnianą czapeczkę odziedziczoną po Gertrudzie – Żannie, w której to Gertruda – Żanna w latach trzydziestych ubiegłego wieku po molo w Gdyni paradowała; taka FRYMUŚNA – jak mawiała Stasia od św. ZYTY – furażereczka była wówczas szczytem mody… PANI EGUCKIEJ zawsze, gdy ją nakładała, przez oczami jej wyobraźni sceny z filmów z tego okresu się ukazywały, gdzie to pięknotki, tam pokazywane – z nonszalancką radością wyśpiewywały:
Ach jak przyjemnie
Kołysać się wśród fal
Gdy szumi, szumi woda
I płynie sobie w dal…

Toteż MODNISIA (ach, ta Stasia! Bo Stasia! Stasia!), jaką Gertruda – Żanna była, też takową nosiła, jako dodatek do biało – perłowej, wąskiej – syrenie kształty Gertrudy – Żanny eksponującej (każda skrzypaczka przecież szczupła),sięgającej – zgodnie z panującej wówczas modą – nieomal kostek, sukienki z jedwabnej BURETY (taki surowy jedwab, gdyby ktoś z dwudziestego pierwszego wieku, gdzie wszechwładnie panuje poliester, chciał wiedzieć), śnieżnobiałych skarpetek z błękitnym szlaczkiem i skórzanych pantofelków zapiętych na pateczkę z małym guziczkiem: taką właśnie Gertrudę – Żannę ukazywały fotki z tego okresu.
Czapeczka gnana wichurą turlała się po stoku góry w dół, toteż PANI EGUCKA też – po tym stoku na łeb na szyję – jak Stasia od św. ZYTY by powiedziała zawsze rację miała – aż do tego wąwozu? Jaru przebrzydliwego? Gdzie to ponownie jak wczoraj, WYHYNĄŁ – tam w górze, na skraju tej głębokiej zapadliny – ŁEB OHYDNOMORDEGO? Złowrogiego PSISKA? MONSTRUM Z UROCZYSKA???! Choć może to była i ta PANTERA DANTEGO, poprzedzająca go w drodze do PIEKŁA?... Któż to może wiedzieć, kiedy to taki ŁEB się z góry nad nami wychyla – pochyla… ŁEB żarłoczny, z tą dzikością w ślepiach zaślepionych  wściekłością. Oczywiście!!! Na PANIĄ EGUCKĄ tam zaczajony.
Czapeczka się na chwilę zatrzymała w tym rozpędzie – pędzie, bo rozpłaszczona – przypłaszczona siłą wiatru do narzutowego polodowcowego głazu, który to wystawał ze ściany jaru; PANI EGUCKA w ostatniej chwili – nowy podmuch tego wichrzyska – ją złapała, zmięła w garści, przytwierdziła do leżącej na dnie jaru żerdzi – sznurkiem przewiązała, który to w kieszeni miała, bo Szlachecki jej zawsze do wszystkich kieszonek – kieszeni kawałki sznurków wkładał – według zasad swego ojca… co ten folwarczek miał… bo on to był mawiał:
- Chłopcze, sznurek się może przydać zawsze! – ale i zaraz dodawał:
- Jak do lasu jedziesz, to pamiętaj: zawszeć zabieraj łańcuch, siekierę i chleb, bo wówczas i powalone drzewo z drogi usuniesz… bo ta siekiera, ten łańcuch… a chleb, to jakby co, to zawsze jakoś przeżyjesz.
Toteż PANI EGUCKA się nad tymi mądrymi zasadami zastanowiwszy, rozważała, czy aby też o ten łańcuch, tę siekierę, się nie postarać, bo kawałek chleba orkiszowego posmarowanego? Maźniętego taką mazią masłopodobną, skutecznie ponoć obniżającą poziom cholesterolu – STRASZYDŁO jej współczesnych – OPTIMA CARDIO (co za nazwy!) – miała.
Teraz jednak tylko sznurek musiał jej wystarczyć, toteż przy jego pomocy i czapeczki Gertrudy – Żanny oraz kija, skonstruowała KUKŁĘ, którą to, jak jakąś buławą swych przodków… tych, co to po dzikich polach… unoszoną w górę kilkakrotnie, temu ŁBU OHYDNOMORDEMU pogroziła.
OHYDNOMORDY zawył, zaharczał i na moment się schował poza górną krawędź ZAPADLISKA; ten moment PANI EGUCKA wykorzystała – zdołała, aby się wspiąć na tę płaszczyznę, na której stało ujawnione jej wczoraj to odkryte GMASZYSKO, będące Szkołą Podstawową w UROCZYSKU.
W szkole już też nie było tak miło jak minionego – wichrzysko i tutaj się wciskało poprzez wszystkie okienne szczeliny i poświstywało upiornie – grało – wygrywało sprawniej, niż miało to czynić na tych ORGANACH HASIORA – takiej GRAJĄCEJ? SAMOGRAJĄCEJ? RZEŹBIE ustawionej w przestrzeni na jakimś PAGÓRZE? Nie – na przełęczy SNOZKA, w paśmie łączącym Gorce z Pieninami, po których to PANI EGUCKA wędrowała – ucieszyła się tym przypomnieniem… wtedy nie grały, dopiero poddane renowacji, już po śmierci ich twórcy rozśpiewały się pasterskimi dzwoneczkami… w 2010 roku to było…
Wiatr poświstywał i do tej jego ponurej melodii trzeba było powrócić – do żadnych tam pasterskich dzwoneczków na przełęczy SNOZKA.
Do pokoju Pani Pedagog też (no tak – aleś się UTONKAŁA, PANI EGUCKA – powiedziałaby Stasia od św. ZYTY), gdzie wichrzysko z taką siłą pchnęło okienną ramę, że te fiołkowe orchidee… te ulubione! Pani dyrektor… zepchnęło na podłogę, donicę o posadzkę roztrzaskało, jej jasność grudkami czarnej ogrodowej ziemi zarzuciło.
Janowa teraz, w swym nieodstępnym nylonowym fartuchu, zmiatała te grudy, a przesadziwszy kwiaty do nowych wysmukłych szarawych donic z IKEI, wyniosła je na korytarz była, by po chwili ostentacyjnie odnieść je na powrót do gabinetu dyrektorki.
Powróciwszy, spojrzała na PANIĄ EGUCKĄ ponuro i rzuciła twardo:
- NIC tu po pani – tutaj żadna PANI PEDAGOG  się nie uchowa – ŁÓÓN sobie nie życzy! Na niego to i cysterna święconej wody by nie starczyła – zachichotała zwycięsko – a cóż dopiero taka PANIENKA Z PAŁACU – rzekomo lepszejszego, bo DOBREGO ŚWIATA… ale jakby GŁUPAWEGO, bo czyż na tym świecie dobroć popłaca? Matka moja zawsze mawiała: - Pamiętaj, dobrego się ma za głupawego. W UROCZYSKU się tego trzymamy – wykrzyczała ze złością.
- NIC TU PO PANI – rzuciła raz jeszcze z naciskiem, jakby mówiąc językiem Stasi od św. ZYTY, powiedzieć chciała:
- FORA ZE DWORA – drzwiami wychodząc trzasnęła, a nawet w zapamiętaniu jakimś, w takie już zatrzaśnięte, od strony korytarza – trzykrotnie nogą kopnęła.
PANI EGUCKA podeszła do okna: widok z niego ukazany, drugą stroną pagóra był. Schodził stromą ścieżką wyposażoną w drewniane schodki, a jego rozczochrana panorama bezładnie licznymi klockami  domostw upstrzona, poprzecinana była nieregularnie jakimiś drogami, dróżkami, steczkami; PANI EGUCKA w ten ŚWIAT CHAOSU, ze swego okna, niczym z lotu ptaka, się wpatrywała, jakiegoś bólu doznawała, bo przecież ten bezład kosmicznemu ŁADOWI urągał, w jakieś – tego ISTNEGO sprzeczne z tym ŁADEM PODŚWIATY wciągał… ISTNIENIU zaprzeczał, bo istnieje się poprzez w ŁAD – KOSMOS się wpisywanie, w nim przebywanie.
Ten CHAOS  kosmicznemu ładowi urągający (prawdziwy wręcz krajobraz ZŁA), jednakże nieco przesłonięty był następnym to pagórem, na którym swą surową obecność kościół ukazywał, nawet trochę romańskim stylem naznaczony, a tę jego ponurość jeszcze pogłębiała liczna obecność mogiłek, mogił, ciasnym wiankiem tę świątynię oblegających.
- Nic gorszego, jak okno na cmentarz wychodzące – mogiły ukazujące – mawiała Stasia od św. ZYTY i zaraz dodawała: - Takie mieszkanie, na śmierć czekanie; PANIĄ EGUCKĄ przestrzegała, toteż PANI EGUCKA od tego okna się natychmiast odsunęła, po pokoju rozejrzała?
Tak: było jeszcze jedno okno – ono to w obramieniu rosnących za nim drzew, jesiennym złotem liści zarzuconych, ono to błękitem jeziornej tafli rozedrgane… błękit prawdziwie niebiański… ZłotoE… królewsko – książęce… w te życiodajne kolory się teraz PANI EGUCKA zanurzyła, toteż aby owe złe fluidy tego ISTNEGO, płynące – stale napływające, z okna – jak je nazwała – cmentarnego usunąć, z wielką determinacją (TRZECIE OKO jej to nakazywało), wysokim regałem zapełnionym jakimiś obdrapanymi dokumentami – segregatorami, przesłoniła – okno złowrogie, przed ISTNYM się chroniąc – zabarykadowała.
Teraz się po swym skromnym pokoiku ponownie rozejrzawszy… jakiś tam fotelik z metalowych prętów (takich konstrukcji meblowych wręcz nie cierpiała), z siedzeniem z gąbki poliuretanowej – Stasia by powiedziała: - niezdrowej dla człowieka jak JASNY GWINT – cały pot przesiadującego na takim siedzisku człowieka taka gąbka wchłaniała, wodę zatrzymując, zapewne też siedzącego nań – napromieniowując – rozważała PANI EGUCKA przezornie, toteż póki co, PANI EGUCKA tę lnianą czapeczkę z tego drzewca, jak jakieś sztandar wniesionego tutaj, odwiązała i na takim ekologicznym podłożu siedzieć postanowiła: że jutro skórkę jagnięcia przywiezie… taką jeszcze z tego folwarczku Szlacheckich w domu ma – postanowiła.
 

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora