Tadeusz Drat - Wizyta

Siadam przed gabinetem urologa. Numerek mam jakiś taki trefny, znaczy 13. Przede mną jest gość, który ma 85 lat, a czuje się na 64. Czemu akurat na 64 , tego niestety nie wyjaśnił. Próbuję czytać, ale właśnie rozwinęła się żywa dyskusja na temat służby zdrowia. Powiedzieć, że komentarze były niezbyt pochlebne, to mało. Czuję się coraz zdrowszy, bo jednak ciągle mam mało do czynienia ze służbą, która tak ciężko doświadcza moich kolejkowych sąsiadów. W końcu hasło, że służba zdrowia jest chora słyszę tak często, że powinienem przyjąć to jako pewnik. Po jakimś czasie panowie zgrabnie przechodzą na tematykę sportową.
– Panie – słyszę– stadiony budują, a w piłkę nie umiom grać. Za Górskiego to była drużyna. Panie – pan tego nie pamiętasz!
Do 80–tki mi trochę brakuje. To fakt, ale w latach 70. przecież do przedszkola już nie chodziłem. Ale skoro gość mnie tak młodo postrzega, to co się będę sprzeciwiał. To nawet miłe. Z gabinetu wypada wściekły facet. Co się stało?
– Nie chciał mi wypisać lekarstwa, tylko kazał iść do rodzinnego. To po co ja tu przyszłem?  
– Fakt – myślę.
– Taki laryngolog, to tylko palec w tyłek wsadzi i koniec! Laryngolog – to piętro wyżej – prostuję złośliwie.
Facet ignoruje moją uwagę i ciągnie. – A widziałeś pan , jak ten doktór się nazywa.
– No, wiem i co?
– Panie Żyd, albo Niemiec jakiś.
– Całkiem fajnie – mówię – oni mają najlepszych lekarzy.
– Panie , ja jestem Polak i chcę, żeby mnie Polacy leczyli.
– Leki też masz pan zagraniczne – mówię. – No i właśnie są całkiem do niczego.
– No, to co pan tu właściwie robisz?  
– Panie – kazali to przyszłem! – Teraz wszystkich na prostatę leczą. Wszyscy to mają. Tak mówili w telewizji. Oni tam tylko reklamują środki na impotencję.
– Chyba na potencję – mówię obojętnie.
– Patrz pan! – krzyczy sąsiad z prawej.
No, to patrzę.  
– A czemu ta pielęgniarka taka naga chodzi? Jak naga? – Kieckę ma taką, że tyłek widać. To jest przychodnia, a nie klub jakiś. I się nie wstydzi!
Znowu mam inne zdanie. Mnie się tam podoba, przecież zgrabna i ma co pokazać. Całe szczęście, że lekarz prosi do gabinetu, bo stosunki w poczekalni stawały się co nieco napięte.
– Wyniki masz pan dobre– mówi lekarz – ale jak panu nic nie zapiszę, to będziesz pan narzekał.
– Ja? – w życiu!
– No, to panu zapiszę. Bierz pan przez 3 m–ce i za rok się spotkamy. – Chce pan drogi, czy tani?
–A który lepszy?  
– A skąd mam wiedzieć, pewnie oba dobre.

– Pewnie tak – myślę i inwestuję prawie 10 zł, wszak zdrowie nie ma ceny!
Oj! – zapomniałem napisać, że przed wyjściem z gabinetu doktor opowiedział mi świetny kawał na temat narzekań na polską służbę zdrowia. Chętnie go opowiadam w gronie znajomych. Podoba się! Jednak na łamach miesięcznika, w dodatku kulturalnego, się nie ośmielę. Może kiedyś?   
Razem ze mną wychodzi z przychodni jeden z moich starszych rozmówców.
– Może podwieźć, ślisko jest.
– A co pan myślisz, że ja sam nie mogę iść?
Chwilę potem, widać za karę po tej niemądrej propozycji, wpadłem w dziurę, którą wczoraj fachowiec udeptywał kaloszami po zalaniu jakąś czarną mazią.
Ot technika, pomyślałem wczoraj, a dzisiaj zakląłem szpetnie. Wylazłem z auta, ale widać japońska maszyna gniotsa nie łamiotsa. Nadal mam 4 koła. Zajechałem do domu.
– Co tam tak długo robiłeś ? – pyta żona. – I pewnie szynki laurowej u pani Idzi nie kupiłeś. Bo tylko taką szynkę jada. Rzecz – jasna nie kupiłem. Kto by zresztą kupił po takich intensywnych przeżyciach medyczno–ulicznych. O środku na impotencję lub potencję – oj namieszali mi w głowie panowie – nawet nie wspomniałem.  Wieczorem włączyłem telewizor. Zaraz trafiłem na reklamę środka na prostatę. Ponoć najlepszy. Patrzę na ten mój – no, nie jest najlepszy! Poczułem się marnie. Musiałem się napić. Zaraz mi się poprawiło, ale żona chce mnie teraz wysłać do przychodni AA. No, cóż – pomyślałem – nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Na pewno spotkam tam ciekawych rozmówców. Będzie o czym pisać!
A zresztą, ponoć najlepsze są te dni, na które dopiero czekamy.