Michał Pasternak - Morze metafor

Z mandragory to debiut poetycki Łucji Dudzińskiej, która do tej pory publikowała już w kilkudziesięciu antologiach i almanachach pokonkursowych. Wiersze te skupiają się przede wszystkim na obserwacji zarówno otaczającej rzeczywistości jak i własnego wnętrza. Lektura tomiku stanowi spore wyzwanie. Kilkukrotne przeczytanie jednego nawet wiersza jest konieczne do próby zrozumienia jego treści. Przebicie się przez myśli autorki sprawia na początku wiele trudności. Po przeczytaniu kilku wierszy odkładałem go na bok, by wrócić do niego po upływie kilku dni, po czym znów odłożyć po przeczytaniu kilku następnych. Poezja ta wymaga skupienia się i poświęcenia sporej ilości czasu na przemyślenia, wręcz na przetrawienie co niektórych fragmentów. Pomimo odłożenia książki na bok, kusiło by po raz kolejny podnieść rzuconą rękawicę.
Krytyka komercjalizacji naszych czasów to ważny motyw poruszony w tym tomiku. W wierszu pt. Świąteczny prefiks autorka dostrzega, iż sama idea Świąt Bożego Narodzenia przysłaniana jest przez ich komercyjno – handlowy wyraz. Pięknie udekorowane bombkami i anielskim włosem choinki, świąteczne jedzenie to tylko dodatki, które zaczynają zastępować prawdziwą istotę tych dni, którą jest radość z narodzenia Pana. Wigilijny karp jest tu symbolem niezdecydowania, gdyż z jednej strony poetka nie chce zabijać karpia, a z drugiej nie może odmówić sobie, tak na wszelki wypadek, zabrania choć jednej łuski na szczęście. Ryba spożywana podczas wigilijnej wieczerzy jest symbolem samego Chrystusa, a nie jakimś magicznym talizmanem mającym pomnożyć dobra materialne.
Wszędzie rozrzucone anielskie włosy. Nie można
Ich rozczesać. Mają połysk i długość bez końca.
Między srebrem tłuczonych bombek – resztki lasu.
Nie chcę karpiom wydłubywać oczu, ale znów
do portfela chętnie schowam łuski.


Łucja Dudzińska porównuje życie do podróży samochodem. Zakręty na drodze to różne ważne chwile, jak i decyzje, które przychodzi mam podejmować. Pada tu też najważniejsze pytanie o sens życia. Nie raz zastanawia się dokąd poprowadzi ją ta droga. Spogląda w przeszłość niczym w lusterko auta, próbując z całych sił jechać dalej.
Znak zapytania zawsze zaczyna się i kończy za zakrętem.
Skręcam w lewo, w prawo. Zwiedzam, oglądam.
Zastanawiam się dokąd prowadzi, jaki kierunek widzę
w szybie? 

Błędy i poczucie winy to kolejny motyw, który możemy zauważyć czytając kolejne wiersze. Poczucie winy jest czymś, z czym każdy musi się zmierzyć. Nie zabrakło w tym miejscu morza metafor, obrazujących jak poczucie winy wżera się wręcz w ludzkie sumienie, nie dając o sobie zapomnieć.
Coś łaskocze, po swojemu wciąż dręczy jak skórka
z nadgryzionej połówki jabłka. Uwiera jak kamień
w bucie wędrowca. Wibruje w oczach niczym krzyk
orlika w oddali.

Łucja Dudzińska jako kobieta i matka otacza miłością swoją córkę. Wie, że pewnego dnia jej latorośl opuści dom rodzinny i zacznie żyć na własny rachunek. Jest to naturalna kolej rzeczy. Mimo to obawia się tego momentu. Z matczyną troską patrzy na swoje dziecko, przywołując wspominania ciąży i wychowania.
Będziesz nosić mini spódniczki, sukienki w grochy,
w butach na obcasie przymierzać kapelusze, w końcu
na każdą okazję wkładać dżinsy. Będziesz wiedzieć
jak słuchać i opowiadać. Mam cię na własność,
zanim zaczniesz należeć do świata, a on do ciebie.
To powinno wystarczyć.  

Dom stanowi swoistą oazę, twierdzę, która zapewnia schronienie oraz jest miejscem, w którym można być w końcu sobą. Każdy z domowników ma w nim swoją rolę do spełnienia.
Nie ma jak w domu. Tutaj nawyki i niezakręcona
pasta jest przyjacielem. Aby zapomnieć, można
powielić błędy. W końcu każdy spełnia jakąś rolę –
czasem pod dyktando.
Przeciwieństwem domowego ciepła jest wielkomiejska dżungla, pełna wszechobecnych kamer. Autorka nie zostawia suchej nitki na wielkomiejskim społeczeństwie, które niczym tłum pasących się owiec na łące często nie ma własnego zdania. Również kultura masowa promująca miernotę została zmieszana z błotem.
W miejskim kłębowisku wszystko rejestrują kamery.
Z jego brzucha wycieka miąższ, gęstnieje jak karmel.
Trzeba się oblizywać, szczekać oraz wyć.
Teraz nikt nabiera kształtów, nic krystalizuje znaczenie.

W tekście wykorzystane zostały znaki interpunkcyjne, których coraz częściej brakuje w twórczości współczesnych poetów. Samo ich zastosowanie wyraźnie wskazuje na szacunek do języka polskiego. Ludzie pióra, i nie tylko oni, powinni traktować język polski jako skarb, a nie tylko narzędzie do przekazywania myśli. Dlatego moim zdaniem niedopuszczalne jest w jakimkolwiek tekście o charakterze literackim omijanie kropek czy przecinków.
Szata graficzna tomiku jest ładna. Zarówno okładka jak i umieszczone wewnątrz rysunki to przykłady nowoczesnej sztuki, która jednak jest przyjemna dla oka, ze względu na staranność i szczegółowość czarno-białych szkiców. Kompozycje przedstawiają połączenie budynków i ludzkich twarzy.

 

________________________________
Łucja Dudzińska, Z mandragory, Stowarzyszenie Literackie imienia K.K. Baczyńskiego, Łódź 2013, ss. 48.

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Również tego autora