Józef Herold - Przypadki Borysa Kupkina (1)

 „Przypadki Borysa Kupkina" to komediodramat, który dzieje się w Związku Radzieckim w latach sześćdziesiątych XX wieku. Bohaterem jest Borys Kupkin – mężczyzna około pięćdziesiątki, zagubiony w otchłani głupoty i absurdu. Ma liczne nałogi, których nie ukrywa, a które w istocie pozwalają wyjść z opresji obronną ręką. Wrodzone poczucie humoru i dystans do siebie pozwalają mu zmierzyć się z sowiecką rzeczywistością. Nonszalancją walczy z idiotyzmami systemu. Ma syna Borysa i wnuka, też Borysa. To już czwarte pokolenie Borysów, bo ojciec bohatera, świeć Panie nad jego duszą, to oczywiście Borys. Podobieństwo imion jest przyczyną wielu komplikacji, ale od czego jest szklaneczka dobrej wiśniówki, lub dwie. Nalewki pozwalają rozwiązać większość problemów, nawet jeżeli przez te nalewki miejscowy listonosz zostawia u Kupkina albo torbę z listami , albo czapkę. A wiadomo, że listonosz bez czapki to jak baba bez chłopa – co wykłada Borys Kupkin.
Jest tez Natasza – pielęgniarka, seksbomba z obwodowego szpitala, która w życiu Kupkina odgrywa dużą rolę, a która, jak to się mówi, z niejednego pieca chleb jadła. Najwięcej problemów przysparza najmłodszy z Borysów, kilkuletni Boria – piroman z upodobania, który jak twierdzi jego ojciec podpali Moskwę albo i coś większego. Dzięki niespodziewanym zdarzeniom i przypadkom cała ta gromadka wraz z przyległościami postanawia na koniec uciec ze Związku Radzieckiego......
 


Rozdział I

O tym, jak listonosz przynosi Borysowi Kupkinowi wezwanie

To było jakoś na początku roku, w styczniu albo w lutym. Kaloryfery nie grzały, więc Borys Kupkin spał w czapce. Dlatego być może nie usłyszał dzwonka. Dopiero  kiedy listonosz zaczął walić pięściami w drzwi, zdjął czapkę.
– Czego? Sąsiadów pobudzicie – powiedział otwierając.
– Sąsiedzi już dawno w pracy, a wy nie dość, że gnijecie w łóżku, to jeszcze nie słyszycie dzwonka – odpowiedział listonosz.
– Nie słyszę, bo mam czapkę na uszach. A dlatego ją noszę, bo kaloryfery nie grzeją – wyjaśnił Borys.
– A dlaczego nie grzeją? – zapytał listonosz.
– Bo się popsuły – roześmiał się Kupkin.
– Tu się nie ma z czego śmiać – i listonosz wyciągnął z torby list z dużą pieczątką. – To jest wezwanie – oznajmił.
– Wezwanie? Jakie wezwanie? – zdziwił się Borys.
– Wezwanie do sądu – usłyszał w odpowiedzi. – Podpiszcie – dodał listonosz.
– Nic nie podpiszę, nic nie zrobiłem, to musi być jakaś pomyłka.
– Wy się nazywacie Borys Kupkin?
– Być może – odpowiedział Borys.
– Co to znaczy być może, nie wiecie, jak się nazywacie?
– Tak się nazywał mój ojciec, ale on dawno umarł.
– Umarł, nie umarł, podpiszcie.
– Nie będę za ojca podpisywał – zaprotestował Kupkin.
– Przecież mówicie, że on nie żyje.
– Istotnie, świeć Panie nad jego duszą.
– To co ja mam teraz zrobić? – zapytał zrezygnowany listonosz.
– Idźcie do spółdzielni i powiedzcie, żeby zaczęli grzać – poradził Borys.
– Zaraz, zaraz, to jak wy się naprawdę nazywacie? – dociekał listonosz
– Ja się nazywam Borys Kupkin.
– No to podpisujcie do cholery. To do was przysłali – zdenerwował się listonosz.
– Nie, to jest pewnie do mojego ojca, nie do mnie.
– To wy się tak samo nazywacie jak wasz ojciec? – drążył  listonosz.
– Mało tego, mój dziad też się tak nazywał. I mój syn też jest Borys Kupkin.
– A gdzie on jest? – zapytał listonosz
– Kto?
– No ten wasz syn.
– A Bóg go wie, dziesięć lat temu zadał się z Nastką z kamienicy obok i wyjechali do Odessy.Ledwie życzenia na Dzień Zwycięstwa przysłał i tyle było po nim. Ale wchodźcie do środka, bo zimno z korytarza ciągnie po nogach – zaprosił Borys.
Listonosz wszedł, zdjął czapkę i zaczął się rozglądać.
– Co się tak rozglądacie? – zapytał Kupkin.
– Coś tu śmierdzi – skrzywił nos listonosz.
– Możeście w gówno wdepnęli.
Listonosz spojrzał na swoje buty:
– Nie, tu się coś musiało zepsuć – powiedział.
– Już mówiłem, że kaloryfery – przypomniał Borys.
– Nie. To jest inny smród, jakby trupem leciało – podejrzewał listonosz. – Czy wy czegoś nie ukrywacie? – włożył czapkę i wyprostował się.
– Nic, oprócz czterech butelek samogonu, jeszcze z ubiegłego roku – przyznał się Borys.
– Samogon z ubiegłego roku? Nie róbcie ze mnie wariata – obraził się listonosz. – Musiałby być jakiś trefny, skoro przez rok niewypity.
– Nie trefny, tylko zbyt mocny – wyjaśnił Kupkin. – Właśnie mój dziad Borys, świeć Panie nad jego duszą, na swoje 81. urodziny, wypił butelkę tego samogonu i zaraz potem piana mu wyszła na usta, jęczał całą noc, a nad ranem zacharczał i umarł.
– I co się z nim stało? – zapytał listonosz.
– Głupio pytasz, już powiedziałem, zrobił się biały jak ściana, oczy mu uciekły wgłąb głowy i kipnął.
– To znaczy, że zostały wam trzy butelki – zauważył listonosz.
– Dobrze liczycie towarzyszu listonoszu. Może chcecie spróbować tej nalewki?
Listonosz chwilę myślał i rzekł:
– Ale wy wypijecie pierwsi.
– Ma się rozumieć, ale nie bójcie się – i Kupkin z kredensu wyjął zakorkowaną butelkę.
– Zanim wypijemy, powiedzcie, skąd wy wiecie, że to wezwanie jest nie do was, choć nazywacie się Borys Kupkin?
– Już mówię.
Listonosz odczekał aż gospodarz pierwszy wychyli szklankę, zdjął czapkę i szklanicę wypił powoli jak czaj z tulskiego samowaru. Przy drugiej szklance rozpiął mundur, a przy trzeciej zdjął torbę i zaraz potem upadł. Następnie wystąpiła mu piana na usta i zaczął charczeć jak dziadek Borysa Kupkina. Wtedy Kupkin zajął się przeglądaniem listów z jego torby. Najładniejszy znaczek był z Kanady. Chyba jakaś królowa na nim była, ale pieczątkę tak mocno przywalili, że nie było widać, jak się ta królowa nazywa. Z drugiej strony był adres: Iwan Grocki, Montreal i coś tam jeszcze.
Borysa zaciekawiło, co też Iwan może pisać do tej wrednej dziwki Afonii, co stacjonuje nad nim piętro wyżej. Ciągle puszcza z patefonu marsze i coś tam jeszcze przy tym wykrzykuje, czego nie można zrozumieć. Kiedyś Borys poskarżył się na nią stróżowi. Ale ten oznajmił, że Afonia sprząta w komitecie i on się w konflikty sąsiedzkie wtrącać się nie będzie.
– Stary cymbał – pomyślał Borys. Jak Grisza wyrzucił kiedyś radio przez okno, kiedy nasza drużyna przegrała 3:2 w hokeja z USA, to pierwszy doniósł i Grisza do dziś w każdą sobotę zamiata Nabrzeże Młodości.
Borys specjalnie tam nie chodził, żeby mu wstydu nie robić. Jeszcze Grisza pomyśli, że to on o tym radiu doniósł.
Otóż Iwan pisze do Afonii, że w Kanadzie jest tak samo jak w Związku Radzieckim. Śniegu tyle, że odgarnąć nie można, a głowy do picia to ci Kanadyjczycy mają znacznie słabsze niż nasze i że w paczce przyśle jej cienkie pończochy i żeby sobie nie żałowała, bo w tym słoiku z musztardą na samym dnie będzie dziesięć dolarów w prezerwatywie.
– Ale ten Iwan durny – pomyślał Borys. Dziesięć dolarów można włożyć w pończochy, a tak prezerwatywa będzie śmierdzieć musztardą nawet po trzecim użyciu.
Kiedy Kupkin chciał przejrzeć inne listy, ktoś zastukał do drzwi. Zerwał się i za nogę zawlókł listonosza do kuchni, rzucając za nim torbę z listami.
W drzwiach stała Afonia z piętra wyżej.
– Nie widzieliście Borysie listonosza, czekam na list z Kanady? – zapytała i weszła nieproszona .– Co tu tak śmierdzi?
– Może to wasz fartuch tak śmierdzi – odgryzł się Borys.
– Z kim piliście? – zapytała nagle Afonia.
– Sam piję.
– To dwóch szklanek wam trzeba ? – zmrużyła oczy.
– Nie – inteligentnie bronił się Borys. – Codziennie piję z innej. Wczoraj piłem z tej, a dzisiaj z tej.
Wtem w kuchni listonosz tak głośno puścił gazy, że chyba mu wszystkie kiszki pękły.
– Co to? – zainteresowała się Afonia.
– Nic – odpowiedział Kupkin spokojnie. – Wisienki fermentują.
– W styczniu? – zdziwiła się sąsiadka.
– Tak, bo dotąd trzymałem je w wekach.
– Dacie posmakować?
– Dam, ale najpierw niech dojrzeją, słyszycie, że jeszcze niegotowe, dopiero co fermentują.
– Tak głośno? – zapytała Afonia.
– Głośno,  bo taki gatunek – wytłumaczył jej Borys.
– To jednak u was był listonosz, Borysie – zauważyła podnosząc z podłogi czapkę z daszkiem.
– Tak, ale jakieś pół godziny temu wyleciał stąd jak poparzony, bo sobie przypomniał, że gaz zostawił pod czajnikiem, a jego stara była po służbie i jeszcze spała jak wychodził.
– Przecież Martyna chodzić nie może przez żylaki chyba już z pięć lat.
– A skąd ja mam wiedzieć, że ona ma żylaki. Czy ja jej pod spódnicę łeb wsadzałem. Odczepcie się ode mnie – zdenerwował się Borys.
– Nie denerwujcie się Borysie, pogadać nie można. O widzę, że list dostaliście!
Wzięła do ręki kopertę i wnet ją upuściła:
– Toż to do mnie, od Iwana Grockiego – chciała go otworzyć, ale zobaczyła, że już jest otwarty. – Kto go kurwa otworzył – wrzasnęła.
– Co się tak wydzieracie, nie wiem, kto go otworzył – burknął Kupkin.
– Ale na waszym stole leży – krzyczała Afonia.
– Już mówiłem, nie ja go tu położyłem – bronił się Kupkin.
– A kto?
– Listonosz.
– A dlaczego do mnie nie przyszedł, tylko tu zostawił?
– Już mówiłem, wyleciał jak poparzony, bo czajnik zostawił na gazie i tylko krzyknął, żebym list wam podrzucił.
– Ale on jest otwarty – nie dawała spokoju Afonia.
– O to już musicie zapytać listonosza, ja nie mam z tym nic wspólnego.
– To kanalia – żaliła się Afonia. – Gdyby to naczelnik poczty otworzył, to bym jeszcze rozumiała. On powinien wiedzieć, co się w naszym obwodzie dzieje, ale ten łajza parszywy? Czy wy Borysie wiecie, dlaczego mu się nos nie goi i ciągle ropa z niego cieknie?
– A skąd ja ma wiedzieć, co ja wódkę z nim piję?
– A powinniście wiedzieć – tu ściszyła głos rozglądając się jakby ktoś miał ich podsłuchiwać. – On ma syfilisa – oznajmiła. – Mironowa, ta wiecie, co jej mąż jest marynarzem, zawsze kiedy listonosz list od męża przynosi, myje klamki wodą z mydłem. Wystąpiła nawet o dodatkowy przydział mydła. Ponoć czego się ten listonosz nie dotknie, od razu syfilis się rozplenia.
– Głupiaście Afonio jak to krzesło, syfilis od dotyku nie przechodzi, tylko drogą płciową.
– A co ma do tego droga? – zdziwiła się Afonia.
Kupkin machnął ręką na babską głupotę i spojrzał na szklanki. Ciekawe z której pił listonosz – zastanowił się i odruchowo wytarł rękawem usta.
Tymczasem Afonia zaczęła czytać, co jej napisał Iwan Grocki.
– Wiecie Borysie – krzyknęła z radością. – Paczka do mnie idzie, a w niej pięćdziesiąt dolarów. Jaki ten Iwan kochany, jak przyjedzie, to nie wiem, jak mu się odwdzięczę.
– Nie pięćdziesiąt tylko pięć – zauważył Borys.
– Toż ślepa nie jestem, dobrze widzę. Pięćdziesiąt i koniec – i podsunęła Borysowi przed oczy papier, żeby lepiej zobaczył.
– Zobaczcie, to jest piątka, a to jest zero. Jest pięćdziesiąt czy nie?
– Jeżeli chodzi o piątkę, to się zgodzę, ale to nie jest zero tylko kleks, Iwanowi atrament się wylał zaraz po piątce – udowadniał Kupkin.
– Boga w sercu nie macie, Borysie, dlaczego wam tak zależy, żebym dostała pięć, a nie pięćdziesiąt dolarów?
Kiedy to mówiła, znowu z kuchni dał znać o sobie listonosz. To już nie było zwykłe puszczenie gazów, to był grom z jasnego nieba, coś jak wiosną ubiegłego roku, kiedy w czasie burzy walnęło w dom starego Maczugina. Od tego huku sąsiedzi Maczugina w promieniu kilometra do dziś nie słyszą na uszy. Mówią, że to kara boska, bo Maczugin duchy wywoływał.
– Oj nie będziecie  Borysie mieć pożytku z tych wisienek. Widzi mi się, że cała aparatura pęknie i jeszcze zalejecie profesora na dole, a on pierwszy donosiciel w kamienicy, nawet Łubina go nie przekupiła, kiedy ją przyuważył, jak podjechała z dwoma żołnierzami nad ranem do domu. I ponoć bez butów wyszła latawica z automobilu.
Listonosz nie tylko przestraszył po raz drugi Afonię, ale także Miłkę za ścianą. Zaczęła szczekać, jakby coś przeczuwając. Borys nawet ją lubił. Rodowód ma lepszy niż jej właściciel. Jak idą razem ulicą, to wszyscy się naśmiewają, że Miłka Wowę wyprowadziła, a nie odwrotnie. Żeby go przewietrzyć, bo śmierdzi niemiłosiernie. Wowa mówi, że wodę oszczędza, bo w Krajach Trzeciego Świata jej brakuje. Nawet kiedyś na drzwiach od piwnicy wywiesił apel, żeby myć się tylko w sobotę.
– Faktycznie lepiej, żebyśmy śmierdzieli, niż w Afryce dzieci mają umierać z pragnienia – kalkulował Borys.

Rozdział II

O tym, jak Safonowa zapobiegła wybuchowi gazu


Starą Martynę tak zaczęły kręcić żylaki, że aż z bólu  się obudziła. Od razu poczuła gaz.
Zwlokła się z łóżka i poczłapała do kuchni. Istotnie woda wygotowała się z czajnika, zgasł płomień i śmierdziało jak w gazowni.Rzuciła się do okna, żeby je na oścież otworzyć, ale zapomniała, że jej mąż – listonosz jeszcze jesienią przybił je gwoździami do ramy. Zrobil to po to, żeby ciepło nie wylatywało.Mówił, że na węgiel nie ma pieniędzy, i że od zaduchu jeszcze nikt nie umarł, a z zimna tak, więc Martyna specjalnie się nie buntowała.Najgorzej było wtedy, kiedy gotowała kapustę na świńskiej skórze. Nawet koty uciekały na drugą ulicę. Wszyscy w kamienicy czuli, że listonosz dostał talon na świńską skórę w delikatesach na Białogwardyjskiej. Od okna Martyna skoczyła do drzwi i szeroko je otworzyła.
Wtedy z naprzeciwka wyleciała Safonowa z wrzaskiem, że Martyna chce jej wnuki wytruć i krzyczała, żeby milicję wezwać i raz na zawsze skończyć z syfilitykiem i jego babą. Martyna ze strachu przed milicją zamknęła drzwi i wtedy sobie przypomniała, że z tego wszystkiego gazu jeszcze nie zakręciła.
Na to wszystko nadszedł Biełow. Jak zwykle pod nosem nucił zbereźne piosenki i już miał sobie przypalić papierosa, kiedy Marfa Safonowa, stając o trzy stopnie wyżej na klatce schodowej, kopnęła go prosto w klatkę piersiową. Biełow ze swoją piosenką i papierośnicą, co ją ukradł na bazarze, poleciał w dół na półpiętro. Od tego nagłego kopnięcia głos mu odebrało, stał i tylko machał swoimi krótkimi rączkami. Wreszcie wydobył z siebie:
– Za co?
– Jeszcze się głupio pytacie – wrzeszczała Sofonowa. Byście wybuch spowodowali tym papierosem. Ta stara kurwa Martyna chciała nas wytruć, a może i wysadzić w powietrze za waszą pomocą.
– Moją? – spytał zupełnie ogłupiały Biełow.
– Waszą, waszą, gazu nie czujecie. Gdybyście tę fajurkę zapalili, to Święta Rewolucji Październikowej już byśmy nie doczekali.
Biełow blady jak ściana, bez słowa przeżegnał się trzy razy.  


Rozdział III

O tym, jak Borys Kupkin chce kupić prezent Wierze

Borys Kupkin postanowił zaczerpnąć trochę świeżego powietrza. Zostawił listonosza w kuchni, włożył  kożuch i wyszedł na ośnieżoną ulicę.
– Szlag by trafił tego naszego stróża – pomyślał. Człowiek na tym lodzie może się zabić, a ten padalec nawet popiołu nie posypie. Czeka bydlak aż ktoś sobie rękę albo nogę złamie.
Miał też dość rozmowy ze Afonią, która z wypiekami na twarzy opuściła jego mieszkanie, czekając na dolary i pończochy od Grockiego z Kanady.
Iwan Grocki to była mętna postać. Już po dwóch latach starań dostał paszport. Tak szybko dokument wyjazdu mogli dostać tylko ci z KGB, którzy mieli przypatrywać się na miejscu jak kona kapitalizm. Nie wiadomo też, do kogo pojechał do Kanady. Może go do szpiegostwa zwerbowali tak jak tego nieszczęsnego studenta medycyny, co mieszkał w suterenie. Okazało się, że handlował wynikami testów na myszach i jakiejś szczepionce. Wszyscy zastanawiali się, skąd on ma tyle swetrów i spodni amerykańskich. A potem przyjechało auto, zabrali go, a w gazetach było duże zdjęcie, jak smutny siedział obok dwóch mundurowych. Skazali  go  chyba na 8 lat. Dobrze mu tak. Za darmo dostał wykształcenie, a naszą myśl naukową za dolary sprzedał. Taki to powinien wisieć.
Wracając do Afonii, to Grocki przychodził do niej – jak mówił – na podroby w sosie grzybowym. Już ja bym chciał zobaczyć te podroby Afonii – rozmarzył się Borys. Do Afonii przychodził jeszcze jeden Iwan – pomocnik ogrodnika, ale go wyrzuciła, bo się przy stole nie umiał zachować. Łyżką kroił kotleta, kompot pił z pestkami, a kiedyś tak zaczął widelcem dłubać w protezie, że aż mu wpadła do talerza. Wtedy Afonia wyzwała go od najgorszych chamów i zabroniła przychodzenia w porze posiłków. Iwan uniósł się honorem, zdjął z haka w przedpokoju szlafrok, który Afonii podarował na Nowy Rok i bez pożegnania wyszedł. To znaczy niezupełnie bez pożegnania, bo wrócił się i plunął pod nogi Afonii, która powiedziała mu, że może sobie ten szlafrok tandetny za kilka rubli w dupę wsadzić.
Koniec końców Afonii został tylko jeden Iwan, który w Kanadzie tak samo jak w Związku Radzieckim odgarniał śnieg, tylko że za te ich złodziejskie dolary.
Borys Kupkin nie tylko chciał się przewietrzyć. Chciał też kupić Wierze – żonie zmarłego kolegi z pracy – prezent. Wiera miała za jakiś czas urodziny, a Borys jeszcze nie miał prezentu.– Co jej kupić? – myślał. Nagle olśniło go.– Szminkę jej kupię – zdecydował. – Niemłoda jest, trzydziestkę już ma i pewnie musi się malować.
Wszedł więc do perfumerii, gdzie stały, a właściwie leżały na ladzie trzy ekspedientki. Jedna, zezowata i Borys nie wiedział, czy na niego patrzy, czy na koleżankę. Druga paliła jakiegoś taniego papierosa i strzepywała popiół na podłogę, a trzecia wyłożyła biust na ladę i przeglądała "Komsomolską Prawdę".
Oprócz ekspedientek i kilku flakonów tandetnej wody kolońskiej niczego innego nie było tam widać.
– Czy dostanę czerwoną szminkę? – zapytał Borys od wejścia.
– A dla kogo ma być ta szminka? – zainteresowała się zezowata.
– Dla Wiery, na prezent. A właściwie to po co pytacie, dla kogo, skoro nie ma szminek – wywiódł Borys.
– A skąd wiecie, że nie ma? – zapytała ta z biustem.
– Bo nie widzę.
– A co, muszą leżeć na ladzie? – zarechotała ta z papierosem.
– Są czy nie ma? – podniósł głos Borys.
– Są, są. Nie denerwujcie się, Borysie. Ile chcecie wydać, bo są różne, różniste. Zmywalne, niezmywalne, czerwone, różowe, jakie chcecie.
– No wiecie, jakieś ładne, no i niezbyt drogie.
– Wszyscy tak gadają – zezowata otworzyła szufladę. Wzięła do garści z dwadzieścia szminek i rzuciła je na ladę.
Borys przyglądał się im chwilę i rzekł:
– Przecież one się niczym od siebie nie różnią.
– Dyletant jesteś, Kupkin – odezwała się ta od "Komsomolskiej Prawdy". – Zobacz – i kolejnymi szminkami zaczęła sobie robić kreski na biuście, który podniosła z lady.
Borys zbliżył wzrok do różnokolorowych pasków na obu piersiach ekspedientki i nie mógł się skupić.
– Doradźcie, proszę, naprawdę nie wiem, która Wierze może przypasować.
– Wierze to może przypasować ten nowy kierownik sklepu warzywnego, co przychodzi do niej w każdą sobotę – zarechotała zezowata.
– Wierę to ty zostaw w spokoju – obruszył się Borys. – To uczynny kolega, ten Wasyl od warzywnego. Jak mi przywalili kolegium sto rubli za oddawanie moczu na peronie Zimowego Dworca, to pożyczył i nawet nie dopominał się o oddanie.
– Ale my nie o Wasylu, tylko o Wierze mówimy – dołączyła się zezowata.
– No właśnie, dla Wiery chcę kupić szminkę. Czy mogę wejść za kotarę?
– Zwariowałeś, Borys. Ze szminką za kotarę! Co chcesz tam robić?
– Nic, chcę wypróbować, chyba mam prawo.
– A idź, wypróbuj, tylko nie zużyj za dużo.
Borys Kupkin wziął do ręki cztery pierwsze z brzegu szminki i usiadł za kotarą, gdzie wisiało brudne od much lustro.
Zbliżył twarz do lustra i zaczął malować górną wargę. Potem wziął inną szminkę i pomalował sobie dolną. Przyglądając się sobie w lustrze, zauważył, że ktoś z ulicy go podgląda.
– O Boże, to Misza, co on sobie o mnie pomyśli! – spanikował.
Misza gapił się bezczelnie przez szybę i w uśmiechu pokazywał swoje przednie uzębienie z dwiema złotymi jedynkami.
Kupkin wybiegł zza kotary jak poparzony, wytarł ręką wargi, rzucił szminki na ladę i wybiegł ze sklepu. Po pięćdziesięciu metrach wpadł do lekarza, z którym razem służyli w wojsku.
– Co to, Borysie, dostało się w mordę? – zapytał lekarz.
– Nie, ząb mi wyrwali i krwi nie zatamowali.
– To wam zatamuję, tylko chwilkę poczekajcie.
Ale Borys nie czekał, tylko puścił się w pierwszą lepszą uliczkę w bok i gnał przed siebie, jakby gaz zostawił pod czajnikiem. Zatrzymał się dopiero przy fryzjerze Abrahamie.
– Czynne? –  wbiegł zdyszany.
– Jak już weszliście, to czynne – spokojnie odpowiedział stary Żyd.
Abraham miał pewnie osiemdziesiąt lat i ten sam zakład fryzjerski, w którym nigdy nie było kolejki. Prowadził zeszyt, w którym zapisywał swoich klientów. Na te zapisy przez sześćdziesiąt lat wystarczył jeden zeszyt . Wszyscy się zastanawiali, z czego on żyje, skoro nikt się tam nie strzyże. W czasie wojny Abraham golił hitlerowców. Oni wiedzieli, że on jest Żydem, ale go nie ruszali, bo kto by ich golił. A kiedy pod koniec wojny w popłochu uciekali, to Abraham na kilka dni wyjechał na wieś do znajomych i wrócił, kiedy już inne pyski musiał golić – czerwone. Abraham, jak popił, to mówił, że pod brzytwą miał generała hitlerowskiego, co go potem międzynarodowe trybunały sądziły. Stary Żyd pokazywał w swoim zeszycie, że ten zbrodniarz był u niego pięćdziesiąt dwa razy i w tym czasie dał mu trzydzieści sześć razy napiwek. Dlaczego nie zawsze dawał napiwek, Abraham nie umiał odpowiedzieć.